Rozmowy o różach
Piotr Szustakiewicz: Witam Pana w kolejnym sezonie. Ciekawe jaki był dla róż w Pana ogrodzie ten poprzedni? Dla mnie pracowity ogrodowo. Dla samych róż całkiem udany, choć przyszedł bardzo wcześnie. W tym roku mamy podobnie, wiosnę już tak na dobre od 2-3 tygodni, a i sama zima była niezwykle łagodna. A może czas już przestać się temu dziwić i napisać raczej, że była łagodna jak zwykle. W tym roku, po raz pierwszy od blisko dwadziestu lat mojego ogrodu, nie okrywałem róż parkowych i pnących, nawet nie kopcowałem. Kopce dostały się tylko rabatowym, a i to niepotrzebnie. Na palcach jednej ręki dało się tej zimy policzyć dni kiedy temperatura spadała do -10 °C, maksymalnie -12 °C. Dla naszych róż to oczywiście nie było żadne zagrożenie, przemarzanie było znikome, wiele utrzymało liście aż po dzisiaj. W ostatnim wpisie wspomina Pan o renesansie jaki przeżywają mieszańce herbatnie. Te nie-nasze zimy, a takie bardziej angielskie, na pewno spowodują, zmiany też w nasadzeniach w naszych ogrodach. Jeśli HT nie trzeba będzie okrywać, to będą chętniej sadzone, a i też pojawią się odmiany strefy USDA 7 (-15 °C) czy nawet wyższych. Ja osobiście jestem za utrzymaniem pogodowego status quo, czyli aby było jak to rzewniej bywało. Ocieplenie – a nikogo już chyba nie trzeba przekonywać, że mamy z takowym do czynienia – może tylko dla róż będzie dobroczynne. Jeszcze też dla palm, lasów dehessa z wiecznie zielonymi dębami, oliwek, drzew cytrusowych i innych roślin śródziemnomorskich, które zawitają do polskich ogrodów.
Tak, róże w minionym roku prezentowały mi się całkiem ładnie, zakwitły wcześniej o dobre 2-3 tygodnie, jednakże kwitły długo. Lato było ciepłe i słoneczne, choć też z dobrą ilością dni deszczowych, bez suszy która dawała się tak we znaki w latach wcześniejszych. Dobrze też powtarzały kwitnienie i to aż po listopad, jesień mieliśmy prawdziwie polską, czyli złotą. A jak już jesteśmy przy tej barwie, to pochwalę się "Lichtkönigin Lucia" i to jest zdjęcie z 31 maja, kiedy była w pełni kwitnienia od ładnych dwóch tygodni...
To drugi krzew tej odmiany, pierwszą posadziłem pod ścianą, jednakże nie najlepiej się prezentowała jako pnąca (zasadniczo i wg literatury to jest Modern Climber) i tak przed siedmioma laty zaszczepiłem sobie ją powtórnie na podkładce R. canina "Schmid's Ideal". Przez pierwsze trzy lata była w pojemniku, czekała na swoje miejsce przy remontowanym tarasie i rosła trochę wolniej. Natomiast teraz z roku na rok błyszczy coraz bardziej. Kwiaty niczym mieszańców herbatnich, bardzo trwałe, pojawiają się regularnie aż po późną jesień. Ulubiona róża mojej córki Łucji :).
Ciekawe czy ten rok też będzie taki z przesuniętą wegetacją. Jeszcze kilka lat temu, jak zakwitła "Mother's Day" na 26 maja, to było to takie mocno pierwsze wydarzenie różane w ogrodzie i to dość odosobnione. A teraz ten czas, to już prawie pełnia sezonu. Ale skoro wegetacja wcześniejsza, to i zasadnym jest też wcześniejsza pielęgnacja róż, czyli wszystkie sprawy związane z cięciem. Moim zdaniem jak już krzewy są w dobrze widocznych pąkach, za oknem temperatury na plusie to można ciąć nie patrząc na kalendarz.Ja tak porządkuję ogród od pierwszych dni marca i jak jestem na rabacie przy krzewie róży to ją też przycinam wiosennie. W tej właściwej różance, gdzie parkowe i historyczne, też pierwsze prace mam za sobą, a jak tylko będa kolejne dni ciepłe (deszczowy tydzień się zapowiada), to prace będa tam postępować. Czy przyjdzie jeszcze ochłodzenie? No pewnie tak, ale raczej takie w granicach 0 °C, a jakby nawet niżej, to też tragedii nie będzie. Korzystniejsze jest cięcie wiosenne róż w pąkach niż w liściach. To tak wiem z doświadczenia, że pąki bezlistne, te cięte na zewnątrz, lepiej wybijają.
