Rozmowy o różach

   Odpowiadając na pierwszy komentarz Pana Marka Mocha dotyczący "Ispahan", nie myślałem, że pojawią się kolejne bardzo interesujące w swej treści, dotyczące już nie tylko uprawy róż w takim aspekcie ogólnym. Nie są to też same pytania mojego rozmówcy, ale też przemyślenia i doświadczenia, a wszystko wsparte bardzo solidną wiedzą ogrodniczą. Naszą wymianę zdań, za zgodą Pana Marka, postanowiłem przenieść do historii, która będzie bardziej dostępna i łatwiejsza do odnalezienia. Zamysł jest też taki, aby nasza rozmowa była kontynuowana wraz ze wzrostem róż, jak i pojawianiem się wszelkich nowych różanych kwestii, też dotyczących historii pochodzenia, nazewnictwa i tego wszystkiego co zawiera się w rodologii czyli dyscyplinie naukowej traktującej o rodzaju roślin Rosa. Zapraszam też tutaj odwiedzających moją witrynę, do zamieszczania swoich doświadczeń i spostrzeżeń w tej materii. Nie muszą być wcale zgodne z przedmówcami – wiadomym przecież jest, że nic tak dobrze nie wpływa na dyskusję i nie ożywia jej, jak właśnie różnica poglądów :). Wypowiedzi (wraz z mile widzianymi własnymi zdjęciami róż) proszę zamieszczać w formularzu komentarza dostępnego pod artykułem lub też przesyłać na adres witryny (Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.).
Zapraszam do rozmowy o różach....


Marek Moch:
Rozmiary Ispahan które Pan podaje - 2x2 m. Takie są u Pana, czy to informacja gdzieś wyczytana? Podpiera Pan czymś swoje Ispahany? A jak cięcie? Przepraszam za tyle pytań, ale kupiłem 2 i teraz intensywnie myślę, jak je wkomponować, a jestem w różach nowicjuszem. Poza tym super strona. Pozdrawiam
(Sierpień 21, 2015)

Piotr Szustakiewicz:
Dziękuję za dobre słowo o mojej witrynie. Dane moich róż weryfikuję za The Royal Horticultural Society, Encyclopedia Of Roses (Charles & Brigid Quest-Ritson, 2008). To brytyjskie wydawnictwo, powszechnie uznawane za najbardziej miarodajne w opisywaniu róż. Dane, które tam można znaleźć, odnoszą się do warunków klimatycznych na Wyspach. Niemniej, jeśli dana odmiana rośniej silniej w strefie cieplejszej to jest to odnotowane, jak też podane są uwagi dotyczące dodatkowej ochrony w regionach zimniejszych. Generalnie, w naszym klimacie o pokroju/wzroście róż krzewiastych i pnących w bardzo dużym stopniu decydują zimy. Wiosną koniecznym jest usuwanie przemarzniętych pędów i potem czekanie na ich regenerację. Jak róża zdoła się odrodzić, to taki będzie jej pokrój, wysokość i szerokość. Im więcej pędów zdołamy ochronić przed mrozem (poprzez kopcowanie, stroisze, chochoły, agrowłókninę), tym róże będą bardziej zbliżone do swoich optymalnych rozmiarów. Anglicy róż nie okrywają, poza tymi których mrozoodporność jest bardzo niska, podobna do róż herbatnich. Niemniej, ja mieszkam na Mazowszu i zimy potrafią być tu do -35 C, a poprzez osłony mam krzewy równie wysokie, a w niektórych egzemplarzach o pokroju wyższym niż podaje to encyklopedia i hodowca – przykładem tego jest "Benjamin Britten" (Shrub Rose, Austin, 2001), róża która wzrostem u mnie przekracza 2 m (bez podpór), a u Davida Austina jest to tylko 1.25 m.
Oczywiście poszczególne gatunki, grupy i przynależne do nich odmiany, w bardzo różny sposób znoszą nasze zimy. Stąd też potrzeba poznania ich mrozoodporności, a przez to zapewnienia odpowiednio osłoniętego stanowiska i dopilnowania zimą."Ispahan" należy jednak do róż o podwyższonej odporności (do -28.9 C) i uprawa, przy pamiętaniu o kopcowaniu i stroiszu, nie powinna sprawiać w klimacie Polski większych problemów. Z osłoną pędów warto jednak poczekać aż będą prognozy z temperaturami poniżej -10 C, bo to jedyna z damascenek o liściach semi-green czyli pozostających zimą w znacznej części zielonych na krzewach. Warto więc dać stanowisko wyeksponowane, aby móc podziwiać jeszcze "Ispahan" (liście) w czas śniegu i mrozu.W moim ogrodzie róża jest w czwartym swoim sezonie i sięga już 2 metrów, co uważam za potwierdzenie, że warunki uprawy ma właściwe. Nie rośnie jeszcze tak szeroko, ale ma jeszcze na to czas, wymiary podawane (encyklopedia/ hodowca) powinna spełniać dopiero po latach pięciu. Cięcie, podobnie jak i innych damascenek, jest i przy tej odmianie bardzo ważnym. W pierwszym roku uprawy wycinamy tylko przekwitłe kwiatostany. W drugim, w sierpniu tniemy krzew do 50 cm i powtórnie do 75 cm z końcem października, jeśli to konieczne. W następnych latach w sierpniu tylko cięcie korygujące kształt krzewu (usuwamy mocno strzelające pędy), natomiast zasadnicze wiosną na wysokość 1 m i też wtedy wykonujemy prześwietlające (wycinamy pędy krzyżujące się, przemarznięte, chore).
To tak pokrótce, jeśli nasuną się Panu jeszcze jakieś pytania związane z tą odmianą czy też z innymi – proszę pisać. Postaram się w najbliższym czasie napisać też historię tej róży, niewątpliwie jednej z najwspanialszych nie tylko w gronie damascenek.
Pozdrawiam
(Sierpień 22, 2015)

Marek Moch: Dziękuję za tak szybką i wyczerpującą odpowiedź i za poświęcony czas! Pana wpis bardzo dużo kwestii mi rozjaśnił. Na pewno skorzystam i będę się jeszcze pytał. Dziękuję Bardzo.
(Sierpień 22, 2015)

Marek Moch: Kolejna porcja pytań :). Kwestia pierwsza. Gleba. Przygotowałem glebę pod róże. Na razie dwa miejsca pod oba Ispahany. Szukałem wiedzy w internecie. Przewijała się informacja, że ziemia nie powinna być ani zbyt piaszczysta, ani zbyt ciężka, zbita. Ziemia która była w miejscu gdzie będą rosnąć moje kochane :) Ispahany, była poburaczana, żyzna, sypana ok. 10 lat temu. W tym miejscu rosły 2 świerki szczepione i po 3 kuliste tuje. Czasem był sypany nawóz w typie osmocote, parę razy granulowany obornik. Podlewana. Wykopane zostały doły kwadratowe ok. 70 cm głębokie i metr na metr szerokie. Potem w to szła mieszanka, dokładnie wymieszana, z tej zastanej gleby z gliną (dokładnie rozkruszoną, uffff), zleżałym końskim obornikiem i piaskiem, w proporcjach 5 części ziemi, 5 części gliny, 1 część obornika, 1 część piasku, z zaznaczeniem, że warstwa ok. 10 centymetrów na wierzchu miała skład inny to jest pół ziemi i pół obornika, też wymieszana, a na samą górę poszła cienka warstwa samej ziemi. Dodatkowo wszędzie tu i tam i siam jest trochę keramzytu. Chcę tak samo przygotować ziemię po pozostałe róże, ale muszę zebrać się w sobie i znaleźć czas na rycie LOL. Jak Pan sądzi, czy nie popełniłem jakichś błędów? Kwestia druga. Odległości między krzewami. Pozostałe róże to 7 sztuk róż: Blanche Moreau, Charles de Mills, Fantin Latour, Felicite Parmentier, Comte de Chambord, Jacques Cartier i Rose de Resht. Będą w jednym miejscu. Chciałbym aby stworzyły jedną zwartą grupę. Jednocześnie nie chcę aby się dusiły, czy męczyły. Na stronie p. Choduna wyczytałem, że odległości między krzewami mają być to między 60 a 150 cm. Hmm dość duży rozrzut :). Przy tym dowiedziałem się też, że mogę zejść do odległości 50-60 cm, aby uzyskać efekt jednego krzewu. Co Pan o tym sądzi? A Ispahany będą sadzone każdy w swym ww. miejscu, tam dodam tylko po jednym bukszpanie, w odległości ok. 40 cm od róży. I kwestia trzecia. Głębokość. Bardziej mnie przekonuje szkoła umieszczenia miejsca szczepienia pod ziemią. I sądzę, że by to było na 2,3 palce ziemi nad nim, biorąc pod uwagę skład przygotowanej mieszanki ziemi. Ale jak to mierzyć. Z kawałka gdzie zaszczepiono szlachetne pędy, wystaje z reguły kilka zaszczepionych gałązek, jedne niżej inne wyżej. Czy te 2,3 palce liczyć od najwyższej? Czy wtedy te co niżej nie będą zbyt głęboko? Pozdrawiam.
(Wrzesień 20, 2015)

Piotr Szustakiewicz: Praca jaką Pan włożył w przygotowanie stanowisk zwróci się z nawiązką w postaci pięknie kwitnących krzewów róż, a i przez 5 lat z okładem nie będzie potrzeby dodatkowego nawożenia. Proporcje przygotowanej gleby są dobre. U mnie jest mocno gliniasta/zbita więc daję jeszcze cięte gałęzie średnicy 3-4 cm, które mają za zadanie napowietrzyć ziemię, a co dla rozrostu korzeni róż jest szczególnie ważne. Poza wybitnie piaszczystą, taki materiał można dać do każdej gleby.
Róża to nie tylko kwiaty, ale też liście, pędy i pokrój, które powinny być dobrze widoczne ponieważ stanowią o pięknie krzewów. Nadmierne zagęszczanie rabat z różnymi odmianami prowadzi do zatracania cech charakterystycznych dla danej róży. Dwie różne odmiany sadzimy w odległości, którą wyliczamy z danych podawanych przez hodowcę czy też encyklopedię. Szerokość "Ispahan" to 2m, a przykładowej "Blanche Moreau" 1m i tak za minimalną odległość tych róż od siebie przyjmuje się sumę ich szerokości podzieloną przez dwa, czyli tutaj to będzie 1.5 m. Daje nam to pewność, że dorosłe krzewy będą właściwie wyeksponowane i dobrze widoczne w swoich cechach. Pamiętamy przy tym też o takich ogólnych zasadach projektowania rabat, które mówią, że nie powinno się sadzić obok siebie różnych roślin/róż o tym samym kolorze kwiatów i wysokości. Nieporozumieniem, jak dla mnie, jest też pokrywanie wysokich róż powojnikami i innymi pnącymi roślinami, a co kilkanaście lat temu pewien nasz telewizyjny program ogrodniczy tak mocno polecał. Efekt z tego po kilku latach jest zawsze taki, że ani nie nie ma się róży ani też powojnika. A już wszelkie prace pielęgnacyjne przy taki połączeniu są koszmarem.
Róże jednej odmiany możemy sadzić obok siebie, a odległość będzie zależała od tego jaki efekt chcemy uzyskać. Możemy to zrobić dla dokładnego pokrycia stanowiska, taki zabieg stosowany jest n. in. przy obsadzaniu skwerów miejskich różami rabatowymi. Bardzo często sadzi się tak też róże naturalne, np. na stokach i łagodnych skarpach. Dwa "Ispahany" czy też podobne im pokrojem róże można posadzić obok sobie w odległości mniejszej, w granicach 2/3 tej wyliczanej wcześniej (ok. 130 cm). Wówczas dwa krzewy częściowo wspierają się na sobie w sposób przypominający dwóch tancerzy Zorby splecionych jednym ramieniem, kiedy drugie pozostaje wolne.
Co do uzyskania jednego krzewu z połączenia dwóch posadzonych razem to trudno taki zamiar obronić. Przecież szybciej nam się i tak nie rozrosną, zagęszczą tylko bardziej i będą konkurować ze sobą krzyżując nadmiernie pędy, a co generalnie przy prowadzeniu róż jest niewskazane. A może pomyśleć o całkowicie dwóch odległych stanowiskach i jeden "Ispahan" prowadzić jako krzew, a drugi jako pnącą? Wprawdzie nie jest to idealny climber, ale z powodzeniem pędy potrafią się wspinać przy podporach do 2-2.5 wysokości. Będzie w ten sposób Pan miał jak gdyby dwie róże i możliwość ich porównywania.
Wspomina Pan o bukszpanie i nie wiem dokładnie jakie jest założenie jego posadzenia. Ja mam bukszpanowe niskie żywopłoty (40 cm), takie na wzór angielski okalające róże i odległość od nich do krzewów jest 50 cm. Jeśli bukszpan ma być wyższy to trzeba tę odległość zwiększyć.
Oczywiście miejsce szczepienia musi być pod ziemią i to na głębokości 10 cm dla pnących, krzewiastych i ramblerów. Proszą popatrzeć na zdjęcie mojej "Souvenir du Docteur Jamain" (HP, Lacharme, 1865)...

Widać dobrze pędy wybijające z ziemi w pewnej odległości od siebie - to właśnie zasługa głębokiego sadzenia. Pozwala to również, aby poza podkładką ukorzeniły się z czasem też pędy szlachetne.
Pozdrawiam
(Wrzesień 21, 2015)

Marek Moch: Dziękuję za pochwałę :) i odpowiedź. Pytanie pierwsze, albowiem różnie na różnych stronach podawane są wymiary (zresztą właśnie dlatego zadałem Panu pierwsze pytania): jakie są wg. Pana wiedzy, informacji, szerokości róż o których napisałem wyżej. Kolejna kwestia, powietrze: Szczerze mówiąc myślałem, ale zapomniałem o tym, aby w mieszankę ziemi wrzucić jeszcze okrągły, kulisty, średnica ok. 0,5 do 0,7 cm, keramzyt i dokładnie wymieszać. Właśnie po to, aby napowietrzyć. Co Pan o tym sądzi? Bo mogę dosypać w dwa już zrobione miejsca przeznaczone dla Ispahanów, a także mam jeszcze jeden kawałek do zrobienia, na resztę róż. Nie mam gałęzi, ale mam też stare, częściowo zmurszałe kawałki drewna do kominka, dębina w wymiarach do wrzucenia do kominka, ale z 5 bodaj lat leżąca pod gołym niebem? Może je pociąć i użyć do napowietrzenia ziemi? Choć keramzyt jest trwalszy. Isfahany będą rosły z obu stron furtki, każdy ma swoje oddzielne miejsce, gdzie może swobodnie osiągnąć 2 m szerokości, trochę tylko zajmie bukszpan, jeden przy każdej. Poza tym będą tam tylko kopytniki, w kącie i dość niskie czosnki ozdobne. Chodziło mi o te pozostałe róże, część z nich jest niższa, część wyższa. Mam dla nich jedno miejsce. Miejsce szczepienia. OK. Rozumiem. Tak zrobię. Powojniki – pełna zgoda :).
(Wrzesień 23, 2015)

