Rozmowy o różach
Marek Moch: Och jak dawno tu nie zaglądałem .. obowiązki .. Ciekawe jaką zimę będziemy mieć .. ale chciałem napisać o moich obserwacjach .. Ooo zobaczę jeszcze jak to będzie wyglądać w 2020, ale w tym roku - jak postanowiłem - nie używałem żadnej chemii. No i po pierwszym kwitnieniu, na młodych przyrostach Felicite Parmentier i trochę mniej na Rosa Mundi pojawił sie mączniak prawdziwy .. a na Blanche Moreau mączniak rzekomy (chyba?) .. Ale twardo używałem tylko .. EM-ów, efektywnych mikroorganizmów ... zrobiłem dobrych kilka oprysków .. i nic więcej .. i wie Pan! Młode liście, te najpóźniejsze, na Blanche wyglądały zdrowo! A najbardziej mnie ucieszyła Felicita. Wyglądała tak sobie, bo dół był piękny z liści (tych starszych mączniak nie rusza), potem wyżej te liście które jako młodziutkie zaatakował mączniak z czasem wyglądały coraz gorzej, bo też wiadomo takie liście to i potem jakieś mszyce itede, ALE na samej górze pędów, te najpóźniejsze, najmłodsze liście, znowu były do samego końca całkiem zdrowe!!! Zobaczę, czy te EM-y będą działać dalej w 2020.. byłoby fajnie :) PS. raz jeszcze oglądam z zachwytem Pana róże z Pana wpisów, tych wyżej, aaach cudowne są!!! PS.2. W 2018 używałem oprysku z serwatki, nie było to dobre, bo moim zdaniem był zbyt gęsty, serwatki winno być jedynie 2-3 procent a wody 97-98 procent.. a ja chciałem lepiej i robiłem to za gęste, gdzieś 20-30 procent serwatki i 70-80 procent wody.. tak myślę teraz, to było za gęste. PS.3. Szczerze mówiąc to podchodziłem do tych EM-ów sceptycznie ale .. a opryski w 2019 robiłem w tych dokładnie proporcjach które nakazywał producent.. no i :) Pozdrawiam
(5 listopada, 2019)
Piotr Szustakiewicz: Dziękuję bardzo za pamiętanie o mojej witrynie. Też mam podobnie jak Pan w kwestii obowiązków i jak najbardziej to rozumiem. Zima to czas taki bardziej domowy na wsi, stąd też mam nadzieję, że uda mi się znaleźć w tych miesiącach więcej czasu na przedstawienie historii kolejnych róż. Co do samej nadchodzącej, trudnej dla róż pory roku, to właśnie pojawiła się prognoza amerykańskich naukowcówo o zimie tego stulecia, a nawet trzydziestolecia. Załamanie pogody miałoby nadejść w połowie grudnia, z potężnymi opadami śniegu i niskimi temperaturami. Wiadomo USA, oni mają tam swoje metody przewidywania pogody, Indian zbierających chrust czy też świstaka Phila z Punxsutawney. A my swoje, jak choć górali z Podhala :). A już trochę poważniej, europejscy meteorolodzy raczej są zgodni, że czeka nas długa i ciepła jesień, grudzień z niewielkimi opadami śniegu i co najwyżej przymrozkami. Ja w tych ostatnich latach tradycyjnie kopcowałem wszystkie krzewy róż i czekałem potem z agrowłókniną na mrozy rzędu -20 ºC. Ale że się nie doczekałem, to w tym roku zakopcuję tylko mieszańce herbatnie, wielkokwiatowe, miniaturowe i niektóre pnące. I to też dopiero widząc prognozy po których nie dałoby się tego zrobić, czyli temperatury skuwające ziemię.
Mączniak prawdziwy potrafi być dla róż dość uciążliwy, a atakując młode tkanki może porazić nawet cały krzew jedno czy dwuletniego krzewu. U starszych, poza zamieraniem liśći, powoduje słabsze kwitnienie i deformację kwiatów. Rozwojowi mączniaka prawdziwego bardzo sprzyja nadmierne zagęszczenie pędów, brak cięcia prześwietlającego, zbyt mały rozstaw sadzenia i niesłoneczne, nieprzewiewne stanowiska, wśród innych innych roślin. Dlatego znowu wracamy na początek, ten rozstaw krzewów na rabacie nawet na wyrost jest korzystniejszy niż takie dopychanie róż kolanem, co często widzę kiedy ogród mały a apetyt ogrodnika czy też ogrodniczki na nowe róże wielki i ciągle niezaspokojony. Najlepiej byłoby krzewy róż o pokroju parkowym traktować jako solitery, czyli z założenia nie sadzić nic w ich pobliżu o podobnych rozmiarach, co najwyżej byliny i to te znacznie niższe.