Pozdrawiam wiosennie.
(10 marca, 2017)
Marek Moch: Ja również witam Pana w nowym, kolejnym, sezonie :) Róża naprawdę Bardzo piękna :) Ja też nie okrywałem, ani nie kopcowałem. Zima była niezimowa i uznałem, że nie ma sensu, może nawet bardziej zaszkodzić. No i ja jestem już po cięciu wiosennym. Noo zobaczymy z jakim efektem, już trochę bardziej to czuję, ale jeszcze to nie to. Nic nie poradzę. Będę się musiał dalej uczyć na moich różach. Do tego jeszcze zbyt późno to zrobiłem, ale byłem bardzo zajęty i nie dałem rady zrobić tego wcześniej. Nadzieja w tym, że róże są silnymi, żywotnymi roślinami. W tym roku postanowiłem już nie używać jakichkolwiek podpór, w razie potrzeby będę ciął. Piękna róża :) nie dziwię się Pana córce, sądzę że nie tylko z uwagi na imię :) tak jej się podoba :) Te kwiaty, te liście, piękny pokrój. Super :) Choć nazwy też są ważne :) Dobrze, że tak pięknie nazwał Pan moja rabatę, ooo gdyby nie to ... i tak już miałem parę razy silne ciągoty aby powiększyć moją "kolekcję". Ale rozum mówi- nie! choć ta nazwa rabaty też mnie ratuje :) i dobrze! Na razie dla mnie 2 Ispahany i Rabata 5 Róż to dość :) Ja również pozdrawiam wiosennie.
(16 kwietnia, 2019)
Piotr Szustakiewicz: Siedem róż to jest dużo pracy, jeśli prowadzi się róże tak solidnie jak Pan to robi. A i przecież to róże krzewiaste więc z latami rozrastając się stworzą całkiem spory różany areał uprawy. I jak zawsze powtarzam, miejmy tyle róż w ogrodzie iloma jesteśmy w stanie dobrze się zająć.
A w kwestii imienia róży... wcześniej czy później, każdy jak dookreśli sobie kolor kwiatów danej róży, ich kształt i zapach, teksturę liści, zaczyna się zastanawiać jak to też naszej róży dostało się imię. Rynek róż to ponad 15 tysięcy gatunków i odmian, tysiące innych bezpowrotnie zaginęło choć wciąż jest nam znana dzięki przekazom z przeszłości i każda z nich nosi niepowtarzalne miano. Dlaczego takie, a nie inne – to niezwykle ciekawy materiał do różanych rozważań, też anegdot, domysłów i poszukiwań. Moim zdaniem jest to na równi zajmujące jak i inne aspekty związane z uprawą. Jak najbardziej można cenić różę za imię, dokładnie tak samo jak i za stricte ogrodowe, botaniczne przymioty. A jak już odkryjemy w nazwaniu coś z naszego świata, no to mamy wtedy dopełnienie naszej różanej admiracji. Same konotacje moga być bardzo różne, począwszy od historycznych (postaci, wydarzeń) poprzez związane z szeroko pojętą sztuką i kulturą (literatura, muzyka, malarstwo, film) aż po te bardzo bardzo osobiste, kiedy to hodowca czy botanik poświęcał nową odmianę bliskiej mu osobie, niekoniecznie znanej innym.