Piotr Szustakiewicz: Wymiary pokroju róż o które Pan pyta (wysokość/szerokość) według wspomnianej encyklopedii RHS:
♦ "Blanche Moreau" (Róża mchowa, Moreau-Robert, 1880) - 1.75 m/1 m, w czasie kwitnienia ma skłonność do przewieszania pędów i tak szerokość praktyczna będzie raczej bliższa 1.5 m;
♦ "Charles de Mills" (Róża francuska, Francja, c. 1790) – 1.5 m/1.75 m, pędy z kwiatami łukowato wygięte;
♦ "Fantin Latour" (często opisywana wśród historycznych róż stulistnych, jednakże to mieszaniec już współczesny, siewka znaleziona w Anglii ok. 1940) – 1.75 m/2 m, prowadzona jako róża pnąca to wzrost nawet i 4 m;
♦ "Felicite Permantier" (Róża biała, Permantier, 1834) – 1.5 m/1 m, pokrój krzewów zagęszczony i wyprostowany,
"Comte de Chambord" (Róża portlandzka, Moreau-Robert, 1860) – 1.75 m/1.25 m (1.5 m), pokrój wyprostowany z nieznacznym przewieszaniem się pędów z kwiatami, jedna z najpopularniejszych róż historycznych, w moim ogrodzie bezproblemowa w uprawie i wspaniała w kwiatach;
"Jacques Cartier" (Róża portlandzka, Moreau-Robert, 1868) - 1.5 m/1 m, wyprostowany i mocno wypełniony pokrój;
"Rose de Resht" (Róża portlandzka, c. 1840) - 1 m/0.8 m wg encyklopedii, w moim ogrodzie siedmioletnia to wymiary 1.5 m/1.2 m;
Keramzyt to tworzywo wypalane z gliny ilastej i można dać pod róże. Pamiętajmy tylko przy tym, że jego pH wynosi 8-10 i użyty w znacznej ilości zmieni nam odczyn gleby na zasadowy. Dla róż generalnie najkorzystniejsze jest pH 6-6.5 czyli odczyn lekko kwaśny. Ważne jest to przede wszystkim dla Rosa canina wykorzystywanej powszechnie na podkładki, która zdecydowanie lepiej rośnie na glebach oscylujących wokół pH 5.5. Dodajmy tu, że generalnie dopiero też poniżej tej wartości zalecane jest wapniowanie ziemi pod róże.
Daję gałęzie, które poza samym napowietrzaniem rozkładając się obniżają pH, co u mnie przy gliniastej glebie (pH 6.5-7) jest zawsze korzystne. Ta zmurszała dębina jak najbardziej do tego celu się nadaje, jak i też rozszczepiane na mniejsze łupki drewna kominkowego. Nie są potrzebne do tego aż tak duże też ilości, pod jeden krzew wystarczy wiązka średnicy 30 cm i takiej samej długości.
Pojedynczo rosnące bukszpany (nie cięte) dziesięcioletnie w moim ogrodzie to wzrost 1.5 m przy podobnej średnicy krzewu (i jeszcze rosną), więc jeśli nie będą u Pana przycinane to trzeba je podobnie traktować jak "Ispahany", zachowując odpowiednią odległość. Bukszpany tworzą bardzo zwarta bryłę korzeniową i można je przesadzać bez wcześniejszego szkółkowania, piszę gdyby Pan rozważał taką możliwość.
Pomysł dwóch krzewów róż przy furtce po obu stronach ścieżki jest jak najbardziej poprawny i ciekawy ogrodniczo. To patent z ogrodów angielskich, gdzie dwie rośliny/róże posadzone po obu stronach bramy, furtki – strzegą domostwa i ogrodu niczym strażnicy. Podoba mi się to zdecydowanie bardziej niż tak umiejscowione dwa gipsowe lwy, które niestety spotyka się u nas coraz częściej. To już lepiej postawić dwa krasnale ogrodowe :).
Wstawiłem zdjęcie krzewu "Ispahan", stan obecny tj. na dzień 26 września 2015 roku. Otoczenie róży na tej kwaterze mam w zaprowadzaniu.
Pozdrawiam
(Wrzesień 26, 2015)



Marek Moch: Witam. Chciałbym zapytać jeszcze o dwie sprawy. Pisze Pan, że dębina może iść pod krzewy, celem napowietrzenia, i pod jeden krzew dać wiązkę o długości i średnicy 30 cm. Ale jak ma to wyglądać? W dołek dać tę dębinę na dno, potem zasypać ziemią (jak grubo?) i na to sadzić różę? Czy z boków też dawać te wiązki, szczepki dębiny? Poza tym, z mojego Jacquesa Cartiera, który jest jeszcze w doniczce, odbiła chyba podkładka, bo miejsce szczepienia jest obecnie nad ziemią, a z ziemi, kilka centymetrów w bok od krzewu, wybiły 2 małe gałązki różane, które zresztą obciąłem :). Czy takie odbijanie ma miejsce często, również po posadzeniu? Ja nie czekałem aż one się rozwiną, ale pewnie (tak myślę) już w warunkach gruntowych można poznać po innym pokroju liści że to dziczka (?)- i wtedy tniemy równo z gruntem ?. Z góry dziękuję za odpowiedź. Hmm, mamy tutaj kompendium jak sadzić i dbać nie tylko o Ispahany :).
(Październik 2, 2015)

Piotr Szustakiewicz: Dzień dobry. Pisząc o wiązce chciałem zobrazować ile tego materiału ma być. Róże nie wymagają specjalnie przygotowanego drenażu i umiejscawianie drewna na dnie stanowiska nie jest im przydatne. Powinno ono być rozmieszczone w całej glebie wokół karpy, korzenie rozrastając się będą je powoli zagospodarowywać, podobnie jak i składniki potrzebne do wzrostu. Tu jeszcze dodam, że nawożenie przez pierwsze dwa lata zaraz po posadzeniu, może przynieść odwrotny skutek od zamierzonego. Dostarczenie korzeniom pokarmu na miejsce sprawi, że nie nie będą musiały go sobie szukać czyli tym samym rozrastać się. Korzenie są tutaj fundamentem na którym buduje się pokrój krzewu. Róże pnące i krzewiaste (parkowe) potrzebują lat pięć, aby taki dorosły i w pełni funkcjonujący system korzeniowy wykształcić i dopiero po takim czasie można od róży wymagać właściwych rozmiarów. Pojawiające się boczne pędy podkładki czyli tzw. "wilki" są dość częstym zjawiskiem. Zależy to w pewnym stopniu od samej podkładki i tak np. u Rosa canina zdarza się to dość często, a już u Rosa canina "Schmidt's Ideal" (szlachetniejsza odmiana) prawie wcale. W doniczce należy je wyciąć jak najbliżej pnia podkładki, a przy ukorzenionych krzewach usuwamy je przez ukręcenie lub maksymalne skręcenie i szarpnięcie w bok. Przycinanie tutaj pobudza/powoduje przyrastanie dzikich pędów i stąd ta potrzeba przeprowadzenia takiego dość brutalnego zabiegu. Przy młodszych różach (dwuletnich) postępujemy oczywiście delikatniej, aby nie wyrwać całego krzewu. Usuwamy "wilki" tak jak Pan się trafnie domyślił, jak tylko potwierdzimy sobie przez porównanie liści, że to nie jest pęd odmiany właściwej. Pyta Pan o bardzo interesujące sprawy dotyczące uprawy, które nie zawsze są takie oczywiste, a warte wspomnienia. Odnoszą się do "Ispahan", ale też pozostają jak najbardziej właściwymi dla innych odmian i grup róż.
Pozdrawiam
(Październik 3, 2015)

Marek Moch : Witam. Ad. gałązki, drenaż, napowietrzenie gleby. Teraz rozumiem. Dla mnie to cenna część wpisu, także przez fakt połączenia z kwestią nawożenia i rozwoju korzeni. Rośliny młode nawozimy mniej, aby same szukały pożywienia i lepiej się korzeniły. Przyznam się, że gdy przygotowywałem glebę pod Ispahany, korciło mnie, aby dać trochę więcej obornika, widzę że zrobiłem dobrze ograniczając się. Ad. „wilki”. Tu też mam już jasność jak postępować. Dziękuję za miłe słowa w przedostatnim zdaniu. Hmm zajmuję się hobbystycznie ogrodami od dobrych kilku lat. Czytam, myślę :), przyglądam się wynikom. Na pewno popełniałem błędy, które potem się mściły. Dodatkowe koszty, praca, czas, niezadowolenie, słabe efekty itd. Z perspektywy uważam, trzeba pamiętać o trzech kwestiach, choć nie jest to łatwe :) :). Po pierwsze nie jesteśmy naturą, nie mamy jej siły, potęgi, formatu i rozmachu. Nasze ogrody są czymś mimo wszystko „sztucznym” – zresztą rośliny które sadzimy też nie są w 100% „czystą” naturą, gdyby były to pewnie nie za bardzo też moglibyśmy je zmieścić. Jeśli w naturze rośliny przerastają się, walczą i konkurują, to zarówno ta walka, jak i efekt wygląda z reguły ciekawie tzn. moim zdaniem, ale też nie każdy ma takie „smaki” jak ja :) :), ale w ogrodach już tak nie będzie. Po drugie i trzecie rośliny wymagają zapewnienia warunków jakich potrzebują – dokładnie takich, nie trochę takich, nie zbliżonych, tylko dokładnie takich i na koniec oddechu. Dlatego mija się z celem droga na skróty, albo samooszukiwanie się w rodzaju: radzą coś, ale może u mnie będzie inaczej, trzeba by się namęczyć z glebą, stanowisko nie pasuje, ale może jednak będzie ok.
Podobnie jest np. z gęstością sadzenia. Ja kupując róże też miałem z tym problem. Pierwszy pomysł to róże po obu stronach furtki. Chciałem tam wsadzić jeszcze Kazanliki albo Kawkasskaja (po jednej z każdej strony). Uznałem, z bólami :), że to za dużo. Po pierwsze nie będzie efektu, ale też obawiałem się konkurencji. Gdy do niej dochodzi, trwa walka. Ktoś wygra, czyli ktoś przegra, ale poza tym ten co wygra też będzie „poobijany” przez tego, co przegrał. W naturze tego tak mocno nie widać, ale w ogrodzie tak. Gdy wymyśliłem sobie, że poza Ispahanami przy furtce, w innym miejscu stworzę grupę róż, też musiałem się pilnować, bo może jeszcze coś dokupić, może jeszcze to czy tamto wkomponować, jest takie piękne… etc., ale przecież miejsce pod nie, nie jest z gumy :). Wybory, a potem trzymanie się w karbach, było bolesne proszę wierzyć.. LOL, choć przecież to nie jest mój początek ogrodowej przyrody (nowością są róże) i mam już swoje doświadczenia, też te złe. Wiem czego nie wolno, ale pokusy i tak były i są. I tak dobrze że wybierając pamiętałem, aby część odmian była mniejsza. Celem moim (w tym drugim miejscu) jest zwarta grupa starych odmian róż, chcę aby w znacznym stopniu zasłoniły glebę pod nimi, trochę się przeplatały, stworzyły efekt jednego krzewu – to jest akurat sprawa gustu, ale gust gustem, ale zwartość musi mieć swoje granice!
Perspektywicznie chcę, aby one się połączyły, ale nie może być ścisku! Trzeba po prostu zachować odstępy, które pozwolą im się rozwinąć, rozwijać, żyć, rosnąć. I nie chodzi mi tylko o gorszy efekt wizualny, gdybym to zlekceważył, ale przede wszystkim o to, że gdy warunki pogorszę, to żadna z nich nie będzie zdrowa, a więc piękna. Trzeba po prostu pamiętać, nic na siłę, nie zmusimy rośliny do zmiany ich wymagań czy natury, chyba że wsadzimy plastikowe, wtedy możemy szaleć, ale przecież nie o to chodzi :). Stąd dopytywałem Pana, o Pana pogląd i wskazówki w tej kwestii, w kwestii rozstawu, jak to dokładnie określić, jak zmierzyć. Oddech. Jeśli gleba i stanowisko (w tym rozumiem zarówno rozstaw, jak i też ilość wody, a to się wiąże ze stanowiskiem) jest dobre, wtedy moim skromnym zdaniem nie należy przesadzać z opieką. Niech pokażą co potrafią, na co je stać. Wtedy dajmy im trochę oddechu. Ale dopiero wtedy. Jeśli baza będzie w porządku, tak się stanie. Ale jeśli poddamy się, mówiąc kolokwialnie, chciejstwu na starcie, to nic nam nie wyjdzie. Uff rozgadałem się :). Dziękuję raz jeszcze za poświęcony mi czas, za Bardzo Cenne rady i informacje. Widać od razu, że Pana wiedza nie pochodzi tylko z książek (nie żebym deprecjonował wiedzę książkową, ale to nie wszystko), ale też z doświadczeń i przemyśleń.
Pozdrawiam
(Październik 4, 2015)

Piotr Szustakiewicz: Ja w kwestii rozstawu sadzenia róż w moim ogrodzie jestem nieugięty :) i też to wyliczenie, szerokość pierwszego krzewu + szerokość drugiego i suma podzielona przez dwa, nie jest mojego 'wynalazku'. Pochodzi od amerykańskich rosarian, m. in. pana Breda C. Dickersona z którym swego czasu miałem przyjemność korespondować, starając się oznaczyć poprawnie moją "Sydonie" (Bourbon/Portland, Dorisy, 1846).
To wyliczenie wydaje się na wyrost tylko w pierwszych latach uprawy oraz tam gdzie róże są po prostu zaniedbane i kiepsko rosną. Proszę popatrzeć na te dwie moje róże – "Ritausma" (Hybrid Rugosa, Rieksta, 1963)...

Krzew ośmioletni to rozpiętość ponad 3 metry i czy można wyobrazić sobie przy niej inny w odległości mniejszej niż 1.5 m? I podobnie "Benjamin Britten" (Shrub, Austin, 2001) – u mnie to blisko 2 metry średnicy (Austin podaje wprawdzie tylko 1 m). Widoczny z prawej następnym zdjęciu "The Alnwick® Rose" (Shrub, Austin, 2001), to szerokość krzewu wg hodowcy = 1 m. Został posadzony w odległości 1.2 m czyli 0.2 m dalej niż to wynikało z wyliczenia. Ten wprawdzie rośnie słabiej, ale już widać, że ta odległość między dwoma krzewami była dobrana jak najbardziej zasadnie, a nawet mogłaby być większa...

W moim ogrodzie miejsce wolne na rabatach pomiędzy różami historycznymi o pokroju krzewiastym/parkowym wypełniają wiosną tulipany, które pojawiają się od początku kwietnia do końca maja czyli przez dość długi okres i też taki kiedy nie kwitną same róże. Podobnie można zaprowadzić inne cebulowe czy też kwitnące później byliny o pokroju bodziszków i lawendy, czy też zioła w postaci mięt, melisy lub oregano. Nasadzenia powinny uwzględniać w klimacie Polski potrzebę kopcowania róż, tj. nie mogą być sadzone w bezpośredniej bliskości krzewów, gdzie ziemia zimą będzie częściowo wybierana do tej właśnie czynności.
Moim zdaniem jedyne z nasadzeń różanych, które by można obronić w bezpośredniej bliskości krzewów, to róże okrywowe o wzroście w granicach 0.8 m. Tak też osiągniemy efekt pełnego wypełnienia rabaty bez większego konfliktu pędów i pokroju. U nas róże okrywowe myli się z różami miniaturowymi ze względu na podobieństwo w wielkości kwiatów. To dwie różne grupy i przy wyborze właściwej odmiany do takiego obsadzania okrywającego należy się kierować terminologią angielską/amerykańską, gdzie jest przeznaczenie to podkreślone czyli Ground Cover i Miniature Rose. Podstawowa różnica pomiędzy powyższymi, przydatna przy omawianym założeniu, to mocne/szerokie rozrastanie się róż okrywowych na własnych korzeniach, kiedy miniaturowe są przypisane do podkładki czy też kilku pędów własnych.
Co do naszej dbałości o róże to przytoczę tu pewną historię z moim udziałem. Zdarzyło mi się kiedyś rozmawiać z angielskim ogrodnikiem, pasjonatem róż i ten był bardzo zdziwiony, kiedy powiedziałem, że też uprawiam róże – w tym mieszańce herbatnie, pnące i angielskie – w ogrodzie w Polsce, na Mazowszu, gdzie zimą temperatury potrafią spadać do minus 30 °C. Opowiedziałem o zbieraniu słomy i gromadzeniu gałęzi świerkowych, kocy, agrowłókniny i pudeł kartonowych. O kopcowaniu, robieniu stroiszy, chochołów i mat. Wtedy dopiero jego niedowierzanie minęło, zrozumiał i powiedział, że bardzo muszę lubić róże skoro je uprawiam w tak niesprzyjających warunkach.  I tak to jest, w naszym klimacie uprawa róż nie jest taką oczywistością jakby się wydawało. Polska nie jest idealnym dla nich miejscem. Róże uprawiamy dlatego, że bardzo je lubimy.
Podobnie też jest z cięciem róż, które musimy im zapewnić zwłaszcza w pierwszych latach. To też warunkuje właściwy i zdrowy pokrój krzewów. Co do ogólnie pojętej ochrony fitosanitarnej, to tutaj możemy pozostawić ekologicznie krzewy samym sobie i sam do tego się skłaniam od kilku lat, a i gorąco namawiam wszystkich. Na początku mojego zajmowania się różami, mszyce spędzały mi sen z powiek, teraz - nie tyle ich nie zauważam, co zaprowadzam biedronki w ogrodzie i błonkówki, które z roku na rok coraz lepiej sobie z tym problemem same radzą. Bezopryskowe ogrody to takie coraz częściej spotykane, w tym coraz mniej czystym świecie. Trudno mi już pogodzić zapach kwiatów i chemii. Warto też zapomnieć o pestycydach i nie biegać z opryskiwaczem do każdego mniszka, który nam się na rabacie objawi. Jeśli już pojawi się prawdziwa plaga szkodników czy też choroby liści, to idźmy po ratunek do tego co rośnie w ogrodzie począwszy od skrzypu po pokrzywy. Sporządzenie z nich wywarów i innych mikstur przy mnogości publikacji dostępnych w internecie nie jest sprawa naprawdę trudną, może tylko trochę pracochłonną. Pomyślmy też o tym, że róże były równie piękne, choćby te na akwarelach i rysunkach Redouté, w czasach kiedy chemii ogrodniczej nie znano.
Aspektów uprawy tego rodzaju roślin, który jak żaden inny potrzebuje opieki człowieka, jest bardzo wiele. Jest też tak, jak Pan wspomina i ma rację, że należy dać im czas i nie śpieszyć w dążeniu do jak najszybszego wzrostu i efektu w ogrodzie. Ogrodnictwo generalnie uczy cierpliwości, której sobie przy różach życzmy jak najbardziej :).
Oczywiście, nie każdy dysponuje ilością czasu, która jest tu bezwzględnie wymagana do powyżej wymienionych przedsięwzięć, czy też brak mu zacięcia i chęci do zgłębiania wiedzy ogrodniczej. Dla tych wszystkich jest też rada i ich wyborem mogą być róże naturalne, zwane również dziki (Wild roses), które można pozostawić prawie zupełnie samym sobie.
Dziękuję bardzo za podzieleniem się bardzo ciekawymi przemyśleniami i życzę powodzenia w uprawie róż historycznych. Proszę też o kolejne relacje (może w formie też zdjęć) z tego jak wspaniale rosną – a czego i jestem pewien przy Pana wiedzy, pasji i pracy.
Pozdrawiam
(Październik 6, 2015)