Natomiast z mączniakime rzekomym jest tak, że jego rozwojowi sprzyja nadmierna wilgotność utrzymująca się przez dłuższy czas i jeśli ta wynosi poniżej 85% w ogrodzie to z reguły nie ma problememów z tym patogenem. Nie wszystkie też róże zapadają na tę chorobę liści. Jest bardzo wiele odmian całkowicie uodpornionych genetycznie, co potwierdzają testy jakim wytypowane róże są poddawane w próbach jak niemiecki ADR (Allgemeine Deutsche Rosenneuheitenprüfung), brytyjski Award of Garden Merit (RHS) czy amerykański program All American Rose Selections. Dlatego też szukając róż dla swojego ogrodu, kiedy to nie mamy sprecyzowanych oczekiwać co do konkretnej odmiany, warto przejrzeć sobie chcoćby Certyfikat ADR i potem idąc tym śladem samemu już sobie doczytać jak to jest z daną odmianą w kwestii odporności róży na mączniaka rzekomego, a inne choroby liści róż.
Ja używam Efektywnych Mikroorganizmów też dolistnie, niekoniecznie traktując jako oprysk leczący choroby, co bardziej profilaktycznie. Choc jak już są zmiany na liściach to też. Łączę EMy ze skrzypem i pokrzywą. Ich zawartośc jest naprawdę imponująca, bo przecież są w EMach bakterie kwasu mlekowego, które rozkładają kompost i użyźniają glebę, ale przede wszystkim produkują aminokwasy hamujące rozwój niepożądanych mikroorganizmów powodujących choroby. Dalej, bakterie fotosyntesujące, które rozkładają wszelkie szkodliwe materie i biorą udział w produkcji antyutleniaczy. Tu należy pamiętać, aby EMów nie używać w pełnym słońcu ze względu na udział w składzie tych bakterii. To też generalna zasada, opryski robimy rano lub wieczorem, a najlepiej przy pochmurnej pogodzie lub przed deszczem. Wilgotnośc gleby czy powietrza wzmaga działanie. EMy to też drożdże, czyli fermentacja materii organicznej oraz inne fermenty pochodzenia roślinnego, zupełnie podobne do używanych przez ludzi naturalnych kiszonek (ogórki) czy kwaszeń (kapusta). Witaminy i aminokwasy. To taki probiotyk, dobre bakterie dla roślin, bardzo podobny jak probiotyk dla ludzi czy na przykład pszczół. Pan już wcześniej wspominał o EMach, jakoś mi uciekło, aby pochwalić Pana za to, co niniejszym czynię i samemu się pochwalić, że też używam :).
Oprysku z serwatki nie robię, ale mam pewne doświadczenia, otóż będąc dzieckiem pijałem serwatkę, kiedy tylko Moja Babcia robiła ser. Odległe wspomnienia... piliśmy na zdrowie, więc zapewne dla zdrowotności róż jak najbardziej się też serwatka nada.
Połowa listopada, zdarza mi się jeszcze spotkać kwiat róży w ogrodzie, ale już coraz rzadziej. Całkiem sporo jest za to owoców, chyba nawet więcej tej jesieni niż bywało to w latach wczesniejszych. Dzisiaj pada, jutro ma być słoneczna sobota, zrobię zdjęcia.
Pozdrawiam
P.S. Zapomniałem jeszcze wspomnieć o Miedzianie, który dopuszczony jest jako oprysk przeciwko chorobom liści w uprawach ekologicznych. W uprawie róż kiedy nie wystarcza poprawne/antychorobowe prowadzenie czy naturalne opryski, a inwazja patogena potężna, to można sięgnąć właśnie po Miedzian. Jest potwierdzonym skutecznym środkiem przeciwko mączniakowi rzekomemu, a i z prawdziwym wiem z doświadczenia, że też sobie dobrze radzi. To jedyny środek pochodzenia chemicznego, po który zdarza mi się sięgać w ogrodzie. W ostatnim roku w ogóle nie używałem przy różach, ale we wcześniejszych latach zdarzało mi się, w skrajnych przypadkach. Zaleca się już wprawdzie opryski Miedzianem wczesnowiosenne, krzewy bezlistne róż i drzew owocowych, ale tego nie praktukuję już ładnych kilka lat. Tylko przy zwalczaniu jak już choroba przybiera groźne dla krzewu czy drzewa rozmiary.