"Lichtkönigin Lucia" jest oczywiście postacią bardzo znaną, to święta Łucja z Syrakuz otoczona kultem w kościele rzymskokatolickim i prawosławnym. Szczególnie znana jest w Skandynawii, 13 grudnia w Szwecji, w najkrótszy dzień roku, obchodzi się Święto Światła, którego to jest ona patronką. Nie wiem z jakiego regionu naszego kraju pochodzi to przysłowie, które tak mi się zawsze w tym dniu przypomina "Na Świętą Łuce noc się z dniem tłuce" :). "Lichtkönigin Lucia" ma w sobie wiele wewnętrznego światła, jej żółty kolor kwiatów potrafi rozjaśnić każdy zakątek ogrodu. Wilhelm Kordes zapewne widząc tę cechę wybrał to imię dla swojej róży. Moim zdaniem bardzo trafnie.
Tak jeszcze się dopiszę, to trzeci mój przypadek kiedy różę zasadniczo znaną jako pnącą prowadzę w formie krzewu. Jest to trudniejsze zadanie, trzeba uważnego cięcia, aby z jednej strony utrzymać pokrój krzewu, a z drugiej dać się róży wykazać.
Wiosna po tych zimnych nocach z przymrozkami, niestety znowu nie będzie moreli :), na dobre już chyba zagości, tj. na Wielkanoc i dłużej. Ja też już kończę cięcie róż. W przypadku wielokwiatowych to myślę, że po takich łagodnych zimach to można je traktować jak krzewiaste i ciąć znacznie powyżej 50 cm. W Niemczech, gdzie klimat znacznie łagodniejszy, floribundy tak właśnie się tnie wysoko wiosną, usuwając tylko skracając pędy wybijające ponad pokrój i usuwając krzyżujące. U nas kiedy zimy były mroźne krzewy przemarzały do miejsca kopcowania i to wymuszało cięcie niskie. Może jeszcze dzisiaj nie trzeba pisać nowych podręczników dla ogrodników w naszym kraju, ale jak ocieplenie klimatu sie utrzyma to w najbliższych latach czeka nas rewolucja w ogrodach jak nic. Nie nastraja mnie to wcale optymistycznie, bo jakoś sobie nie mogę przypomnieć aby jakakolwiek rewolucja przyniosła zmiany na dobre. Taka Wielkanoc wystarczy jak będzie pogodna, a nie upalna, i tego sobie życzmy nawzajem :).
Pozdrawiam
(18 kwietnia, 2019)
Marek Moch: Bardzo miłe słowa o solidnym prowadzeniu róż przeze mnie. Dziękuję. Nadal największy dla mnie problem, to cięcie. Tym bardziej, że mam różne róże, o różnym pokroju. Na przykład Blanche Moreau jest bardziej wiotka i smukła, o dużej ilości ostrych kolców i dużych liściach, więc to się potem czepia i splątuje, zwłaszcza gdy choć trochę wieje, Rose de Resht bardzo zwarta, krępa, przy tym żywotna, Felite Parmentier bardzo żywotna, co też powodowało problem z gęstością, w efekcie z mączniakiem, Comte de Chambord był po prostu najmniejszy, to akurat problem tego konkretnego egzemplarza, więc potem nowe przyrosty były musiały być dużo większe i cięższe niż starsze pędy i znowu problem pokładania. Ale uczę się. Ileż razy czytałem Pana blog i oglądałem zdjęcia. Poza tym, obserwuję je. Widzę więc, jak reagują na cięcie i gdzie popelniłem błędy. I wydaje mi się, że już dość dużo umiem. Jeszcze rok, dwa lata i powinno być to robione jak trzeba. U mnie mimo spóźnionego cięcia wiosennego 2019, jest dobrze. Od kilku dni widzę już nawet młode pączki kwiatowe...
Pozdrawiam
(5 maja, 2019)
Piotr Szustakiewicz: Tak czekałem z odpisaniem się na kwitnienie pierwszych róż i trochę to zeszło. Maj był bardzo zimny i choć moje róże na słonecznych stanowiskach, jak "Gloire de Dijon", kwitły już od 10 maja, to tylko pojedynczymi kwiatami. Dopiero ten ostatni tydzień ciepły i razem z nim ruszył w pełni sezon różany 2019'.