Marek Moch: No więc stało się, róże zostały posadzone :). Brak tylko Charles'a de Mills'a który przyjedzie, w wersji z gołym korzeniem, po 15.10.15... Bardzo chciałem go mieć. W tym roku czeka mnie jeszcze pierwsze w życiu kopczykowanie, co prawda te które mam tzn. dwa Ispahany oraz Blanche Moreau, Charles de Mills, Comte de Chambord, Rose de Resht i Felicite Parmentier mają być odporne na mróz a wielkopolskie zimy nie należą do najsroższych, ale moje róże to jeszcze dzieciaczki ;). Poza tym Ispahany rosną przy ulicy, gdzie z natury jest bardziej wietrznie. A więc, aby na samym początku mej przygody z różami, mróz i (po)zimowe susze nie spłatały mi przykrej niespodzianki ... będzie kopczykowanie. Pozostałe mają bardziej zaciszne miejsce, ale i one dostaną kopczyki. W pierwotnych planach, w tym właśnie drugim bardziej zacisznym miejscu, miały być jeszcze Jacques Cartier i Fantin Latour, ale przekonały mnie Pana argumenty i przemierzywszy wszystko dokładnie, tak jak Pan zalecał, uznałem że byłoby zbyt ciasno, zwłaszcza dla Fantina. Jacques i Fantin trafiły zatem w inne, dobre ręce. Ciekawe jak to się wszystko rozwinie :).
Charles de Mills. Mam zamiar ją posadzić w październiku 2015r. Będzie centralnym elementem grupy kilku róż. Galijka. O pięknych kwiatach. I mocnym zapachu, którego jednak (jak przeczytałem w internecie) niektórzy ludzie nie wyczuwają... Na stronie M. Sołtysa jeden z internautów bardzo ją chwalił. Stara dobra odmiana, to jego słowa. A właścicielka Balkonu Pełnego Róż napisała o niej: Stara, bardzo poetycka róża. Już się na nią cieszę :).
Blanche Moreau wybrałem nie tylko dlatego, że ma piękne kwiaty i i jest wysmukła, nie tylko dlatego że chciałem mieć choć jedną różę mchową, ale również dlatego że kojarzy mi się z Jeanne Moreau, do której zawsze miałem słabość. Jej pokrój niektórym co prawda nie przypada do gustu ;), podobno też w naszym klimacie, podczas deszczowych dni, jej kwiaty łatwo się mumifikują, a sama Blanche łapie choroby... Nie miało to znaczenia, musiałem ją mieć i mam :). Liczę, że dobrze przygotowana gleba, dobre stanowisko i mój zachwyt zdziałają cuda. Posadzona w początkach października 2015r. Zobaczymy co pokaże ta francuska ślicznotka...
Część róż (Ispahany) mam wyściółkowane drobnym keramzytem. Reszta, posadzona w grupie w październiku 2015r., co najmniej do 2016r. pozostanie bez żadnej ściółki, bez niczego. Zobaczę, jak będzie wyglądała sprawa chwastów.. Zastanawiam się nad korą, zrębkami lub keramzytem. Co Pan o tym sądzi? Przekompostowana kora (pewnie też zrębki, przekompostowane) nie powinna zaszkodzić. Myślę też o keramzycie, ale wiem od Pana, że może zmieniać odczyn w kierunku zasadowego, stąd np. nie umieszczałem go w ziemi pod różami, lecz do napowietrzenia gleby użyłem tak jak Pan zalecał pociętych gałązek. Ale może jednak nadaje się do ściółkowania? Choć musiałbym umieścić wtedy na rabacie, w jej środku, kilka cegieł czy kostek brukowych, abym miał gdzie stąpać przy pracach ogrodniczych :), aby nie wdeptywać keramzytu. hmm...
(Październik 11, 2015)



Piotr Szustakiewicz: Kopcowanie róż w naszym klimacie to takie minimum ochrony krzewów przed mrozami, w tym też takim znacznie lżejszymi niż podaje to mrozoodporność dla danej odmiany/gatunku. Szczególnie wrażliwe na przemarzanie są młode pędy o słabym stopniu zdrewnienia i samo miejsce okulizacji. Jednakże, jeśli jest  w ogrodzie róż niewiele, to warto poczekać najdłużej jak się da i kopcować dopiero przed prognozowanymi mrozami. Na uwadze trzeba mieć tylko to, że wprawdzie różom nie stanie się nic do -12 ºC, ale już przy tej temperaturze ziemia jest zamarznięta na dobre i trzeba ją skuć przed kopaniem, a i wtedy będą grudy, które niezbyt szczelnie będą chronić pędy. Dlaczego jak najpóźniej kopcować? Przykrywanie ziemią pędów to konieczność, a nie to co różom jest potrzebne. W ten sposób róże mogą 'łapać' choroby grzybowe i dlatego wiosną po odkopaniu sprawdzajmy czy nie są dotknięte jakimś patogenem. Pryskanie generalnie odradzam, ale w stanach najwyższej konieczności, aby nie stracić róży, można zastosować Siarkol lub Miedzian, oba preparaty są w pełni ekologiczne (ja używam tego pierwszego do łóz winorośli, które są podobnie kopcowane na zimę).
"Charles de Mills" to róża francuska prawdziwie starej daty, która od zawsze budziła bardzo duże emocje – ze względu zarówno na swe tajemnicze pochodzenie jak i piękno kwiatów. Najprawdopodobniej wyhodowana przed 1790 rokiem w Holandii, gdzie wówczas róże francuskie cieszyły się niezwykłym zainteresowanie tamtejszych hodowców - taki punkt widzenia prezentują rosarianie brytyjscy i amerykańscy. Nie przekonują mnie natomiast francuskie źródła, które sobie właśnie przypisują wyhodowanie tej róży i to jeszcze przed 1750 rokiem i jak twierdzi m. in Joyaux wówczas ta róża nazywała się "Bizarre Triomphant". Jednakże poza własną hipotezą nie jest on w stanie podać jakichkolwiek informacji, które by te dwie róże ze sobą łączyły. Podobnie też rzecz ma się z Niemcami, którzy twierdzą, że róża została wyhodowana w ich kraju jako "Charles Wills", a po sprowadzeniu do Francji zmieniono jej nazwę na "Charles de Mills". Na pewno wiele by wyjaśniło ustalenie kim był sam Charles de Mills. Na HMF i jeszcze w kilku innych opracowaniach powielana jest informacja, że tenże był dyrektorem Kompanii Wschodnio-Indyjskiej, a co jest pewnym nieporozumieniem. Rzeczywiście była taka postać historyczna, dyrektor brytyjskiej Kompanii Wschodnio-Indjskiej w latach 1785-1815, ale był on Anglikiem z krwi i kości, członkiem Parlamentu i bankierem, i nosił nazwisko Charles Mills (1755-1826). Nie do wyobrażenia jest, że przy wzajemnej wrogości Francji i Wielkiej Brytanii w tamtym czasie, ktokolwiek by się odważył na "zfrancuzanie" nazwiska osoby o takie pozycji społecznej.
O ile w kwestii pochodzenia zdań jest wiele, to wszyscy za to są zgodni, że róża jest imponująca – w swoim kształcie dużych kwiatów (11 cm średnicy) jak i niezwykłym kolorze purpury i karmazynu, z odcieniami czerni i bardzo wyszukanego fioletu parmeńskiego (Parma violet). To prawda, zapach określany jest jako lekki, jednakże przy tym słodki, w nutach róż starodawnych i jak dla mnie wyczuwalny. Odmiana łatwa w prowadzeniu i nie sprawiająca kłopotów, pamiętać należy o cięciu kształtującym pokrój krzewu przez pierwsze 2-3 lata, a potem skracamy pędy o 1/3.
Jeanne Moreau ma swoją inną róże i jest nią mieszaniec herbatni, oczywiście Francji, z Meilland International, a przedstawiony w 2005 roku. Tak trochę później ta róża jej się dostała, ale jak najbardziej zasłużenie - za talent aktorski, niepowtarzalną urodę i też dość intrygujący charakter. Z tym nazywaniem róż od imienia i nazwiska znanej osoby to bywa bardzo różnie i najlepiej może świadczyć o tym pewna anegdota przypisywana Elizabeth Roosvelt (żonie prezydenta Stanów Zjednoczonych). Otóż jej imieniem w 1933 roku nazwano żółtą różę HT - "Mrs. Franklin D. Roosvelt". Kilka lat później wypowiedziała się o tym wydarzeniu następującymi słowami "Miałam swoją różę i bardzo mi to pochlebiało. Ale już nie cieszyłam się tak bardzo, kiedy w pewnym katalogu przeczytałam w opisie: "Mrs. Franklin D. Roosvelt" is not good in a bed..." Ostatnie słowa pozostawiam każdemu do przetłumaczenia sobie, może tylko dodajmy, że bed oznacza w języku angielskim też 'rabatę kwiatową' :).
"Blanche Moreau" została wyhodowana w 1880 roku przez niezwykle zasłużoną dla róż mchowych spółkę ogrodniczą Moreau-Robert (piszę o tych dwóch ogrodnikach więcej przy Różach mchowych). Nazwana zapewne imieniem jednej z pań rodziny Moreau. To nie jest jedna z tych prześwietnych róż starodawnych (już nie historyczna, a Heritage Rose), jednakże przy odpowiedniej aurze i umiejętnym prowadzeniu w ogrodzie może zabłysnąć. Kwiaty białe z lekkim muśnięciem różu kiedy w pełni otwarte, niestety wrażliwe na deszcz, pozostające w ciekawym kontraście z rudym czy też kasztanowatym omszeniem. Pędy dość wiotkie i mocno przewieszające się, co przy wysokim wzroście do 1.75 m może być problemem. Mając to na uwadze, ja postanowiłem wzorem ogrodników angielskich, mocować z czasem pędy do ziemi (bez dotykania gleby), czyli pojawią się krótkie kołki do których będą te przywiązywane. W ten sposób powinienem z czasem uzyskać pokrój kopuły, na której będą się pojawiać kwiaty na całej długości pędów. Przy takim prowadzeniu trzeba pamiętać o zapewnieniu odpowiedniej przestrzeni dla krzewu i powinno to być koło o średnicy w granicach 3 metrów. Odmiana może w sprzyjające lata i w starszym wieku powtarzać kwitnienie, choć też wcale niekoniecznie. Mocną stroną odmiany jest zapach - wyczuwalny już w pobliżu krzewu, słodki i wyrazisty. Cięcie jak i przy pozostałych mchowych i generalnie stulistnych powinno być u starszych krzewów mocne, polegające na skróceniu wiosną pędów o połowę. Jednakże przy takim prowadzeniu jak wspomniałem wcześniej (forma kopuły) cięcie dostosowujemy do osiągnięcia tego właśnie pokroju.
Nie ściółkuję moich róż, choć przy mieszkaniu na wsi i bliskości pól chwasty są dość poważnym utrapieniem. Mija się to z celem przy kopcowaniu, kiedy to kora czy też inne co, byłoby stale mieszane z glebą. Znajomi próbowali używać kory na dużych rabatach różanych i niestety wyglądało to dobrze tylko przez jeden sezon. Podobnie też tracił się będzie keramzyt, a nawet bardziej, bo przecież w rozmiarach to granulat znacznie od kory mniejszy. Jeśli zimy u Pana niezbyt srogie to można jednak pomyśleć o kopcowaniu właśnie samą korą (bez przekopywania ziemi) i wiosną rozgarniać ją na rabatę. Jeśli kora i potem nagle spadek do -15 ºC i niżej, to można wspomóc takie okrycie kapturami z agrowłókniny czy też innym stroiszem. Ja okrywam korą wszystkie róże miniaturowe (rosną na rabatach z bylinami, gdzie kopanie podłoża jest niemożliwe) i potem ewentualnie w miarę potrzeby wzmacniam ochronę przed mrozem. Można używać też tak kompostu, ale też pamiętajmy tu o estetyce i aby pod różami nie było np. słomy czy też obornika, a co ostatnio widziałem w pewnym programie ogrodniczym. Dla mnie taki stan rzeczy jest nie do zaakceptowania, kłóci się ze wszelkimi różanymi kanonami i też nie jest to spotykane w krajach, gdzie tradycja uprawy róż jest nieporównywalnie starsza niż w Polsce. 
Jeśli róż w ogrodzie niewiele, to kora będzie też w miarę ekonomicznym rozwiązaniem, przy tym ogrodniczo ładnym i spełni swoją rolę ochronną przed chwastami. Choć jest też tak, że tak blisko moich róż jak podczas pielenia rabat, to ja nigdy w cały sezonie i nie jestem.