(15 listopada, 2019)
Marek Moch: Moje róże mają 5 lat :) !!!!!!!!!!! W tym roku wiosną bardzo mocno je przyciąłem, miałem pewne obawy, bo część z nich kwitnie tylko raz w roku, lecz wszystkie mocno odbiły i wszystkie mocno kwitły i jeszcze kwitną. I są zdrowe. Gdy kwitnienie się skończy będę je jedynie, na spokojnie, formował lekkim cięciem. Blanche Moreau najbardziej mnie uradowała, odpukać - bo jest zdrowa. Co prawda pojawiło się na niej kilka miejsc z mączniakiem prawdziwym, podobnie jak (tu więcej) na Rosa Gallica Versicolor (Rosa Mundi), lecz oprysk z 24 godzinnego wyciągu zimnego ze skrzypu (nie miałem żywego, więc użyłem suszony kupiony w sklepie z ziołami) zwalczył go (polecam) !!! Nadal stosuję też EM-y lecz ten zimny wyciąg skrzypowy jest super! Właściwie to jeszcze są pewne problemy z młodymi przyrostami Felicite Parmentier, jest tam nadal trochę mączniaka, ale nie martwię się, czekam aż całkiem dorośnie, opryskuję wyłącznie eko (jak wyżej) a po kwitnieniu lekko ją przytnę i przewietrzę.
Serdecznie Pozdrawiam:)
(13 lipca, 2020)
Piotr Szustakiewicz: To już pięć lat? Kto by pomyślał :)? Tak jakoś nie myślałem o tym, a wystarczyło popatrzeć, że Naszą Rozmowę rozpoczęliśmy przecież 21 sierpnia 2015 roku. Miło przeczytać, że róże rosną zdrowo i tak dobrze Panu w tym roku kwitną. Zasługa to Ogrodnika jak najbardziej. Zapytam o rozmiary krzewów, czy szacuje je Pan na takie jak to określaliśmy za Encyklopedią czy HMF przed pięcioma laty? I jak prezentują się razem na rabacie, kolorystycznie kiedy kwitną? I jak z rozstawem, czy dobrze dobrany? Przy sadzeniu odległości wydawały się ponad potrzeby, stąd ciekaw jestem jak Pan to ocenia teraz. No tak, skrzyp choć to jeden z najbardziej uciążliwych chwastów (a wiem coś o tym) potrafi byś prawdziwym dobrodziejstwem na choroby liści róż. I można obyć się bez trucia Natury i siebie? Oczywiście, że można. Wystarczy tylko nie iść na łatwiznę, mieć świadomość wyrządzanego zła i chcieć. Super ta Pana wiadomość. Jeden ogrodnik może być niewiarygodny, jak mi już na pm ktoś napisał, że to niemożliwe aby mieć ponad setkę róż i nie stosować chemii. A tak jest nas już co najmniej dwóch :).
Ja nie mam zbyt dobrych wieści różanych w tym roku. W trakcie wczesnoletniego kwitnienia, przez ogród przetoczyły mi się dwie nawałnice czerwcowe, w tym ta pierwsza z gradobiciem, po której krzewy róż które nie rosną pod drzewami czy jak pnące częściowym zadaszeniem, to straciły kwiaty i nawet liście. Nie pamiętam tutaj gdzie mieszkam tak dużych bryłek lodu lecących z nieba przez pół godziny. A jak co przetrwało, to druga już deszczowa z podtopieniem dobiła. Dobrze, że ogród położony na lekkim spadzie terenu to zmyło tylko ściółkę gdzie niżej, a woda nie stała zbyt długo. Jest też staw, zadziałał jak zbiornik retencyjny. O ile rok wcześniej i wcześniej można było narzekać na susze, to w tym roku jest deszcz 2-3 razy w tygodniu. Trzeba uważać o co się prosi Naturę czy Niebiosa :)... Krzewy w liściach teraz odbijają, ale tam gdzie ma być powtarzanie, to przy braku słońca i ciepła też pewnie będzie takie sporadyczne. Mamy wbrew wszystkim prognozom, zimne i deszczowe lato, po wcześniejszej bardzo ciepłej zimie. Ani jedno, ani drugie, zdecydowanie mnie nie cieszy.