Wiotkość pędów u niektórych róż krzewiastych stanowi pewien problem, pomaga tu systematyczne cięcie skracające pędy zaraz po przekwitnięciu lub prowadzenie takich róż jako pnących, gdzie taka cecha jest zaletą. Im starsze róże tym ewentualne cięcie korygujące wykonane nawet w maju, miesiąc przed kwitnieniem, jest mniej widoczne w ilości pojawiających się kwiatów. U róż młodych wiadomo, każdy kwiat ma znaczenie. Pozostaje tu palikowanie wiotkich pędów, podwiązywanie. Po kwitnieniu, jesli róża nie powtarza, to cięcie może być już solidniejsze bez względu na wiek krzewu. Pędy pokladające się na ziemi przycinamy tak krótko, aby otrzymać podstawę w miarę pionową, a pąk ostatni skierowany na zewnątrz.
Tak jak rosną nam róże, tak też przychodzi nam doświadczenie w kwestiach uprawy. Widzimy dokładnie czy nasz zakup danej odmiany był tym takim trafionym, czy róża jest rzeczywiście taką jak to sobie wcześniej wyobrażaliśmy. Mnie róże nie rozczarowywują, choć jak wspominałem wcześniej, nie będę już na przykład sadził róż angielskich, odnawiał (szczepił) tych które odchodzą. Niemniej, były ozdobą ogrodu przez kilka ładnych lat i należą im się z tego tytułu jak najbardziej moje podziękowania. Teraz, wraz z wiekiem mojej różanki zaczynam bardziej cenić niż miało to miejsce na początku – żywotność, trwałość róż i radzenie sobie bez częstych zabiegów pielęgnacyjnych. To ostatnie jest ważne oczywiście nie dlatego, że chcę się jak namniej zajmować moimi różami czy też mam mniej tego czasu. Przeznaczam na ogród go tyle samo, tylko wbrew pozorom im starszy ogród tym nie jest mniej przy nim zachodu, jest więcej. A jak już jest prowadzony bez chemii, to choćby z racji pielenia rabat tej pracy jest prawie na pełny etat. Te powyższe wymagania stają się same równie ważne co i pozostałe przymioty stricte różane: kwiaty, zapach czy liście. Trudno mi w tych kwestiach wskazać taki jeden wzorzec, bo w każdej choćby grupie historycznej znalazł by się taki i to pewnie nie jeden. Jednakże zaprezentuję może mniej znaną różę, która w kategorii róż krzewiastych naprawdę z roku na roku prezentuje się coraz lepiej. Innym parkowym po latach chwały potrzebne jest często silne cięcie odmładzające (pędy przestają kwitnąć), czyli jak gdyby wracamy do stanu sprzed kiedy róża miała lat pięć. Ponadto, trzeba przy nich corocznie 2-3 razy zmierzyć się z cięciem korygującym, kształtującym czy sanitarnym. Natomiast tutaj róża rośnie sobie prawie sama, co przy znacznej mojej kolekcji (duże słowo, zbiór chyba byłby odpowiedniejszy:) jest prawdziwym dobrodziejstwem. Wycinam tylko wiosną ubiegłoroczne zeschnięte kwiatostany i na tym praktycznie moje zajmowanie się różą "Sekel" kończy – stan na dzień 2 czerwca, 2019...
Odmiana została wyhodowana w 1984 roku, przez Arne Lundstada (1916-1988), norweskiego rosarianina i profesora ogrodnictwa. Kwiaty w tym kolorze, raczej kolorach (ta róża bardzo zmienną jest), mogą się naprawdę podobać. Podobnie jest z ich kształtem, chyba jest nawet zauważalny obecnie trend powrotu do róż o kształtach kwiatów pojedynczych. Prostota za którą kryje się wiele wdzięku, subtelności i zwiewności. Kwiaty jak motyle. Ta prezentowana powyżej moja "Sekel" to krzew dwunastoletni i znacznie przekracza wymiary z HMF, czyli 1.5m x 1.2 m. Jest to dobrze ponad 2m x 3m. Także ma się u mnie lepiej niż w Norwegii. Nie zgadzam się też z mrozoodpornością opisywaną na 6b (-20.6 ºC), zima 2012 to było poniżej -25 ºC a przecież doskonale dała sobie wtedy radę, podobnie jak i w latach późniejszych.