Pozdrawiam
(Październik 13, 2015)


Marek Moch:
No proszę, nie wiedziałem o róży Jeanne Moreau... W ogóle jeszcze mało wiem o różach, stąd pozwolę sobie zadać pytanie, raczej celem potwierdzenia, bo już Pan o tym pisał - chodzi o głębokość sadzenia. Napisał Pan w jednym z wcześniejszych wpisów, że ma to być 10 cm, obrazując piękną Tuscany, która jest taka również dzięki głębokości sadzenia. Ale czy to nie za głęboko? Proszę wybaczyć, ale chciałbym się upewnić (taki charakter..), tym bardziej że znajdywałem informacje w internecie mówiące o maksymalnie 5 cm. Była też mowa o głębokości na 3 palce a i to na glebach lekkich, piaszczystych, na cięższych na 2, 1 palec, aby potem pędy w ziemi nie butwiały. Pytam tym bardziej, że pisze Pan, przy kwestii kopczykowania, o możliwych chorobach w związku z obsypaniem róży ziemnym kopczykiem. Do kopczykowania zaś mam przygotowaną ziemię w worku, w garażu, tak będzie wygodniej. Czyli mrozy mi nie straszne. Mam też trochę białej agrowłókniny do owijania. Wiem, już czytałem gdzieś wcześniej, że trzeba poczekać do przymrozków (i to kilkudniowych), aby zbyt wczesnym kopczykowaniem nie rozhartować róży, aby się też nie zaparzały. Wiedziałem też o duecie Moreau-Robert , domyślałem się że to pewnie córka, żona itp. p. Moreau miała na imię Blanche, ale mimo to róża Blanche Moreau skojarzyła mi się z Jeanne … i już . Dziękuję za dodatkową porcję wiedzy. I na koniec muszę się podzielić otóż w wyniku pewnego zabawnego zbiegu okoliczności Charles de Mills (w doniczce) trafi do mnie już jutro czyli 14.10.2015r., co mnie baaardzo cieszy.
Pozdrawiam
(Październik 13, 2015)

Piotr Szustakiewicz: Głębokość sadzenia, którą ja polecam i stosuję tj. miejsce okulizacji 10 cm poniżej poziomu gruntu, myślę że najlepiej bronią róże w moim ogrodzie. Pędy szlachetne róż krzewiastych i pnących mają się z czasem też ukorzenić, więc ten 'zarzut' o ich butwieniu jest dla mnie niezrozumiały. Widziałem mnóstwo takich róż posadzonych równo z gruntem lub jak Pan podaje na 1 czy 2 palce. Nie ma siły, aby w takim przypadku podkładka po kilku latach nie wystawała ponad grunt, bo róże i same w sobie mają też taką skłonność do wynoszenia pędów. I co wtedy zrobić z taką pięcioletnią różą w formie krótkopiennego bujanego drzewka, wymienić na nową :)? Jeśli nie przekonują Pana moje róże, to proszę posadzić według tych innych zaleceń - nic tutaj doradzić więcej nie mogę :).
Ziemia ogrodowa ma bardzo luźną strukturę i trochę mniej będzie chronić niż zwykła gleba z dodatkiem gliny, a i też przykryje z czasem keramzyt. Kopcowanie róż, jak wspomniałem wcześniej to konieczność, więc z pewnymi konsekwencjami tego trzeba się pogodzić i przyjąć je z całym dobrodziejstwem inwentarza. A i szybciej traci się róże przez brak należytej ochrony przed mrozem niż przez choroby grzybowe.
Tak jeszcze zastanawiam się czy Pana wątpliwości nie wynikają z tego, że jednocześnie widzi Pan pędy w ziemi po posadzeniu (co ja uważam za pożądane) i też te po kopcowaniu, co dla róż nie jest już tak całkowicie zdrowe (choć konieczne zimą w naszym klimacie)? Otóż te w ziemi bardzo szybko zdrewnieją i będą tym samym zabezpieczone przed przenikaniem chorób grzybowych. Natomiast te obsypane ziemią na zimę, do wysokości 30 cm i więcej, to pędy często jednoroczne (zielone) i pół zdrewniałe, a przez to wrażliwe i podatne na infekcje.
W ubiegłym roku jesienią zostałem poproszony o przyjrzenie się różom w nie moim ogrodzie i odszukałem właśnie jedno ze zdjęć z tej wizyty na którym jest "Mary Rose" (Shrub, Austin, 1983). Została posadzona wiosną 2012 roku z pojemnika i jak przyznali właściciele ogrodu, miejsce okulizacji było 1-2 cm przysypane ziemią. Po dwóch latach, co widać na zdjęciu, podkładka już jest widoczna, cały krzew pod ciężarem pędów przechylił się mocno na jedna stronę grożąc nawet całkowitym wyłamaniem. Nie ma też szans aby jakakolwiek część pędów szlachetnych się ukorzeniła...

Zarówno tę różę jak i jej podobne stanem, przyciąłem mocno, wykopałem i posadziłem ponownie. W tym roku nie widziałem tego ogrodu, ale z rozmowy telefonicznej z właścicielami wiem, że wszystkie róże ładnie z wiosną odbiły, choć oczywiście są mniejsze, bo i jak gdyby to ich powtórnie pierwszy sezon. Co do samego przesadzania/powtórnego sadzenia to mam dobre oświadczenia z krzewami róż do 3 roku uprawy. U starszych szanse na powodzenie takiego zabiegu znacznie maleją.
Pozdrawiam
(Październik 13, 2015)


Marek Moch: Dokładnie tak, to jest główny powód mego (do)pytania. Bo z jednej strony sadzimy głęboko w ziemię, a z drugiej części w kopczykach (z ziemi) mogą coś podłapać, ale wszystko Pan świetnie wytłumaczył. Jest to dla mnie zrozumiałe, sensowne i logiczne. Ale przyznam się, że przy sadzeniu słuchałem Pana ... ale nie do końca. A mianowicie, ponieważ ziemia gdzie rosną Ispahany jest wyściółkowana keramzytem o grubości 2-3 cm (i na pewno tak będzie zawsze, to nie ulegnie zmianie, po prostu tak musi być i koniec, bo nie mam pełnej wolnej ręki ;), a jeśli chodzi o miejsce gdzie rośnie pięć innych róż, to zastanawiałem się nad ewentualnym wyściółkowaniem też o grubości 2-3cm, to 10cm liczyłem razem ze ściółką (keramzytem, czy innym materiałem), czyli de facto w ziemi jest to obecnie 7-8cm nad miejscem szczepienia. Zastanawiam się teraz, czy nie był to jednak błąd i czy nie wkopię ich ponownie o te 2-3cm głębiej, tak aby nad miejscem szczepienia było dokładnie 10cm ziemi. Ale w takim wypadku nad miejscem szczepienia będzie 10cm ziemi i 2-3cm ściółki (keramzyt ew. inny materiał), razem 12-13cm (?). Czy tak może być? Ziemia do kopczykowania, którą mam, jest ziemią z ogrodu, ale ciężką, z miejsca gdzie ryte były doły pod róże, gliny do niej już nie dodam, bo jej zdobycie nie było takie łatwe :), ale sądzę, że będzie ok. PS. Pana róże bardzo mnie przekonują :), ale proszę też zrozumieć :), jestem różanym nowicjuszem ostrzeliwanym odmiennymi informacjami, więc czasem mój duch słabnie :). A bardzo mi zależy, żeby miały u mnie dobrze, bo już je b. polubiłem.
Pozdrawiam
(Październik 14, 2015')


Piotr Szustakiewicz:
Ja liczę 10 cm do powierzchni samej gleby, bo i w tej części róże będę się ukorzeniać i rozrastać. Nie będzie to miało miejsce tam gdzie leży keramzyt czy kora. Proszę też popatrzeć na to zdjęcie z poprzedniego mojego postu, 10 cm poniżej gleby to naprawdę nie jest tak dużo w przypadku solidnego pokroju róż krzewiastych/parkowych czy też pnących. Te 10 cm jest też taką barierą, która chroni krzewy przed niepożądanym pochylaniem się na boki.
Pozdrawiam
(Październik 14, 2015')



Marek Moch: Właśnie dostałem na mail zdjęcia mych róż. Zdjęcia z niedzieli.
1. Furtka i dwa Ispahany. Przy Ispahanach po bukszpanie, czosnki i kopytnik.

2. Rabata na trawniku. Comte de Chambord, palik gdzie jutro (już jutro;) będzie Charles de Mills, Blanche Moreau
z przodu od lewej Felicite Parmentier, Rose de Resht. Na rabacie 2x jeżówki, bo motyle, a mam też w ogrodzie budki dla dzikich pszczół murarek, dla nich też są te jeżówki, inna sprawa że chyba muszę dać tam trochę więcej piasku pod nie.
Obok nich jest kępka jakieś margerytki i w niej jest też orlik. Są też cebule w kilku miejscach, w tym też czosnki (gdzieś czytałem, że odstraszają mszyce). Oczywiście poza tym bukszpan. A wiosną wyjdzie też trochę cebulowych, botaniczne tulipany, tulipany i irysy (żonkile). Rozstaw wymierzony!


Jak pisałem dwie tzn. Fantin Latour i Jacques Cartier poszły w dobre ręce, miały być w grupie z tymi 5-cioma, ale uznałem
że będzie za ciasno. Fantin to kawał krzaka, a i Jacques też nie mały.
Zdjęcia wysyłam też po ocenę i wytknięcie błędów, bo jeszcze jest czas, aby je poprawić. Cicho na nią liczą.
I jeśli będzie miał Pan chęć i czas, to naprawdę byłoby Super i bardzo bym prosił o konkrety, konkretne szczere uwagi, bez ceregieli :).
Będę Naprawdę wdzięczny, choć ostateczne decyzje będę podejmować rzecz jasna ja.
Pozdrawiam
(Październik 15, 2015)

Piotr Szustakiewicz: Przy zajmowaniu się samemu swoim ogrodem – jak też jest to w moim przypadku, a co i ja pochwalam jak najbardziej i przedkładam nad zlecanie prac ogrodniczych firmom – o końcowym efekcie decydują nasze gusta, jakie to rośliny nam się podobają i w jakich zestawieniach czy założeniach. Bycie ogrodnikiem u siebie to własna praca, często bardzo ciężka i przywiązanie rosnące latami do tego co jest naszą inwencją. To wszystko ja mam zawsze na uwadze ilekroć jestem poproszony o radę ogrodniczą, a jeśli już takiej udzielam, to zastrzeżenia zawsze uzasadniam i nie są też one w żaden sposób formą krytyki pracy innych. Zajmowanie się ogrodem to też popełnianie błędów i nikt nie jest od nich wolny. Pamiętam bardzo dobrze swoje początki i pamiętam przesadzania pierwszych lat wraz z nabywanymi doświadczenia i wiedzą :).
Napiszę w takim razie jak ja widzę te rabaty i dlaczego tak właśnie:
1. Rabaty przy furtce - Dwa "Ispahany". Widać opalikowane krzewy róż i tak może pozostać do wiosny, a i będzie Panu łatwiej tak je okryć. Owijamy agrowłókniną pędy od podstawy w sposób jak drzewka owocowe, dając 5-6 warstw dla pędów młodych przy zimach w granicach - 20 ºC. Na keramzyt tutaj warto byłoby dać również koło z agrowłókniny o odpowiedniej średnicy i dopiero obsypać ziemią w kopiec. W ten sposób ziemia nie będzie oblepiać pędów i wytworzą się w fałdach agrowłókniny dodatkowe poduszki powietrzne, natomiast przez przykrycie keramzytu (kołem) wiosną będzie mniej pracy przy zebraniu ziemi. Od wiosny już "Ispahany" tniemy, jeśli pozostawi Pan paliki, to zostaną przez róże od razu potraktowane jako podpory i zaczną się piąć. Nie tylko jest to widoczne w długości pędów, ale też w ich wiotkości. Czyli zamiast podpierać i przywiązywać, to tniemy (do wysokości w latach jak napisałem na stronie) i niech krzew buduje sam mocne, wyprostowane pędy główne.
Całość tych dwóch rabat tworzy bardzo ładnie tutaj symetrię, której osią jest furtka. I powinno to też być odzwierciedlone w nasadzeniach i jak widzę tak właśnie Pan to zrobił. Kopytniki to rośliny runa leśnego, rosnące zazwyczaj w głębokim cieniu pod drzewami. W keramzycie czy tez żwirze ich nigdy nie widziałem. Nie jest to ich naturalne środowisko i trudno będzie im się odnaleźć w odmiennych warunkach. Musi Pan to nasadzenie sobie przemyśleć :). Co do bukszpanów, to jak też pisałem wcześniej, w towarzystwie bliskim róż mogą pojawiać się  w formie mocno ciętych (do 40cm) żywopłotów. W innym przypadku rozrastając się z roku na rok będą swoim pokrojem przytłaczać krzew róży, tym bardziej że rosną tak blisko. Na tych rabatach ja bym zrezygnował z bukszpanów jako drugich, dużych krzewów.
Czosnki przy różach można sadzić, choć u mnie razem z szachownicami strzegą przede wszystkim granicy ogrodu przed nornicami. Ale też używam wyciągu z główek czosnku pospolitego do opryskiwania krzewów przed mszycami, jest dość skuteczny i polecam. Jeśli to gatunki niewysokie (A. moly, karatawski, niedźwiedzi, neapolitański i podobne) i nie będą się wbijać w pędy róż to mogą pozostać. Niestety, większość z nich zaczyna zamierać w kwiatostanach i liściach już wczesnym latem i potem jest po nich trochę pustawo.
Przy niedużych obszarem założeniach symetrycznych z udziałem róż, bardzo dobrze pod nimi odnajduję się jeden gatunek roślin na całej powierzchni. Ze względu na użyty już keramzyt, jak i sprawdzone/polecane uzupełnienie róż, ja widziałbym tutaj lawendę wąskolistną w gatunku lub odmianie "Hidcote". Jasnoniebieski kolor liści przez cały rok będzie ładnie prezentował się na tle czerwonej cegły ogrodzenia, podkreślał zielony kolor róży i samych kwiatów. Lawenda to też kwiaty i ich zapach, które pojawiają się po kwitnieniu "Ispahan", więc razem ten zapach przy furtce wyczuwalny będzie przez całe lato. Nie jest też dla lawendy problemem rosnąć w keramzycie, a nawet będzie jej się to podobać ponieważ jest rośliną stanowisk alkalicznych. W zestawieniu też z jasnym brązem keramzytu ładnie będzie się prezentować w stylu klimatów południowych, prowansalskich.

2. Rabata Pięciu Róż. Zacznę od braw za pamiętanie o murarkach :), sam też staram się aby w moim ogrodzie czuły się jak u siebie w domu.
Rabaty naturalne na trawnikach, według patentów angielskich, tworzy się poniżej ich poziomu, obniżając je o około 8 cm. W ten sposób trawa nie przerasta rabaty, przy koszeniu docinamy trawę do końca nie łapiąc kosiarką gleby czy ewentualnego ściółkowania, które też na obniżonej rabacie nie będzie narażone na wywiewanie czy wypłukiwanie na trawnik. Można też zrobić tak, że tylko dać obniżenie na styku trawnik- rabata w pasie o szerokości ok 30 cm. Wtedy też nie trzeba będzie zdejmować gleby z całej powierzchni, bo może być problem gdzie tyle ziemi przenieść, a i na samych rabatach mogą być już trwałe nasadzenia. Wykonanie obniżenia/wcięcia w takim przypadku jest pokazane bardzo dobrze, a przy tym sielsko i rustykalnie w historii How To Edge Flower Beds Like a Pro (by Funky Junk Donna). Częściej trzeba to będzie odświeżać, ale swój cel praktyczny spełni. Natomiast w kwestii estetyki ogrodniczej przemyśleć i należy czy aby tak zaprowadzona rabata różana (sama w sobie już wysoka) swoim poziomem gleby nie będzie górowała nad poziomem trawnika, a co jeszcze może się zwiększyć jeśli pojawi się jej ściółkowanie w postaci kory. To obniżenie o 8 cm całej powierzchni rozwiązuje wszystkie problemy, ale musi to Pan sobie po prostu przekalkulować, bo wymaga pewnego nakładu pracy.
Rozważyć też można utrzymanie poziomu rabaty i oddzielenie trawnika przez zbudowanie granicy z materiałów trwałych (drewno, kamień, kostka granitowa lub betonowa i im podobne). Jednak i tu część ziemi pod taki border trzeba będzie usunąć, pozostają też koszty zakupu materiałów. Obniżenie przez wcięcie jest tańsze, przy tym całkiem praktyczne i naturalne.
Do wypełnienia/nasadzeń pod róże polecałbym bodziszki, kocimiętke, oregano i zioła podobne w pokroju, które będą obniżać na obrzeżach rabatę i łagodnie przeprowadzać ją na poziom trawnika. Nasadzenia cebulowe  oczywiście wg uznania, pamiętając aby to nie były pokrojem formy wysokie z kwiatami w różach, a jeśli już wyższe to tylko w centrum. Trzeba też mieć na uwadze, że to rośliny wiosny i tylko wtedy tworzą efekt wypełnienia, potem zasychają i przechodzą w stan spoczynku czyli od lipca pod różami będzie po nich pustawo. Mogą one uzupełniać dolne piętro rabaty, ale potrzeba tutaj aktorów głównych, którzy będą obecni przez cały sezon lub jako rośliny jednoroczne pojawią się po cebulowych. Tutaj wybór jest bardzo duży i co roku może być inny. Najciekawiej prezentują się te o kwiatach i liściach pozostających w łagodnych kontrastach z kolorami róż. Co do bukszpanu, to będzie tu z czasem przeszkadzał różom coraz bardziej i też obciążał wizualnie rabatę z jednej strony. Pozostawiam jego pozostawienie do przemyślenia :). Tak jak pisałem wcześniej, przy nasadzeniach pod różami musimy pamiętać, że te będą kopcowane i byliny/cebulowe, które będą na rabacie, aby nam w tych czynnościach nadmiernie nie przeszkadzały. Jeśli będą po sezonie wrastać w krzewy to kopcując jednocześnie możemy je przycinać, zmniejszać ich powierzchnię.
Czyli rozmieszczenie róż jest obecnie takie, wymieniając od lewej: 1. "Comte de Chambord" (kwiaty różowe, wymiary 1.75 m x 1.5 m) 2. "Felicite Permantier" (białe, 1.5 m  x 1 m) 3. "Charles de Mills" (purpurowe, 1.5 m x 1.75 m) 4. "Rose de Rescht" (ciemnoczerwone, 1.5 m x 1.2 m) 5. "Blanche Moreau" (białe, 1.75 x 1.5 m). Zobrazowałem je kolorystycznie i wielkością pokroju...