W tym roku mocno prześwietlam ogród, usuwam zwłaszcza gęste krzewy lub kształtuję na drzewka, odkąd kot zaczął przynosić kleszcze w takich niespotykanych wcześniej ilościach. Dobrze, że jest w ogrodzie dużo pachnącyh mocno ziół - mięt, oregano, lawendy, wrotyczy, bodziszków, więc kleszcze trzymają się na obrzeżach. Najskuteczniejszą w tej grupie rośliną odstraszajacą jest wrotycz pospolity (Tanacetum vulgare), który rośnie w ogrodzie od niepamiętnych czasów. Kiedyś był ograniczany, a teraz rośnie we wszystkich zakątkach ogrodu, nie zważając na mityczne zakazy, równie zrozumiałe jak ukazy carskie :). Zakazany jest w krajach UE ze względu na posiadane właściwości toksyczne (?). A dokładniej zawarty w nim tujon. Tylko gdyby tak patrzeć to są setki takich roślin, które nie nadają się do spożycia, są trujące (poczawszy od konwalii, przez cisa, aż do datury), a jednak pozwala się tym roślinom rosnąć. Co do wrotycza pospolitego (Tanacetum vulgare) to od wieków wiadomo, że działa odstraszająco a wręcz niszcząco na kleszcze, ale też pierwotniaki, obleńce, płazińce i roztocza pasożytnicze (w tym dzisiątkującą pasieki na całym świecie warroze, Varoa destructor). Wrotycz zawiera bardzo dużo substancji przeciwzapalnych, silnie odkażających (wspomnianych przeciwroztoczowych, przeciwrobaczych, przeciwbakteryjnych, przeciwwirusowych, przeciwgrzybiczych), przeciwalergicznych, przeciwbólowych, uspokajających, przeciwdepresyjnych, rozkurczowych, żółciopędnych, żółciotwórczych, regulujących przemianę materii, odtruwających. Dlaczego zakazują? Chyba tylko dlatego, bo jest lekiem darmowym. Nic dziwnego zatem, że wielu uważa takie zakazy za celowe działanie lobby farmaceutycznego. Nie przeszkadzają im pestycydy wprowadzane za ich przyzwoleniem do środowiska w tysiącach ton, a które potem trafiają na nasze stoły, a przeszkadza wrotycz o prozdrowotnych i ochronnych dla człowieka właściwościach. Mówi się, że na liście zakazanych ma sie wkrótvce pojawic też kozłek lekarski, dziurawiec, a nawet szpinak. Oderwanie od rzeczywistości decydentów jest w tej materii wprost kosmiczne, w parsekach trzeba by to już liczyć. Zastanawiam się czego bać się bardziej, kleszczy czy właśnie takich ludzi?
Mój ogród od ubiegłego roku przechodzi przemianę, z ozdobnego staje się coraz bardziej takim na użytek kuchni, jadalnym. Nie rezygnuję z róż czy innych dużych posiadanych grup roślin, ale w miejsce tych które naturalnie odchodzą, pojawiają się już tylko miododajne lub jadalne.
Tak właśnie pojawiły się w moim ogrodzie ewodie koreańskie, perełkowiec japoński, korkowiec amurski, amorfa, moszenki południowe, parczelina, wierzbówka kiprzyca, rożnik przerośnięty. Oregano czyli lebiodka pospolita rozrasta się docelowo do kilku arów. Nie rezygnując z trawnika, na którym można pograć w piłkę czy badmintona, to myślę że z działki 25 arów można z czasem uzyskać w granicach 100 litrów miodu z roślin kwitnących po lipie. Taki mam plan :). Z pożytkami od marca po początek lipca nie ma generalnie problemów, natomiast te letnie aż po kwitnienie nawłoci warto pszczołom zapewnić. Róże niestety nie nektarują, natomiast dostarczają całkiem spore ilości pyłku kwiatowego, składnika pierzgi będącej pokarmem dla pszczół. Można też pozyskiwać pyłek pszczeli, ale ja mam tak dogadane z moim pszczołami, że pyłek całkowicie pozostawiają dla siebie, dzielą się ze mną tylko miodem :).
Róże mnie trochę mniej teraz zajmują, z racji tej mojej hobbystycznej pasieki, jednakże w żaden sposób o nich nie zapominam.
Pozdrawiam serdecznie.