Pana róże w tym roku to już takie wchodzenie w wiek dojrzały, więc z tej racji też powinny już nabierać docelowych rozmiarów pokroju. Również kwitnienie powinno być już takie blisko optymalnego, w ilości i wielkości kwiatów.
Pozdrawiam
(2 czerwca, 2019)
Marek Moch: Wspaniała róża! Biorąc pod uwagę rozmiary i żywotność, oraz Kolory - widzę ją jako soliter.. mocny akcent.. tak .. ma w sobie to co lubię - bo choć ogólnie jestem za pewnym stonowaniem w ogrodach, spokojnym współgraniem - to lubię też jakiś element, czy dwa - bardziej ekstrawagancki, wyrazisty. Wbrew pozorom, to absolutnie się nie kłóci! wręcz odwrotnie. Jest dopełnieniem, hmm jest jak przyprawa.. Jest w sumie konieczne :) i prawidłowe, dobre, to dopiero daje efekt. Chroni spokój przed monotonią i nudą.. Bardzo by mi się ta róża, w taki sposób użyta, podobała. Tym bardziej, że poza kolorami ma też tą siłę, jest krzepka :) Wydaje mi się, że ten powrót do pojedynczych kwiatów może też wynikać z tego, że takie są dostępne dla owadów. A wie Pan - racja! te moje rzeczywiście mają już powoli dojrzałe pokroje! To widać. To niesamowite.. I to właściwie wszystkie, poza Comte de Chambord - który był najmniejszy, ale jestem pewien że to kwestia tego roku. Podparłem odrobinę jeden Ispahan i Blanche Moreau. Ale to na moment, po kwitnieniu po prostu dotnę, teraz nie chcę, bo kwitną :) Choć może przy Blanche jednak zostawię coś, ona jest jak to Pan kiedyś pisał (ale przy Rosa alba semiplena) ona jest wiotka .. lanky .. Ale kwiaty ma nieziemskie, ten kolor.. Na razie wszystkie sa zdrowe, ja podjąłem nieodwołalną decyzję nie używania żadnej chemii. Na razie też nic tam na nich nie żeruje. Odpukać. Co do kwiatów, to jednak ciut widać zbyt późne moje cięcie, na Ispahanach i na Felicite P. Ale jest mimo to świetnie. Bo i tak kwiatów jest dość dużo.. Dziś otworzyły się dwa kwiaty u mojej nieplanowanej ;) uwielbianej Rosa Mundi :) Ooo w najbliższych dniach widok będzie nieziemski, bo pąków ma baardzo dużo. Dziękuję za kolejne wskazówki w poście :)
Serdecznie pozdrawiam
(5 czerwca, 2019)
Piotr Szustakiewicz: Duże róże, przekraczające wysokość dwóch metrów przy szerokości trzech, zdecydowanie trzeba umieszczać w miejscach gdzie ta ich swoista majestatyczność pozostanie niezakłócona podobnie rosnącymi w sąsiedztwie krzewami różanymi czy też innymi. Pamięta Pan, rozmawialiśmy na samym początku o odległościach między różami, które to wydawały się wtedy zdecydowanie ponad potrzeby jednorocznych krzewów. Myślę, że teraz po trzech latach już widać, że gdyby zostały posadzone znacznie gęściej, to mielibyśmy początki problemów związane z przerastaniem się wzajemnym krzewów. Jak róże kwitną to jeszcze to jakoś wygląda, ale potem kiedy pozostają pędy i liście, to muszą się one prezentować za krzew cały. Jeśli odległości nie dopilnuje się na początku, to jak nic za lat siedem-dziesięć ma się w ogrodzie piękną różaną katastrofę :).
We wcześniejszym wpisie mówiłem o różach, rosnących prawie same sobie i jak wino – im starsze tym lepsze. Poniżej takie przykłady, z nawiązaniem też do rozmiarów i odpowiedniej dyslokacji krzewów w ogrodzie. "Emelie", ośmioletnia róża, przekroczyła znacznie podawane za HMF rozmiary (3m x 2m), zwłaszcza w rozpiętości (ponad 4 m). Ulokowana jest na płocie, w granicy różanki i ogrodu, czyli na miedzy. Nic jej tutaj nie zawadza, może się rozrastać w dwóch wymiarach do woli. Głębokość pokroju nieznacznie ograniczam (miedza) zaplatając pędy na płocie, który de facto mierzy sobie tylko 2 metry. Powyżej wszystkie pędy wspierają się same na sobie. Róża bardzo kolczasta, rękawice skórzane potrzebne nawet przy wycinaniu ubiegłorocznych kwiatostanów. Gdyby rosła jako plątanina pędów, no to prowadzenie jej wtedy byłoby niewątpliwie prawdziwym wyzwaniem...