W takim założeniu, że tak właśnie jak na zdjęciu będą oglądane róże, to jest to ogrodniczo poprawne. Trzy najwyższe róże są na drugim planie i tłem dla dwóch niższych na pierwszym. Jedyny problem to "Charles de Mills" i "Rose de Rescht", których kwiaty kolorystycznie są zbyt podobne do siebie (bardziej niż to zaznaczyłem powyżej) i nie powinny rosnąć w swoim sąsiedztwie. Natomiast, jeśli rabata ma być eksponowana/otwarta na wszystkie strony w równym stopniu, to wówczas w centrum powinny pojawić się najwyższe odmiany, a na zewnątrz niższe, aby podkreślić to wspomniane już łagodne przejście na trawnik. Najłatwiej to osiągnąć na rabatach kształtem zbliżonym do koła, jednakże ten efekt wskazane jest podkreślić też przy tych podłużnych. Czyli od lewej –  1. "Felicite Permatier" 2. "Comte de Chambord" 3. "Charles de Mills" 4. "Blanche Moreau" 5. "Rose de Rescht" ...

Zewnętrzne róże przesunąłem do brzegów, aby całość trochę rozciągnąć i dać więcej miejsca tym wysokim. W tym założeniu podobne "Charles de Mills" i Rose de Rescht" zostały rozdzielone. "Blanche Moreau", która ma tendencje do przewieszania będzie wspierana przez dwa krzewy niższe. Trzy wysokości w centrum to 1.75 m -1.5 m - 1.75 m, więc i będzie zaznaczone zróżnicowanie. Proszę to sobie wszystko przemyśleć na spokojnie i sprawdzić czy będzie to Pan 'czuł' w takim szerszym ujęciu, patrząc na rabatę z różnych miejsc w ogrodzie. Wszelkie pytania i wątpliwości, jak zwykle mile widziane.
Pozdrawiam

(Październik 16, 2015')

Marek Moch: Rabata Pięciu Róż … Jak pięknie to brzmi. Dziękuję.
(Październik 17, 2015)



Marek Moch: Interesuje mnie, czy w wersji pierwszej, czyli obecnej między trzema różami z tyłu a dwiema z przodu nie będzie pustej przestrzeni?? Oczywiście nie może być ścisku, ale też chciałbym, aby one swobodnie się nawzajem stykały i między nimi nie powinno być w przyszłości, gdy się swobodnie rozrosną, przerw. Zaznaczam że sadząc mierzyłem, kierując się Pana wskazówkami, róże i przerwy między nimi ", z wszystkich stron".
Jeśli nie będzie, to wybieram wersję pierwszą, obecną. Dlaczego? Jest poprawna. Akceptuję Rose de Resht i Charles de Mills obok siebie, tym bardziej że Charles de Mills kwitnie tylko raz. Chciałem, aby Blanche Moreau była z brzegu, z prawej strony. Chciałem też trzy róże wyższe z tyłu, a dwie niższe z przodu.
Główna ekspozycja będzie taka jak na zdjęciu, z tyłu jest wjazd do garażu i stamtąd mogą być widoczne tylko trzy wyższe, z prawej strony z boku jest mniej miejsca do oglądania, a poza tym sądzę że i tam widoczne będą oba szeregi – chyba się nie mylę?
Z lewej miała być „druga główna” ekspozycja.
Zakładałem że będzie widać stamtąd wszystkie róże : najmniej Rose de Resht, najbardziej Comte de Chambord, Charles de Mills i Felicite Parmentier. Dlaczego?
Otóż gdziekolwiek nie czytałem, w tym na stronie Austina (davidaustinroses.com) wychodziło, że Comte jest mniejszy od Charlesa i Felicite. Pamiętałem o Pana wymiarach, gdzie Comte był większy, ale uznałem że .. to zależy od warunków i chyba jemu szczególnie u Pana jest dobrze. :)
Ale nawet przy założeniu że będzie większy, to czy mylę się sądząc, że z lewej strony z tamtego kierunku, będą widoczne Comte de Chambord, Felicite Permantier, z tyłu góra Blanche a i trochę Charlesa?
Mam zgryz w kwestii obniżenia rabaty poniżej poziom trawy ( 8 cm poniżej poziomu trawy, co chroni rabatę przed zarastaniem - świetny angielski sposób, o którym Pan mi wspomniał), są bowiem pewne opory... Raczej też zostaną bukszpany, będą jednak mocno cięte, a gdyby i tak zaczęły wadzić, będą albo przesunięte, albo całkiem przesadzone.
I chyba przez jakiś czas nie będzie innych bylin, poza tymi które już są, zobaczymy jak to będzie wszystko rosnąć.
Rzecz jasna wszystkie róże będą wkopane głębiej – 10 cm !
Może się Pan śmiać, ale sądzę że w dwóch "centralnych" miejscach wolnych, w następnym roku posadzę dynie. Mam do nich sentyment, to pierwsza roślina jaka uprawiałem mając kilka lat. A jak będzie wyglądać źle, usunę.
Pytanie na koniec: czy przy założeniu, że zostawiamy wersję 1, a Comte rośnie taki jak Pan podaje, czy Charlesowi będzie dobrze (tam gdzie ma być, w wersji pierwszej)?
Dziękuję bardzo za poświęcony czas i Wspaniałą Pracę.
Pozdrawiam
(Październik 19, 2015)

Piotr Szustakiewicz: "Comte de Chambord" rośnie u mnie swoje 1.75 m, dokładnie jak podaje też wspomniana w pierwszych postach Encyklopedia RHS i jest wyższy zarówno od "Felicite Permantier" (1.5 m), jak i "Charles de Mills" (1.5 m). Miałem w tym roku w tym temacie, bardzo ciekawą wymianę korespondencji z davidaustinroses.co.uk w sprawie właśnie rozmiaru róż podawanego na ich stronie, jak i w wydawanym katalogu Handbook of Roses. Moje zapytanie:
"Dear Sir,
I grow some of your roses, I mean bred by David Austin. Among them "Benjamin Britten" (Shrub, Austin, UK, 2001) on the rootstocks of Rosa canina "Schmidt’s Ideal". Like the rest of my roses it was purchased with a proper license. After five years of growing the rose reaches almost 2 meters in height and 2 meters in spread. In your Handbook of Roses are given the data of "Benajmin Britten": height 1.25 m, spread 1 m. The other rose sources also give these dimensions.
The pictures of my rose you can find at my website. I live in Poland, USDA 4a-4b, where the conditions for growing roses are not particularly favorable. Thus my question is – are your data given in Handbook of Roses correct? They seem to have an impact on other sources, for instance HMF.
I look forward to hearing from you.
Yours faithfully,
Piotr Szustakiewicz"
I otrzymana jak zwykle bardzo szybko, bardzo miła odpowiedź:
"Dear Piotr Szustakiewicz,
Many thanks for your enquiry and the data we give on our website is based on experience of growing them on laxa rootstocks here at the nursery in England. When grown on different rootstocks and in different climate we do understand that these dimensions can be somewhat different. I have seen Benjamin Brittens grown as climbers before so it does not really surprise me about your findings. We really can only give guidelines on measurements as there are so many outside factors which can effect the growth habit of the rose.
I hope this explanation is helpful.
Best regards and I hope you continue enjoying growing our varieties for many years.
Richard Stubbs

Technical Team"
Która to uzmysławia, że opisy w w/w katalogu i na stronie mogą być bardzo subiektywne. Jak pisze Pan Stubbs – "możemy jedynie podawać wskazania ogólne dotyczące rozmiaru, ponieważ istnieje wiele czynników zewnętrznych, które mogą wywierać wpływ na pokrój i wzrost róż". Należy to rozumieć, że dane hodowcy nie odnoszą się nawet do całej Wielkiej Brytanii, nie wspominając już o Europie i do okulizacji na Rosa laxa. Podkładce spotykanej u nas podobnie rzadko jak i w Niemczech, a która uwzględnia przede wszystkim warunki na Wyspach i potrzeby angielskich ogrodników. Opracowania encyklopedyczne, tym bardziej jeśli sygnowane są przez tak szacowną organizację jak The Royal Horticultural Society, w tym porównaniu wypadają zdecydowanie bardziej obiektywnie i są bardziej przydatne, a i znajduję też w moich różach potwierdzenie podawanych opisów i danych. "Benjamin Britten" nie widnieje w tej encyklopedii, a że jego wymiary tak dalece odbiegają od podawanych przez hodowcę, to i chciałem się upewnić. Jeśli prowadziłbym tę odmianę jako pnącą, to oczywiście te 2 m wzrostu byłoby czymś oczywistym, ale tutaj to jest 2 m krzewu w strefie USDA 4a-4b. Piszę o tym nie aby pomniejszać wiekopomne już przecież już zasługi Davida Austina, którego róże bardzo lubię, tylko aby powiedzieć, że także i moje szukanie wiedzy ogrodniczej wiedzie wieloma ścieżkami. Zdarza mi się wybierać też te mniej uczęszczane, ale jednak najczęściej podążam śladami innych ogrodników po drogach przetartych latami i wiekami doświadczeń. Też ze względu na czas, którego mi najnormalniej szkoda stracić. A to może się zdarzyć, jeśli postanowię coś zrobić tylko wiedziony własnym zamysłem. Po co też miałbym go poświęcać na powtórne odkrywanie 'ogrodniczej Ameryki', skoro już to zostało zrobione :).
"Felicite Permantier" i "Rose de Rescht" to róże jednak najmniejsze w tym Pana zestawie, obie podobne wzrostem i szerokością, jak i wyprostowanym pokrojem. Mając te cechy na uwadze zaproponowałem ich umieszczenia na bocznych stanowiskach, aby rabata nie była tylko do oglądania z frontu i aby wyższe róże nie zakrywały niższych. Lepiej też rozciągnąć umiejscowienie róż, jeśli tylko rabata na to pozwala i lepiej aby przewieszały pędy nad trawnik niż miałby panować ścisk w centrum i uciekanie pędów w górę w poszukiwaniu miejsca. I też w tym Pana założeniu. Rabata będzie swego rodzaju różaną wyspą na trawniku i raczej pożądane jest tutaj jest spłaszczanie przez dużą liczbę pędów poziomych, a te z kolei będą potrzebować miejsca.
Powtarzanie róż historycznych nie jest wcale tak znamienne jak z reguły się sądzi na podstawie opisów i bardzo daleko im w tym względzie do np. róż angielskich Austina. Trzeba pamiętać o ich podziwianiu przede wszystkim w czerwcu i lipcu, potem już nie ma do tego aż tak wiele okazji, nawet u "Comte de Chambord."
Porównanie kwiatów 'Charles de Mills" (z lewej, zdjęcie Zasoby Wolne Wikipedii) i "Rose de Rescht" w moim ogrodzie...

Co do dyń to rzeczywiście trochę się uśmiecham do tego pomysłu, dla mnie to chyba zbyt duża jednak ekstrawagancja ogrodnicza, aby je tak uprawiać z różami :). W moim ogrodzie też oczywiście rosną, ale jednak tam, gdzie i inne warzywa. To proponowane obniżenie rabaty na całej powierzchni czy też w wąskim pasie, ma na celu poza dobrym wyglądem oczywiście pomagać w zajmowaniu się różami i w żaden sposób nie napisałem o tym z myślą, aby to utrudniać. Utrzymanie granicy między rabatą a trawnikiem jest koniecznością i najpewniej z czasem będzie Pan musiał się z tym zmierzyć. 
"Charles de Mills" to najciemniejsza róża tutaj, a przy tym bardzo solidna pokrojem – trudno ją zrównoważyć gdyby pojawiła się w innym miejscu niż w centrum. Tak jak napisałem też wcześniej, to Pana założenie (trzy róże z tyłu dwie z przodu) jest poprawne (z tym jednym zastrzeżeniem co do podobieństwa kwiatów) i róże mogą tak rosnąć. Tym bardziej, że tak właśnie widzi je Pan w tym ogólnym planie, niewidocznym na samym zdjęciu.
Pozdrawiam
(Październik 19, 2015)


Marek Moch: Witam Pana. Faktycznie trochę poszalałem z tymi dyniami hahaha, ale naprawdę mam ten sentyment. A na poważnie, kolejny raz jestem pod ogromnym wrażeniem Pana Wiedzy i Pasji. Co poza tym … proszę tak nie pisać, Pan nie utrudnia, Pan pokazuje możliwości, zagrożenia, dzieli się swoją Wiedzą, uzasadnia ją i przekazuje w sposób tak znakomity (Dziękuję!), a ja mam większy wybór, bo to ja wybieram wszelkie rozwiązania (no może nie zawsze tylko ja ;). W internecie jest dużo informacji, ale b. często niewielka jedynie część jest przydatna, dużo błędów, przede wszystkim zaś brak precyzji, brak uzasadnienia, bardzo często jest to bezrefleksyjne powtarzanie, czasem wręcz kopiowanie, bywa że z niezamierzonymi błędami poprzednika haha, często jest to wiedza zasłyszana, niepełna, bywa że szczątkowa. Gdy więc ktoś jest laikiem jak ja, musi popełniać błędy, nawet wtedy – a u mnie tak było – gdy czyta i czyta w tej skarbnicy ha ha. Poza tym gdy znajduje się informacje inne niż zgodne z głównym nurtem, to – tak jak u mnie, bywa że duch słabnie.. Dlatego tak się cieszę, że założył Pan ten wątek i poświecił tyle czasu, jestem pewien, że pomoże to (też) innym nowicjuszom. U mnie ostatecznie wszystko pozostało tak jak było. Z tym, że Charles de Mills został wkopany tak jak Pan zalecał – na 10 cm (bo przyjechał później). Innych róż nie ruszałem. Szczerze mówiąc nie miałem już za bardzo siły i czasu. Może w najbliższą sobotę, to ostatni termin… One są jak pisałem na głębokości ok. 7 cm (Ispahany) i ok. 8 cm (reszta róż w Rabacie Pięciu Róż). Biorąc pod uwagę to (Pana wpis ze strony 3), że 10 cm jest barierą przed przechylaniem, jest prawie pewne że się zmobilizuję i je wkopię :). Poziom rabaty pozostał taki jak był, nie dyskutowałem z tym hahahahaha, rozumiejąc że angielskie zwyczaje mogą być nadmiernym szokiem dla polskiej duszy hahaha, cóż Roma locuta causa finta, gdyby były problemy zostanie łopatka, ew. lekkie obniżenie (na brzegach jedynie! + może ekobord) lub w najgorszym wypadku kostka wokół. Na pewno nie będzie już obniżania na całości, bo Róże muszą mieć 10 cm - to jest święte! Rozstaw róż, gleba, i głębokość sadzenia - tu nie ma mowy o żadnych dyskusjach, tak ma być. Dzięki temu mam nadzieję, że będą u mnie się dobrze czuć, a co za tym idzie będą piękne i zdrowe. Bukszpany zaś będą ostro cięte, potem zobaczymy co dalej. Doszły fiołki wonne w 3 kolorach w kilku kępkach. I na długo nie będzie nic więcej. Przyznam się Panu, że zabawy z grabkami na Rabacie Pięciu Róż baaardzo mi się podobają hah. Prawie jak sama nazwa, za którą raz jeszcze dziękuję. Aaa … kopytnik. Wie Pan, ja z mego doświadczenia uważam, że może on rosnąć przy furtce, głównym problemem może być u niego zbyt zbita, widziałem go w takiej torfiastej-suchej (było źle) lub sucha gleba. Problemem mogą być też inne, wyższe rośliny-byliny. On musi mieć też kilka lat aż „zaskoczy”. Samo słońce nie jest moim zdaniem aż taką przeszkodą, dla jego bujnego rozwoju. Tam ma żyzną, gliniastą, a co za tym idzie trzymającą wilgoć, glebę i trochę cienia z murka. A kończąc wymiarami. Jak napisałem – wielki podziw i szacunek dla Pana wiedzy i pasji. Ale rozumiem, róże mogą wciągać :). Ale coś mi tu nie pasuje, bo rozumiejąc że UK to inne podkładki, inny klimat etc, ale stosunek rozmiarów poszczególnych róż jest (winien być) niezmienny. A u Austina 5-4 stopy Charles i 4-3 Comte … Nieważne. Jest super, sadząc myślałem, że Comte będzie najmniejszy z tyłu, okazuje się że nie – i to mi się b. spodobało :) Powtarzanie kwitnienia. Hmm moja przyjaciółka z Wrocławia zapytała się dziś smsem kiedy będą kwitnąć, a potem zaraz dodała że mi będą się pewnie podobać też w czasie gdy nie będą kwitnąć. I tak będzie :). Chciałem stare odmiany, zdając sobie sprawę że kwitnienie jest z reguły jednorazowe. Za to bywa ponoć długie ... u Ispahanów.
Pozdrawiam
(Październik 22, 2015)