(15 lipca, 2020)
Marek Moch: Dziękuję za b. miłe słowa. Tak!!! Jest dokładnie jak Pan pisał 5 lat temu:) A więc rozstaw był/jest idealny, gdyby posadzić je wtedy gęściej, byłoby źle. I też tak jak Pan pisał o wymiarach książkowych i o swoich egzemplarzach - w dobrym miejscu osiągają rozmiary większe niż jest podawane. Na przykład moje Ispahany - moim zdaniem można je wyprowadzić w bardzo zgrabne krzewy przekraczające nawet ciut 2 metry wysokości i to mam zamiar mieć w tym roku. Bardzo dużo się nauczyłem. Na pewno znaczenie ma cięcie, którego się bałem, ono je nie tylko kształtuje, ale napowietrza i wzmacnia. Przyznam się, że ciągle eksperymentuję, by nie rzec kombinuję z bylinami na Rabacie 5 Róż i to tam trochę utrudnia konieczne zabiegi i dojście do krzewów. Gdybym teraz to robił, to w takiej rabacie różano-bylinowej posadziłbym raczej jakieś bardziej dzikie róże. A te moje mocniej bym odsłonił. A warto, bo zapach starych róż jest niesamowity!!! A choć nie mają certyfikatów ADR czy innych, gdy tylko poświęcimy trochę pracy przy przygotowaniu miejsca i później nie zaniedbamy cięcia, to są zdrowe. Poza tym czas, z czasem, z wiekiem stają się silniejsze i zdrowsze (też Pan to pisał!). A potrafią pokazać wiele. Na przykład Blanche Moreau z którą jeszcze do poprzedniego roku były problemy, w tym jest całkiem zdrowa. Bardzo mnie to cieszy, bo to piękna róża. Gdy wiosną była i ona cięta bardzo mocno, obawiałem się, że nie zakwitnie, lecz kwitła, a jak już napisałem cięcie je odświeża, wzmacnia, przewietrza. Tak. Bez chemii można sobie poradzić – choć piszę to jako posiadacz raptem kilku róż, gdzie mi do Pana. Choć grunt to chyba po prostu, tak, po prostu prowadzenie róż jak należy, czyli odpowiednia ziemia, odpowiednie miejsce i później dbanie o nie, w tym zwłaszcza cięcie, aby je wzmocnić, napowietrzyć krzew, dać mu słońce. Ale skrzyp! i EMY- to jest to, choć myślę że skrzyp lepszy, bo dużo tańszy, co ma znaczenie, zwłaszcza jeśli róż jest więcej. Pomysł pasieki jest wspaniały! A ogrody kuchenne mogą być równie ozdobne jak "ozdobne". Poza tym, zmiany w ogrodzie, stopniowe zmienianie jego charakteru z upływem czasu, są również fascynujące. Zmieniamy się my i zmieniają nasze ogrody! To super. Natomiast martwią mnie szkody jakie się u Pana pojawiły, lecz jestem pewny że sobie Pan z tym poradzi. Klimat się zmienia i zjawisk ekstremalnych będzie niestety więcej ... Co do roślin „rozpychających się”, to myślę, że jest różnica między rodzimymi i nierodzimymi. Te pierwsze wystarczy nieraz lekko „osłabiać” innymi „mocnymi” gatunkami oraz odpowiednimi zabiegami – co następuje też samoczynnie w naturze, tyle że w naturze wolniej, cykl jest dłuższy. Proszę zobaczyć, teraz jest moda na łąki kwietne, lecz trawy są w stanie podgłuszyć kwitnące rośliny. Wyjściem jest wprowadzenie naturalnie osłabiającego trawy ich pasożyta - szelężnika oraz zbieranie pokosu, aby zmniejszyć żyzność gleby. W przypadku tych drugich mam obawy. Bo choć jeśli się ich pilnuje, to nie powinno być szkód. Ale na to trzeba mądrego i odpowiedzialnego Ogrodnika, a nie wszyscy tacy są. A wracając do róż. Dla mnie ta 5-letnia przygoda z nimi, podróż z nimi, jest super nie tylko dlatego, że są piękne i przepięknie pachną. Ale też dlatego, że dzięki nim poznałem Pana oraz dlatego, że bardzo dużo się nauczyłem, nie tylko stricte o różach ale ogólnie, o ogrodnictwie... i w ogóle.
Serdecznie pozdrawiam z Wielkopolski.