Kolejna to "Lykkefund" wchodząca w piąty sezon, a już na płocie jest jej dużo. Ta wprawdzie jest bezkolcowa, ale przewiesza się bardzo mocno, same pędy jak czytałem swego czasu, potrafią wspiąć się na wysokość 10 metrów. Wystarczy tylko dać im na przykład odpowiednie drzewo. Zapach kwiatów jest bardzo silny, słodki i piżmowy, dający się wyczuć z odległości kilkunastu metrów. Najintensywniej róże piżmowe pachną w upalne dni, po deszczu i też wieczorami kiedy na krzewach osiada rosa. Moje ule w obecności tej róży to nie przypadek, pszczoły ją uwielbiają...
Podobnym wzięciem cieszy się "Ghislaine de Féligonde", uważana powszechnie za jedną z najlepszych wśród Multiflora Rambler. To największa z moich róż, od dwunastu lat w ogrodzie, szerokość krzewu ponad 5 metrów przy 3 metrach szerokości. Powierzchnia kwiatowa zatem to ca 15 m². Kiedy szukałem dla niej miejsca, to w tej części ogrodu mało wtedy się działo, obecnie są dwa rzędy róż historycznych. Na zdjęciu widoczna poniżej to "Malvina" i z prawej "Alba Maxima"...
Te trzy róże, podobnie jak i pozostałe w moim ogrodzie, nie są nawożone. Nie wymagają corocznego cięcia poza sanitarnym, które ogranicza sie do wycięcia martwych pedów wiosną. Nie zapadają na choroby grzybowe, nie są atakowane przez szkodniki róż. Można je okrywać kiedy krzewy są młode, choć nie jest to konieczne. Mrozoodporność jest wystarczająca, a Lykkefund to można uprawiać z powodzeniem nawet w Wiżajnach :).
Oczywiście bycie lanky może być atutem róży. Wszystko zależy od tego jak też chcemy ją prowadzić. Tutaj przewieszająca się "Ghislaine de Féligonde" prezentuje się moim zdaniem zdecydowanie korzystniej niż gdyby kwitła na pędach prostych czy nawet łukowato wygiętych. Odpowiednia ogrodnicza inwencja i nie ma słabych róż. Cieszy mnie wiadomość, że zrezygnował Pan na dobre z chemii, czyli teraz nawet nie będzie oprysku na mszyce czy skoczka jak rozumiem. Może być trochę trudniej w tym pierwszym roku, ale za to w kolejnych powinno być z górki. Pamiętam siebie jak zrezygnowałem z oprysków i widok zwłaszcza mszyc nie dawał mi długo spokoju. Teraz nie tyle ich nie zauważam, co traktuję jako mniejsze zło. Pszczoły też zmieniają optykę, jak wiadomo jeden z najbardziej zacnych miodów to spadziowy, który to zawdzięczamy między innymi mszycom. Także świat przyrody doskonale się kręci bez człowieka i wszystko jest na swoim miejscu. Nie ma tu co poprawiać, a już tym bardziej opryskami chemicznymi. Trzymam kciuki za Pana, za wytrwanie w postanowieniu :).
Pozdrawiam
(7 czerwca, 2019)
Marek Moch: Co za róże !!! Co za róże ... :-) A ja będę się nadal trzymał swego postanowienia - zero chemii! Ten świat przyrody doskonale kręci się bez nas - święte słowa :). Pozdrawiam
ps. pełna zgoda, miał Pan 100% racji, gdybym posadził gęściej, byłby teraz duży problem.. a tak róże moje (s)tworzą wielki różany krzew, ale nie tracąc nic ze swego wyglądu!
(12 czerwca, 2019)