Piotr Szustakiewicz: Moje uwagi, a o które Pan prosił, wiążą się z dodatkową pracą, która powoduje sama w sobie pewne utrudnienia i to w tym kontekście mi się o tym napisało. Dopiero w perspektywie mają pomóc, w kolejnych sezonach. Pierwsze prace przy różach czyli przygotowanie stanowiska, umiejscowienie odmian i głębokość sadzenia są czynnościami, których już nie da się powtórzyć/poprawić bez szkody dla samych krzewów, stąd też ich taka ważność. Przesadzone róże 2-3 letnie, tracą w najlepszym przypadku ten czas i muszą wracać w ogrodzie ponownie do pierwszego sezonu. Natomiast starsze róże możemy w ten sposób całkowicie stracić. Ta Rabata Pięciu Róż nie jest dużym przedsięwzięciem ogrodniczym i można niedużym nakładem sił zadbać o jej każdy cm kw. i detal. Zakup i posadzenie róż to dużo, ale też i za mało aby róże pięknie rosły. To rodzaj roślin który wymaga naszej pracy jak żaden inny.
Co do nasadzeń pod krzewami róż, to powinniśmy kierować się ogólnie przyjętymi zasadami tworzenia rabat, jak i też uprawiać rośliny o podobnych wymaganiach stanowiskowych (gleba, wilgotność i nasłonecznienie). W moim ogrodzie o tym gdzie co rośnie decyduje nabyta wiedza ogrodnicza na ten właśnie temat i trudno mi zabierać głos w sprawach gdzie rozstrzygające są Pana odczucia, że tak właśnie będzie dobrze i same gusta. Generalnie rzecz ujmując, jeśli nasze zamysły spotyka się w innych ogrodach i potwierdzają doświadczenia innych ogrodników to znaczy, że mogą być słuszne. Jeśli tak nie jest, to powinniśmy się zastanowić czy aby na pewno są one poprawne :).
Czy ja zajmuję się swoimi różami czy też ogrodem w sposób szczególny? Raczej jest tak normalnie, w myśl zasady – jeśli coś jest warte aby tym się zajmować, to warto to robić najlepiej jak się tylko potrafi. Ogrodem zajmuję się od 15 lat więc i byłoby dziwnym gdybym nic w tej materii nie wiedział. Nie jestem ogrodnikiem z wykształcenia, nie mam nawet zawodówki rolniczej za sobą :), więc i tym bardziej muszę wszelką wiedzę zdobywać. Uczę się też pracując w ogrodzie, czasami po 12 godzin dziennie i nigdy nie myślę, że robię to za karę :). Mam też inne pasje, więc tak przez porównanie mogę powiedzieć, że róże wciągają i pochłaniają podobnie jak i inne zainteresowania.

Pisze Pan – "Ale coś mi tu nie pasuje, bo rozumiejąc że UK to inne podkładki, inny klimat etc, ale stosunek rozmiarów poszczególnych róż jest (winien być) niezmienny. A u Austina 5-4 stopy Charles i 4-3 Comte …". Dokładnie jest z tym tak jak pan Richard Stubbs odpowiedział. To dane tylko z ich szkółki we wsi Albrighton (Shropshire, Anglia), tam właśnie tak róże sobie rosną na podkładce Rosa laxa. Oni nie biorą odpowiedzialności za to jak róże Davida Austina czy też inne, które są w ich ofercie, osiągają rozmiary w innych ogrodach, klimatach czy inaczej okulizowane, prowadzone. Jeśli potrzebujemy bardziej uniwersalne dane to sięgnijmy do encyklopedii. A jeśli jeszcze dokładniejsze, to pytajmy w szkółce w której dokonujemy zakupu, jak też rośnie tam róża mateczna z której pozyskano zrazy i na jakiej podkładce to szczepienie. Nie dziwmy się też, jeśli zdecydujemy się niektóre róże angielską czy też historyczne prowadzić jako pnące i wtedy te będą osiągać zupełnie inne jeszcze rozmiary. Róża zmienną jest :)…
Z tej piątki Pana róż najlepiej powtarza "Comte de Chambord". W moim ogrodzie (i nie tylko) pewniejsza w tym jest tylko "Jacques Carter" (szkoda trochę, że Pan ją oddał). Te dwie, podobnie jak i następna "Rose de Rescht" (dobrze powtarza), to róże portlandzkie, które to należą jako grupa do jednych z najlepiej powtarzających wśród róż historycznych. Jednak w żaden sposób nie jest to kwitnienie ciągłe czy też powtarzane regularnie w ilości kwiatów. Stąd też ta moja uwaga, aby po prostu nie przegapić pierwszego kwitnienia.
Pozdrawiam
(Październik 24, 2015)


Marek Moch: Witam Pana. Muszę się pochwalić :). Wkopywałem dziś róże głębiej (na 10 cm), udało mi się to z czterema z Rabaty Pięciu Róż. Została mi tylko częściowo Blanche Moreau, oraz oba Ispahany - zrobię je jutro. Jestem bardzo zadowolony :). Stanowisko, gleba, rozstaw krzewów i głębokość wkopywania - to wszystko będzie za momencik w najlepszym porządku. Sama gleba jest niezła, co już dostrzegłem! Blanche Moreau ma co prawda już część liści żółtych, ale te które są zielone dostały piękny ciemny odcień, gdy dotarła do mnie w donicy były blade, jasnozielone, widać było że się już męczyła, że podłoże w doniczce było już wyjałowione z substancji odżywczych. Wykopując ją dzisiaj zauważyłem też, że puściła dużo drobnych korzonków. Tak jak pisałem poziom rabaty pozostał na wysokości trawnika - kupiłem za to w internecie specyficzny szpadel do darni, wynalazek brytyjski, mający kształt półksiężyca, podobno dzięki niemu bardzo łatwo przycina się trawę w kancik na granicy rabaty, robiąc przy tym dołek między trawnikiem a środkiem rabaty, co utrudnia przerastanie trawy na rabatę. Spróbuję jednocześnie już teraz, jutro, przesunąć trochę bukszpan na Rabacie Pięciu Róż (bukszpany zostają jak pisałem, lecz na pewno będą b. mocno cięte, można je też przesadzać-przesuwać gdy są duże, ale pomyślę co mogę zrobić już teraz..) Czy słyszał Pan coś o zaletach soli Epsom (Epsom salt, sól angielska, sól gorzka) ? Wydaje mi się, że o tym jeszcze nie rozmawialiśmy (?). Co prawda oryginalna nie jest chyba już dostępna, bo kto by się teraz w XXI wieku "bawił" w jej odparowywanie z wody ;), ale jej wersja syntetyczna tj. siarczan magnezu jest łatwy do kupienia. Ja go mam. Na stronie p. Sołtysa - we wpisie o Reine des Violettes - autor cytuje P. Bardena, zachwalającego tę substancję. A stronę Pan zna, bo są tam i Pana wpisy i liczne, udostępnione dzięki uprzejmości zdjęcia :). Wydaje mi się też, że Pana strona "poszła w górę" w wyszukiwarce... Może to dzięki wpisom? :) Byłoby super, bo na Pana stronie jest tak dużo rzetelnej wiedzy. Podziwiam Pana wiedzę i sposób pisania (o różach)! I NIESAMOWICIE się już cieszę na następny rok... moje róże :) :) :)

Wspominał Pan (wcześniej w wiadomości email), że uszkodzenia korzeni zabliźniamy węglem drzewnym, albo maścią ogrodniczą koro-derm. Czy tak samo postępujemy z pędami nad ziemią, po cięciu? A co w sytuacji, gdy wybija nam - u rosnącej już w ziemi róży - dziki pęd z podkładki? Odrywamy go, zgodnie z Pana wskazówkami - to jasne. Ale co z zabezpieczeniem miejsca oderwania? Wtedy nie trzeba tego robić, czy też musimy się "wkopać" w ziemię i również tu to uczynić (zabliźnić miejsce oderwania korą, maścią)?

Jacques Cartier jest bardzo ładną różą, nawet w donicy powtarzał u mnie b. dobrze kwitnienie, bardzo ciekawe kwiaty i piękny zapach, ale nie zdołałbym go zmieścić bez zwiększenia powierzchni rabaty. Dokonałem wyboru między Jacques Cartier i Comte de Chambord. Była to decyzja prawidłowa, choć w momencie podejmowania oparta na częściowo fałszywych podstawach ... bo z mych ówczesnych informacji wynikało, że Comte jest mniejszy niż w rzeczywistości jest ha ha ha. A ponieważ chciałem mieć Rose de Resht, to odpadał wybór między nią a Jacques Cartier, choć miałem obawy czy nie będzie zbyt wiśniowo . Kto wie może na jej miejscu winien być Jacques, ale chciałem mieć na rabacie damascenkę i to ostatecznie zadecydowało. A tak na marginesie, ciekawe że niektórzy (np. M. Sołtys) podają że to (RdR) damascenka, a niektórzy (np. Pan) róża portlandzka – czy to z uwagi na powtarzanie kwitnienia (?). Czy są jakieś godne uwagi książki o różach – w języku polskim, czy wszystko co wartościowe jest po angielsku?
Październik 24, 2015)

Piotr Szustakiewicz: Dzień dobry. To teraz może już Pan spać spokojnie :) i czekać na okrycie róż, zimę i na samą już wiosnę –  liście i potem pierwsze kwiaty, które pojawią się zapewne z początkiem czerwca. U mnie pierwszą w kwiatach była przez ostatnie lata właśnie ta wymieniana przez Pana "Reine de Violettes" (HP, Millet-Malet, 1860), która zaczynała kwitnąć już po 20 maja. Prowadzona jest jako pnąca na ścianie budynku i długością pędów znacznie przekracza 2.5 metra, kiedy jako krzew z reguły osiąga 2 metry wysokości. Była pierwszą, ale w tym roku została zdetronizowana, kiedy to już w połowie maja rozbłysła "Gloire de Dijon" (Pnąca herbatnia, Jacotot, 1850), za sprawą orientalnych/herbatnich genów w rodowodzie. Także ten czas – między ostatnimi kwiatami, u mnie wiele odmian wciąż jeszcze kwitnie i pewnie tak pozostanie do może i nawet początków grudnia, a pierwszymi – nie jest wcale tak długim. Same jesienne róże potrafią też być szczególnej urody, dowodem czego mogą być wciąż jeszcze pojawiające się kwiaty "Jacques Cartier" –  w moim ogrodzie, w jesiennym deszczu i słońcu, 25 października 2015 roku ...

Kwiaty wprawdzie mniejsze niż latem, ale wciąż szczególnej urody, podkreślanej w te dni przez przebarwiające się liście. "Jacques Cartier" to taki typowy must have in a garden jak mawiają Anglicy, a naszymi słowy 'mus mieć w ogrodzie' :), z czym jak najbardziej się zgadzam.
Wiele odmian w czas jesieni wybarwia się nawet pełniej/mocniej i niekoniecznie tak na smutno jak to idzie u pana Mieczysława Fogga :). O ile u róż historycznych kwiatów jest niewiele, to u mieszańców herbatnich, róż angielskich i współczesnych pnących – ich ilości odzwierciedlają poczynione postępy w hodowli róż, mające na celu uzyskanie odmian kwitnących w sposób ciągły. W moim ogrodzie "Red Eden" (Modern Climber, Meilland, 2002), zdjęcie również z 25 października 2015'. Stanowisko dla tej róży urządziłem przy ścianie południowej i jednocześnie pod okapem dachu, aby w ten sposób chronić przed deszczem kwiaty, które kształtem jak mało które przypominają starodawne cabbage roses...