(20 lipca, 2020)
Piotr Szustakiewicz: Róże o pokroju krzewiastym (historyczne, parkowe) z wiekiem osiągają i często przekraczają rozmiary podawane przez hodowców czy też w źródłach i musimy ten fakt mieć na uwadze zaprowadzając je w swoim ogrodzie. Jeśli prowadzone są zgodnie ze sztuką ogrodniczą, to na pewno nie zawiodą. Jest dokładnie jak Pan o tym wspomina - "odpowiednia ziemia, odpowiednie miejsce i później dbanie ". Od ogrodnika róże wymagają solidności, cierpliwości i pracy takiej codziennej. Nie znoszą kiedy są traktowane byle jak i w pośpiechu. Decydując się na róże w ogrodzie trzeba mieć tego świadomość.
Tak prawdziwie docenić ich wartość, przymioty różane, możemy dopiero po latach. Dopiero stojąc przed kwitnącym "Ispahan" o słusznym wzroście 2 metrów i takiej też rozpiętości pędów, zaczyna się rozumieć, że to "najwspanialsza ze wszystkich raz kwitnących w sezonie róż starodawnych" i "nie ma drugiej takiej mogącej się z nią równać w dużych kwiatach o wybornym zapachu, o płatkach zebranych w idealnej aranżacji, rozwijających się tydzień po tygodniu w pełni sezonu". Czy te słowa Charlesa i Brigit Quest-Ritson (Encyklopedia Róż) będą przemawiały do nas i cokolwiek znaczyły, kiedy będziemy mieli do czynienia z mizernym krzewem wysokości metra wciśniętym między inne? I nie będzie to kwestia wcale wieku, tylko braku miejsca do prawidłowego wzrostu, złej gleby i pozostawienia róży samej sobie.
Nosiłem się z zamiarem sesji zdjęciowej mojego już wiekowego "Ispahan", ale niestety pogoda czerwcowa pokrzyżowała te plany. Ogród jest solidny, dwudziestoletni więc te straty nie są nieodwracalne, co najwyżej takie jednego sezonu.
W kwestii cięcia róż trzeba nabrać pewności i dzieje się to tak przez praktykę. Cieszę się, że nabrał Pan wprawy, widzi zasadność cięcia i to jak pędy i krzewy reagują na zabiegi kształtujące, pobudzające czy sanitarne. Ważne, aby to rozumieć po co tniemy, a nie tylko dlatego, że wiosna za pasem i tak trzeba.
Kwitnące łąki to marzenie każdego pszczelarza. Coraz trudniej takie spotkać w środowisku, a tworzenie własnych jest trudne tak jak Pan o tym pisze. Najlepiej kiedy tworzą się naturalnie, na przestrzeni wielu lat. Niemniej jak najbardziej warto próbować, nawet na małych, przydomowych areałach. Tak łąka z czasem sam sobie wybierze co ma na niej rosnąć. Można taki stan pozostawić, a można też ingerować. Choć myślę że można znaleźć złoty środek, aby było jednocześnie kwitnąco/kolorowo jak i naturalnie, rajsko dla pszczół, motyli i innych małych mieszkańców. Szelężnika znam z czasów kiedy mieszkałem bardziej na wsi, trzeba było go ręcznie wyrywać w zbożu, a już zwłaszcza na pastwiskach, jest silnie trujący dla bydła. Wydaje się stwarzać znacznie większe zagrożenie niż Naturze ducha winien wrotycz pospolity, a jednak się uchował. A może to tylko kwestia czasu i też go dorwą, bo przecież to też ważny składnik medycyny ludowej :). Jakkolwiek, na łąkach kwietnych lepiej niewątpliwie szlężnika zaprowadzać, niż pryskać jakiś chemicznym cholerstwem :).
W Naszej Rozmowie O Różach, często muszę coś sobie przypomnieć/doczytać, nie wszystko mam w głowie, tym samym nabywam nowe spojrzenie na wiele spraw i też cały czas uczę się. Pana doświadczenia w kwestii stosowania probiotyków, czy jak teraz skrzypu, to dla mnie nauka i utwierdzanie się w przekonaniu, że róże da się prowadzić bez chemii, że jak najbardziej warto i ma to ogrodniczy, przyjazny Naturze sens. Wszelkie korzyści płynące z Naszej Rozmowy są jak najbardziej obopólne. Mamy temat bardzo wdzięczny, to i nic dziwnego, że ani się obejrzeliśmy, a 5 lat nam minęło :). Ja również bardzo dziękuję za ten czas. Pozostaję w przekonaniu, że z pewnością będzie jeszcze o czym porozmawiać, bo i róże to niewyczerpane źródło wszelakich dywagacji przyrodniczych i nie tylko.
Pozdrawiam serdecznie.
(23 lipca, 2020)