Epsom salt (nazwa od produkcji w Epsom, Anglia) tak jak Pan o tym pisze, to znany obecnie siarczan magnezu, bardzo pomocny we wszelkich niedoborach tego składnika. Przyjmuje się ilość roztworu (jak kiedyś czytałem) sporządzonego z jednej łyżki stołowej epsomitu na każde 30 cm wysokości krzewu i aplikujemy to różom dolistnie poprzez oprysk lub przez podlewanie lub też łączymy oba zabiegi. Magnez ma znaczący wpływ na rozrastanie się korzeni bocznych, co tak jest istotne przy budowaniu się krzewu w pierwszych latach. Jest odpowiedzialny za wytwarzanie chlorofilu, a przez to i prawidłowy przebieg fotosyntezy. Wspomaga też przyswajanie fosforu, który to z kolei odpowiada za kwitnienie i też wzrost pędów. Objawem braku magnezu jest letnie, przedwczesne żółknięcie liści i najczęściej występuje na glebach piaszczystych, ubogich. U mnie w ogrodzie nie mam z tym na razie problemu, ale liczę się z tym, że w miarę upływu lat na stanowiskach z różami tego składnika może i zacząć brakować.
Wcięcie trawnik/rabata można wykonywać przy pewnej wprawie zwykłym szpadlem, ale ten nabyty profesjonalny nóż do trawy (zwany też szpadlem półokrągłym) oczywiście prace te znacznie ułatwi.
Na pozycje witryny w wyszukiwarkach trzeba samemu zapracować, nie ma tu lekko :). Odesłania z innych stron to niezauważalny odsetek wszystkich wizyt. W moim przypadku na ponad 90 tysięcy wejść na stronę (blisko 3 lata istnienia), bezpośrednio z witryny pana Sołtysa było ich słownie sześć. Aby każdej mojej róży i roślinie już dostała się historia, to musiałbym tu pracować codziennie i to na więcej niż jednym pełnym etacie :). Staram się aby przybywało treści w witrynie, ale też pilnuję aby nie odbywało się to kosztem samego ogrodu, czasu jaki muszę przeznaczyć na jego prowadzenie. Tego czasu też najnormalniej mi brakuje, aby jeszcze pisać na innych forach czy blogach. Bywam tam jednak gościem i czasami coś jednak napiszę, jak choćby na forumogrodniczeoaza.pl, ale nie jest tego za wiele. Pisanie u siebie zdecydowanie bardziej mi odpowiada.
Pędy róż po cięciu wiosennym czy też korygującym późniejszym, optymalnie zabezpieczamy maścią ogrodniczą lub choćby popiołem drzewnym. A już koniecznością jest to w przypadku solidnych starszych pędów i wszędzie tam gdzie rany są duże. Podobnie też przy wszystkich uszkodzeniach po wykopaniu (przesadzanie, zakup), kiedy to krzewy są bardziej narażone na wszelkie infekcje. Zawsze pamiętamy o ostrym sekatorze, aby cięcie było gładkie (nie odrywało tkanki), wykonane po lekkim skosie skierowanym na zewnątrz względem pąka (nie może być zbyt długie/ostre, ma tylko wskazywać kierunek pąka) i 0.5 cm nad nim. Dodatkowym czynnikiem wspomagającym dobre zniesienie przez krzew tego zabiegu jest wybranie na to dni suchych. Po cięciu można też wykonać oprysk grzybobójczy, polecam tu ekologiczne preparaty – miedzian czy siarkol. Miejsc z którego zostały usunięte dzikie pędy nie zabezpieczamy z braku możliwości wykonania tego zabiegu, wszelkie próby wkopywania się mogłyby spowodować uszkodzenia korzeni i przynieść szkody znacznie większe. Pozbywanie się "wilków" powinno się wykonywać przez skręcanie wielokrotne pędów aż do ich ukręcenia, albo też ile się da i dopiero szarpnięcie w bok. Tym sposobem powstałe rany nie będą zbyt rozległe.   Natomiast jeśli zdarzyłoby się wyłamanie pędu odmiany właściwej (pod ciężarem kwiatów, po deszczu) przez rozszczepienie pionowe, to oczywiście staramy się dotrzeć do rany znajdującej się w ziemi i zabezpieczyć na całej powierzchni maścią ogrodniczą. Niewielkie rozszczepienia możemy też usztywniać łupkami i obwiązywać do czasu ich całkowitego zrośnięcia.
"Rose de Rescht" mam oznaczoną jako różę portlandzką za źródłami angielskimi, m.in. The Royal Horticultural Society, Encyclopedia Of Roses (Charles & Brigid Quest-Ritson, 2008). Tamże przynależność do tej grupy róż historycznych jest potwierdzona w charakterystycznym zwartym i gęstym pokroju odmiany, na który wpływ mają krótkie międzywęźla pędów kwiatowych, podobnie jak ma to miejsce też u "Jacques Cartier". Wprawdzie róże portlandzkie zostały wyhodowane w wyniku krzyżowania róż francuskich (Rosa gallica) i powtarzających odmian róż damasceńskich (Rosa × damascena) to jednak są odrębną grupą. Powtarzanie kwitnienia nie jest ich cechą szczególną. Pierwszą z nich była "Portland Rose", której ślady wiodą do około 1750 roku i wyspy Portland (u południowych wybrzeży Anglii). Choć róża została nazwana nie tyle geograficznie, co na cześć English Duchess of Portland (Angielskiej Księżnej Portland). Ostatnie badania genetyczne wykazują też, że w swoim dziedzictwie róże portlandzkie posiadają również geny Rosa chinensis, w tym "Comte de Chambord" i odmiany późniejsze. Nie należy w oznaczeniu "Rose de Rescht" jako Portland Rose doszukiwać się też pretensji angielskich rosarian do samej róży. Oni sami zgodnie podkreślają, że jej odkrycie raczej zdecydowanie nie jest zasługą Nancy Lindsay, kobiety-szkółkarza (a nurserywoman) o notorycznie wątpliwej wiarygodności  i nie miało miejsca w Persji, a co z kolei podają inne źródła. Anglicy wskazują przy tym na pochodzenie francuskie róży, z roku około 1840.  Kwestia oznaczania danej odmiany jest też kwestią wyboru źródła. Ja staram się korzystać z tych najnowszych, a jednocześnie solidnych i reprezentatywnych, opartych często na badaniach genetycznych, które to raczej rozstrzygają wszelkie toczące się wcześniej spory. Niemniej też zawsze należy tu pamiętać o starodawnym postrzeganiu, klasyfikacji i nazewnictwie róż, bo to i przecież są róże historyczne, gdzie tradycja i pamięć o pochodzeniu są tak szczególnie ważne.
W drugiej część Pana wypowiedzi jest bardzo ciekawie postawione pytanie o literaturę różaną. Postaram się odpowiedzieć na to w najbliższych dniach i poświęcić temu oddzielny wpis.
Pozdrawiam
(Październik 26, 2015)


Marek Moch:
Proszę się nie spieszyć, rozumiem że ma Pan też inne sprawy do zrobienia, a przy tym na Pana stronie jest już tak dużo, tak ciekawych wpisów, że na nowe można trochę poczekać . Raz jeszcze bardzo dziękuję za życzliwą pomoc i wiedzę, którą był Pan łaskaw się podzielić. Oglądając zdjęcia Pana róż, zachwycam się nie tylko kwiatami, ale i liśćmi.. jakież te róże są zdrowe!! Podziwiam. Mam nadzieję na podobne za kilka lat Przygotowanie gleby, głębokość sadzenia oraz rozstaw między krzewami - zgodnie z Pana zaleceniami! Pana wyjaśnienia oraz zdjęcia Pana róż nie mogły mnie nie przekonać.
(Październik 27, 2015)


Piotr Szustakiewicz: Pytał Pan "Czy są jakieś godne uwagi książki o różach – w języku polskim, czy wszystko co wartościowe jest po angielsku?" Są takie książki w języku polskim. Jednak moim zdaniem, warte czytania są tylko te napisane w czasach wprawdzie nie tak odległych, to jednak które bezpowrotnie przeminęły wraz z Polskim Towarzystwem Miłośników Róż i odejściem Pani Ireny Gołębiowskiej (1913-2011), wieloletniego prezesa i dobrej duszy całego różanego towarzystwa. Wyciągnąłem z szuflady dwa roczniki, wydane pół wieku temu, a czytam kolejny już raz z zaciekawieniem takim samym jak przy tym pierwszym...

Pisał tam Kazimierz Walter – założyciel PTMR i pierwszy prezes (1958-1962), Jadwiga i Leopold Grąbczewscy – hodowcy róż (mam ofertę ich szkółki z 1968 roku, sygnowaną adresem Warszawa 93 Dąbrówka), Karol Wizner – autor wielu książek o różach z których polecam "Róże w ogródku" ( mam wydanie z 1966 roku i takie jeszcze można dostać w antykwariatach), Bolesław Wituszyński – hodowca róż i mój krajan (o nim i też o Aronie Eizyku można przeczytać więcej na stronie Święto Róży, w artykułach autorstwa Pani Teresy Mosingiewicz). W Rocznikach są też relacje Pani Ireny Gołębiowskiej, z organizowanych przez towarzystwo wystaw i innych przedsięwzięć różanych. Jest bardzo ciekawy artykuł pióra Ks. Hieronima Lewandowskiego, "Parę uwag amatora o różach pnących", który tak o swoich doświadczeniach różanych pisał, a ja ad vocem naszej rozmowy i dbałości o róże (też w Poznańskiem) zamieszczam...
 "Wśród amatorów istnieje przekonanie, że róż pnących nie warto uprawiać, bo przemarzają. Uprawiam róże od 1957 r. W imię prawdy przyznaję, że był w tym okresie jeden rok, w którym nie okryte, niezabezpieczone pędy pędy przemarzły w większości. Okryte jednak pędy przezimowały, a kopczyki na korzeniach uratowały krzaki. Z wyjątkiem dwóch krzewów wszystkie odbiły. W prawdzie w pierwszym roku po przemarznięciu nie okrytych pędów kwitły skąpo, ale w latach następnych, no i w obecnym dały fantastyczną ilość kwiatów.
Ufam, że w bieżących roku będzie można przed kościołem św. Wojciecha w Poznaniu, jak i przed kaplicą na Winigradach i w moim ogrodzie, zobaczyć wiele kwitnących róż pnących. Zapraszam."
Takie to było kiedyś pisanie o różach, a do którego mi znaczniej bliżej niż do tych współczesnych katalogów, gdzie słowa ciekawego coraz trudniej uświadczyć, za to co strona to zdjęcia w kolorze i w full HD. Same roczniki TPMR jeszcze można wypatrzeć, czasami je widuję przeglądając aukcje i antykwariaty w poszukiwaniu bibliofilskich staroci ogrodowych czy też różanych.
Pozdrawiam
(Listopad 07, 2015)

Marek Moch: Ja też cenię prawdziwą wiedzę. Martwi mnie, często wręcz irytuje (!!), gdy obecnie w tym zalewie publikacji, informacji etc, jest jej tak mało - mimo tego ogromu, pozornego jedynie. Również dlatego tak ważna jest dla mnie internetowa znajomość z Panem. Właśnie znalazłem na allegro i kupiłem za dwadzieścia kilka złotych (i to włącznie z kosztem dwóch dostaw poleconymi priorytetami!) dwie książki p. Wiznera - Róże w ogródku (wydanie 1966) i Róże w gruncie (wydanie 1979) oraz książkę p. Augustynowicza - Poradnik dla miłośników róż (wydanie 1967). Dziękuję też za informacje i link o pp. Eizyku i Wituszyńskim. Już Pan o Nich wspominał. Zbliża się zima, więc poza czytaniem kupionych książek będę też szukał informacji o Nich w internecie, a w linku jest jak widzę trochę danych, które powinny w tym pomóc. Dziękuję bardzo. A co do Poznańskiego. Hmm ... nie mam pewności czy ta część Wielkopolski gdzie mieszkam to jeszcze (w pełni) Poznańskie haha. Formalnie tak, to też dawny zabór pruski, prowincja poznańska, wcześniej W.X.Poznańskie, a i mieszkańcy są o tym przekonani w 100% hahahaha LOL LOL. Ale wie Pan po czym ja poznaję, że jestem w "prawdziwym" Poznańskiem? Po zieleni miejskiej, zwłaszcza tej starszej. Poznań, Gniezno, Leszno, ooo to tak... zawsze widziałem i to od razu różnicę, a między nimi podobieństwa. Mam taką koncepcję, że w Poznaniu musieli mieć w latach 60/70/80tych swojego ogrodnika miejskiego (ogrodników miejskich) który tworzył (tworzyli) gotowe zestawienia roślinne, układy gatunków (zestawy, pakiety), które potem po prostu stosowano w tych miastach. Jest coś charakterystycznego i podobnego. I bardzo różniącego się - na PLUS - od innej starej zieleni miejskiej, z innych rejonów... właściwie to nie tylko starej.
Bracia Eizykowie wybrali Kutno, bo to centrum Polski, blisko wszędzie. Ok. Pan Wituszyński mógł przyjechać w jakimś stopniu w ślad za nimi, do miejsca gdzie róże już uprawiano. Ok. Ale przecież czytam (nie mogłem się powstrzymać, że to był ogromny rozmach, w obu wypadkach! Więc chyba musiało być coś jeszcze... Gleba ?? No bo zimy, jak wiem od Pana, bywają na Mazowszu ostre.
Ciekawe w jakim stanie są teraz róże księdza Lewandowskiego...
Pozdrawiam
(Listopad 9, 2015)

Piotr Szustakiewicz: Dzielenie się pasją jest również dla mnie ciekawym i miłym doświadczeniem. A i
też może dzięki temu, zarówno poprzez moje jak i Pana wypowiedzi, ogrody i same róże gdzieś tam u kogoś prezentować się będą lepiej. Każde pisanie non-profit ma coś z misyjności, co by to i nie miało znaczyć, i tego się też trzymajmy :).
Obaj wspomniani moi krajanie, hodowcy róż, pochodzą spoza Ziemi Kutnowskiej – Aron Eizyk (1985-1979) urodził się w Golubiu Dobrzyniu, natomiast Bolesław Wituszyński (1912-1991) w Leśnikach, w powiecie otwockim. Aron Eizyk, wraz ze swoim bratem Karolem (po szkole rolniczej w Niemczech), rzeczywiście osiedlili się w Adamowicach (gmina Kutno) ze względu na bardzo dogodne komunikacyjne położenie w centrum Polski. To był rok 1912, więc i to gdzie się prowadziło interes miało ogromne znaczenie w pozyskiwaniu klientów. A ich Gospodarstwo Różane może imponować rozmachem nawet i dzisiaj. W latach tuż przed wybuchem II wojny Światowej zatrudniali ponad 100 pracowników, prowadzili praktyki dla warszawskiej SGGW, a w ofercie mieli ponad 900 odmian. No proszę mi pokazać obecnie drugą taką polską szkółkę z takim katalogiem róż...
Bolesław Wituszyński w 1937 roku dostał posadę ogrodnika w majątku Koserz (nieopodal Krośniewic, powiat kutnowski), więc i siłą rzeczy bywał klientem braci Eizyków i widział te tysiące krzewów róż rosnących wówczas na polach. To zapewne sprawiło, że po wojnie osiedlił się w Kutnie i już w latach pięćdziesiątych mówiło się o produkcji róż w jego własnej szkółce liczonej na kilka setek tysięcy krzewów rocznie. Był uznanym różanym autorytetem w Polsce, ale też cenionym i w całej Europie, zdobywcą wielu medali na krajowych i zagranicznych wystawach. Hodowca czterech odmian:
♦ "Kutno" – Polyantha/miniaturowa, sport "Margo Koster", 1965, kwiaty jasnoróżowe, półpełne.
♦ "Marylka" – nazwana imieniem córki hodowcy, róża miniaturowa, kwiaty czerwone, sport "Diorette", zarejestrowana w 1972 roku.
♦ "Kopernik" – mieszaniec herbatni o pasteloworóżowych kwiatach, wyhodowany w 1969 roku i zarejestrowany w 1977, sport "Carina", odmiana rosnąca m. in. w ogrodach papieskich w Watykanie.
♦ "Leszek" (1980), nazwana dla upamiętnienia syna hodowcy, mieszaniec herbatni znaleziony w 1980 roku, sport "Diorama". Kwiaty w niezwykłej barwie brązowo-pomarańczowej, odmiana nie została jednak zarejestrowana ze względu na bardzo niską mrozoodporność jak na grupę HT.
Róże Pana Wituszyńskiego można zobaczyć we wspomnianej już witrynie Święto Róży.

Gleby w okolicach Kutna, na właściwej Równinie Kutnowskiej, rzeczywiście należą do jednych z najżyźniejszych w kraju, ze wskaźnikiem ponad 80 procent ich wykorzystania pod uprawę. Są to czarnoziemy i gleby brunatne, gdzie doskonale plonuje pszenica, buraki cukrowe, rzepak i kukurydza. Spotyka się też dość rozległe sady owocowe. Zatem gleba sprzyjała z pewnością różanym przedsięwzięciom. Klimat ze swoim USDA jest wprawdzie surowszy niż w Zachodniej Polsce, ale z drugiej strony dużo łaskawszy niż ten po tej drugiej stronie Wisły, a tam przecież też uprawia się róże. Podobnie jak dalej jeszcze na wschód czy też na północ od naszych granic. Wszystko pozostaje kwestią wyłożonej pracy i odpowiedniego doboru odmian do uprawy. W hodowli róż jest też znacznie łatwiej ponieważ róże są na polach krótko, kopcuje się podobnie jak redli ziemniaki i nie ma potrzeby dbałości o pędy ponad kopiec. Sprzedaje się najpóźniej dwuletnie okulanty.
A jeszcze wracając do Kutna – nazywane jest Miastem Róż, ale to moim zdaniem obecnie bardziej z tradycji i pamiętania czasów Pana Eizyka i Wituszyńskiego. Wystawa róż jest tylko jedna, z okazji corocznego Święta Róży. Niestety, ono samo z roku na roku coraz głośniejsze w oprawie muzycznej i takie odpustowo-jarmarczne, gdzie króluje na Królewskiej "mydło, widły i powidło". Moim zdaniem nie służy to wcale samym różom, które tak jak i ogrody potrzebują ciszy i swoistego nastroju do ich podziwiania. Na mieście też róż jest niewiele, trochę dobrze oznaczonych rośnie przy Domu Kultury, ale to takie niezbyt fortunne założenie ogrodnicze. Wąskie rabaty w betonie, więc i jak tam też róże mają się czuć dobrze. A obok jest całkiem rozległy park i naprawdę można by znaleźć dużo lepsze ogrodowe lokacje. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby w Kutnie było tak jak się to ładnie marzyło Panu Eizykowi, a co spisała Pani Teresa Mosingiewicz – "Brat widział Erfurt, zwany Blumenstadt. On koniecznie chciał żeby Kutno tak samo zostało miastem kwiatów". Z taką też myślą w 2013 roku pojawiła się bardzo ciekawa inicjatywa, "I Ty posadź różę", która miała wnieść pewne ożywienie w upiększaniu miasta. Przez tydzień rozdawano krzewy i mógł je dostać każdy chętny. Bardzo ciekawy to pomysł i oby więcej takich.
Na stronie Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Kutnowskiej jest takie przedwojenne zdjęcie Pana Eizyka w parku Wiosny Ludów, w otoczeniu posadzonych róż. Potwierdza ono jak dzisiaj brakuje i potrzeba ludzi z prawdziwą pasją. A jeśli tylko tacy się znajdą, to ta ogólnie pojęta zieleń miejska może też zachwycać. Zapewne było też tak w tym przypadku opisywanym przez Pana – trafił się ktoś kto potrafił zaprowadzić ładne skwery, rabaty, wykorzystać starodrzew. Czasami jest łatwiej, bo zastaje się stan zadbany i tak w większości przypadków było w poniemieckich miastach. A czasami trudniej, jak też to bywało na pozostałych terenach. Tu najczęściej ostały się parki zakładane jeszcze przed wojną lub te jeszcze starsze w zespołach pałacowych. Najbardziej szkoda jednak ogrodów i parków w majątkach ziemskich, które dyrektorzy pegeerów i spółdzielni produkcyjnych karczowali do ostatniego sanacyjnego krzewu, aby tylko zwiększyć areał pod zasiew. Nie były to łatwe czasy, ale jednak z perspektywy różanej, z ludźmi nietuzinkowymi, których teraz po prostu się już nie spotyka. To nie przypadek, że nie ma już Polskiego Towarzystwa Miłośników Róż.
Czy przetrwały róże ks. Hieronima Lewandowskiego? Te o których pisze, zaprowadzane w latach pięćdziesiątych, zapewne nie. Róże nie należą do zbyt długowiecznych, zwłaszcza mieszańce herbatnie i inne róże rabatowe. Te o pokroju krzewiastym (parkowym) i pnące wraz z rozrastaniem się na własnych korzeniach (tworzeniem młodych odrostów) zwiększają znacznie swoją żywotność. To też jest kolejny aspekt przemawiający za sadzeniem krzewów na wspomnianej głębokości 10 cm. Korzystając z Google Earth obejrzałem sobie kościół Św. Wojciecha, w parafii którego ks. Lewandowski był proboszczem do 1980 roku, kiedy to przeszedł na emeryturę (dane za Wikipedią), ale nie udało mi się wypatrzeć żadnego krzewu róży. Może uchowały się na terenie zabudowań parafialnych (nr 19/20), które to od ulicy Świętego Wojciecha odgrodzone są wysokim murem? Patrząc ponad brązową bramą (z lewej strony wiekowa brzoza) w głębi można zauważyć wysokie kraty, które mogą jeszcze służyć różom pnącym. Czas wykonania zdjęć przez Google Earth jest majowy (kwitnie potężny kasztanowiec), więc i to też nie pora jeszcze na róże. Trzeba by relacji bezpośredniej z tego miejsca, aby co i więcej powiedzieć w tej kwestii.
Pozdrawiam
(Listopad 15, 2015)



Marek Moch:
No więc jestem dumnym posiadaczem Róż w ogródku Wiznera (wydania 63 i 66), Róż w gruncie Wiznera (wydanie 79), Róż pod szkłem Wiznera i Dziomdziory (wydanie 70), Róż Oszkinis i Z. Mazurkiewicz(a?) (wydanie 57), Róż na działce Grąbczewskiej (wydanie 86) i Poradnika dla miłośników róż Augustynowicza i Gładysza (Róże, wydanie 67, na zlecenie Towarzystwa Miłośników Ogrodnictwa z Tarnowa). Mam co czytać, tylko muszę jeszcze znaleźć czas LOL. W tym ostatnim, na końcu są reklamy firm państwowych, spółdzielczych i prywatnych - kilkanaście stron, róże, środki ochrony i nawozy, meble ogrodowe etc. Na ostatniej stronie reklam są jedynie dwie reklamy : B-cia K. i A. Eizyk Kutno rok założenia 1912 i Bolesław Wituszyński z Kutna. Ależ oni musieli mieć faktycznie pozycję, że umieszczono ich reklamy w taki sposób i w takim miejscu, tak oddzielnie. Jak przegląda się książkę to takie dokładnie jest wrażenie. Podium dla mistrzów jest na końcu reklam. Moim zdaniem to było zamierzone. Agnieszka Arnold, która zrobiła film "Kutno. Róże Arona" mówiła w jednym z wywiadów, że Pan Eizyk, którego znała będąc dzieckiem, kojarzył się jej nie tylko z czarodziejem, ale i z Babcią (wszystkim co dobre), bo w katalogach firmy, które oglądała, tak była ona skrótowo oznaczana - B-cia, co ona jako dziecko odczytywała Babcia. I zgadza się, tutaj też - B-cia K. i A. Eizyk !
Pisze Pan "Te o pokroju krzewiastym (parkowym) i pnące wraz z rozrastaniem się na własnych korzeniach (tworzeniem młodych odrostów) zwiększają znacznie swoją żywotność. To też jest kolejny aspekt przemawiający za sadzeniem krzewów na wspomnianej głębokości 10 cm." I to wszystko faktycznie układa się w logiczną całość. Pan Sołtys na swojej stronie we wpisie o Różach Alba, pisze że w Kornwalii, zachodniej Anglii czy w północnej Francji, nad Kanałem La Manche, spotyka się stare okazy alba, często z nasadzeń sprzed stu czy więcej lat... które nadal żyją i mają się dobrze. A o tym, że róże "na własnych korzeniach" żyją dłużej też już czytałem i gdzie indziej.
Pozwoliłem sobie zrobić jeszcze jeden mały wpis-pytanie. Czy ma Pan jakieś doświadczenia z tzw. EM - efektywnymi mikroorganizmami? Trafiłem na kilka stron i filmów w internecie. A znajomy sprzedawca ze sklepu ogrodniczego latem tego roku też mi je (entuzjastycznie) polecał - wraz z stojącą obok klientką równie entuzjastyczną. Wydaje się to zachęcające. Ale po moich "średnich" doświadczeniach z mączką granitową pod rododendronami jestem ostrożniejszy...
Pozdrawiam i dziękuję za porcję b. ciekawych informacji o PP. Eizyku i Wituszyńskim i o Kutnie.
(Listopad 24, 2015)

Piotr Szustakiewicz: Zgromadził Pan sobie bardzo interesującą lekturę na długie zimowe wieczory :). Nie wszystkie czytałem, więc i jeśli tylko co frapującego zwróci Pana uwagę, to proszę tu wstawiać w formie wypowiedzi czy też zdjęcia – będzie do przeczytania/zobaczenia też dla innych. Taką perełką jest też ta wspomniana przez Pana anegdota różana z B-ciami Eizyk, opowiedziana przez Agnieszkę Arnold (II reżyser "Misia" Barei) w wywiadzie "Grabarka Rzeczypospolitej" (Wysokie Obcasy, Gazeta Wyborcza)... "Moja mama miała w Kutnie znajomego, jeszcze sprzed wojny. Nazywał się Aron Eizyk i hodował róże. Uwielbiał też ptaki i nosił przy sobie okruchy, którymi je karmił. Pamiętam taką wizję: moja mama rozmawia z czarnowłosym panem, do którego zlatują się ptaki, siadają mu na ramionach, drepcą koło niego. Było dla mnie absolutnie jasne, że to magik. Co więcej, on tę wizję we mnie podtrzymywał. Pamiętam, jak kiedyś go odwiedziliśmy w jego hodowli, szliśmy przez zagony róż i on się nagle odwrócił i wręczył mi bukiecik, gdzie jedna róża była czarna, jedna niebieska i jedna zielona. Miałam ze trzy lata, nie wiedziałam, że takie kwiaty w ogóle istnieją. To były dla mnie czary. "Róże Arona", cała jedna część "Kutna" opowiada o nim".
"Kutno" to dokument filmowy składający się z pięciu części, opowiadający historię społeczności żydowskiej w tym mieście. Nie widziałem całości, jak i "Róż Arona", no nie złożyło się jakoś. Muszę przypilnować programu Święta Róż, w którym co kilka lat jest jego pokaz w Domu Kultury.
Inną ciekawą sprawą są też reklamy w tych starych wydawnictwach, sam nosiłem się też z zamysłem, aby właśnie te dwie tutaj zamieścić, ale dobrze się stało, że Pan mnie w tym ubiegł :). Jak wspominałem w poprzednim swoim wpisie, te dwie firmy hodujące róże to były rzeczywiście bardzo duże przedsięwzięcia ogrodnicze.
Niestety z efektywnymi mikroorganizmami doświadczeń nie mam żadnych, ale ich udział w ogólnie pojętym procesie odnowy i regeneracji roślin jest tak duży, że warto sobie o tym poczytać i poeksperymentować w swoim ogrodzie. Wszystkie elementy technologii EM występują w naturze, sztuką jest "tylko" opracowywanie takich ich kombinacji, które by posiadały zdolności w zakresie wspomagania, odtwarzania oraz ochrony roślin.
Pozdrawiam :)
(Listopad 28, 2015)

Marek Moch:
Trochę z innej beczki. W opisach już kilku róż (ostatnia, i to przed chwilą, stąd wpis na gorąco, była Variegata di Bologna, na stronie p. Sołtysa) dostrzegłem sformułowanie i ono mnie nadal uderza, za każdym razem - lubi dobre gleby, bo na gorszych cierpi na czarną plamistość. Zawsze myślałem że to kwestia odmiany- mniejsza odporność. Może też, ale jak widać nie tylko. Również gleby. A w ogóle to myślałem sobie, jest tak, że w powietrzu fruwa pełno zarazków, grzybów itd i musimy się z tym pogodzić, że krzewy będą je łapać. Ot i taka jest "uroda" róż. A tu proszę... jeśli gleba jest dobra, to roślina nie daje się chorobom, nie ruszają jej !! jeśli posadzona w złym miejscu, to będziemy mieli problemy np. czarne plamy, a potem gołe gałęzie... Jak ważne jest dobre posadzenie. I chemia jest niepotrzebna. I to się zgadza z tym co widzę u Pana, bo pierwsze co mnie uderzało (znowu to uderzenie, ale to było silne wrażenie, od razu) to liście. Nie kwiaty, ale liście. ZDROWE. Aż to zdrowie się czuło przez monitor. A wspominał Pan kilka razy, że chemia u Pana to tylko wtedy gdy nie ma innego wyjścia, i raczej mało.
Gdy "robiłem" podłoże pod moje róże, to w pewnej chwili trochę "zwątpiłem" czy nie za dużo daję gliny [5 części ziemi, 5 części gliny, 1 część obornika, 1 część piasku], ale teraz myślę że można było dać nawet więcej, inna sprawa że była to ciężka robota- zdobycie, dowiezienie, rozbijanie, rozkruszanie itd uuuffff. Gdy porównuję na zdjęciach kolor gleby (oraz jej "fakturę") u Pana i kolor gleby w ogródku, gdzie ratował Pan zbyt płytko posadzone róże Mary Rose, to wydaje mi się że Pan ma więcej gliny niż oni. I może też dlatego u nich liście miały trochę czarnych plam, a u Pana były jak pisałem niesamowicie zdrowe...
Pozdrawiam
(Listopad 29, 2015)

Piotr Szustakiewicz: Uważam, że sama gleba w moim ogrodzie jest jednak zbyt gliniasta dla róż i stąd te prace przy przygotowaniu stanowisk, a w tym rozluźnianie zbitej struktury i napowietrzanie. Niemniej róże gliny potrzebują do wzrostu, w odpowiedniej proporcji tak jak Pan o tym pisze. Ja zawsze mam bardzo dobre zdanie o różach lub co najmniej dobre. Nie zdarza mi się narzekać na podatność na choroby czy niską mrozoodporność. Dla mnie nie ma złych odmian. Wszystkie różane pretensje, które słyszę lub czytam, biorą się z nieodpowiedniego róż prowadzenia. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele, jak pisałem o tym we wcześniejszych postach, ale jeszcze odniosę się do jednej z tych kwestii. Ja róż mam w ogrodzie tyle, iloma to jestem w chwili obecnej się zająć, które mogą właściwie dopatrzeć. Stąd też prezentują się ładnie i zadbanie przez cały rok. Miejsca w ogrodzie mam na dwa razy więcej, ale wiem, że obecnie nie byłbym w stanie poświęcić odpowiedniej im ilości czasu. Stąd potrzeba wyboru tych najbardziej reprezentatywnych i w różany sposób ciekawych, a przy tym też dobranych odpowiednio do warunków klimatycznych i glebowych. Choć te ostanie możemy zaprowadzić jakie chcemy, a oddziaływanie klimatu w znaczny sposób zniwelować przez okrywanie. Wiele jest kwestią pracy, ale też pamiętajmy o słowach wieszcza Adama – "mierz siły na zamiary". Dobrze też przełożyć sobie na ogród i róże, fredrowskie "znaj proporcjum" :). Zatem na pytanie, ile to róż można mieć w ogrodzie, ja mam odpowiedź - dokładnie tyle, iloma możemy się należycie zająć.
"Variegata Di Bologna"  (Bourbon, Lodi/Bonfiglioli, Włochy, 1909) jest z jesieni 2013 i dopiero buduje pokrój krzewu. Liście są bardzo delikatniej substancji i gdzie im tam do skórzastości HT. Reagują też bardzo szybko na wszelkie niedobory składników mineralnych. Jeśli przypatrzeć się mojej róży i zdjęciu numer 2 to widać tam drobne jasnozielone przebarwienia spowodowane moim zdaniem brakiem cynku, minerału generalnie odpowiedzialnego też u róż za jakość kwitnienia. Zobaczę jak będzie w przyszłym roku, czy trzeba będzie stanowisko zasilić tym składnikiem. Ale jeśli nawet w następnych latach zapadać będzie bardziej na czarną plamistość, to będzie to tylko moja wina, a nie róży oczywiście :). Jest też tak, że odporność na choroby liści poszczególnych grup i samych odmian jest różna, niemniej ogrodnika sprawą jest znać swoje róże i zapewniać jak najlepsze warunki uprawy. To pierwszy sezon róż u Pana, więc i ta odporność własna jest też jeszcze niska, w kolejnych sezonach będzie na pewno coraz lepiej, biorąc pod uwagę jakość przygotowanej gleby w Pana ogrodzie.
Pozdrawiam
(Grudzień 5, 2015)

Marek Moch: Dziękuję za odpowiedź. Uspokoił mnie Pan, a jednocześnie kolejny raz przypomniał - Nic na skróty. Róże wymagają, podobnie jak inne rośliny, stałej, bieżącej troski, nie da się zrobić tego "na zapas", "z naddatkiem". To co Pan pisze zgadza się też z tym co czytam w internecie, tzn. wpisy różnych osób dotyczące tych samych odmian, jedni narzekają, a inni w ogóle. Np. p. W. Gubała, której wpisy z portalu p. Sołtysa zawsze mnie zachwycają. Gdy inni narzekają na słaby wzrost, czy choroby, p. Gubała pisze rzeczy w stylu: nie choruje, sprawia się świetnie, czytałam że ma mieć 1,2 m a u mnie ma po 2 latach 1,4, co będzie dalej. Słowem- jak ważna jest odpowiednia piecza. Pozdrawiam serdecznie ps. u mnie nic rzecz jasna nie kwitnie, ale nadal mają liście, część zielone - Ispahan, część jest w kolorach jesiennych, najmniej ma Charles de Mills, ale zanim spadły były przepięknie ciemno czerwone, purpurowe, gdy np. Felicite Parmentier ma śliczną żółć. ps.2. bardzo mądre słowa o ilości róż ps. 3. Niesamowita ta V.diB. ... ale patrz ps.2. )
Pozdrawiam
(Grudzień 8, 2015)



Piotr Szustakiewicz: Grono ludzi patrzących bardzo życzliwie na róże jest naprawdę całkiem spore i myślę, że znacznie liczniejsze niż tych psioczących :). Mam też taką obserwację z wizyt na forach i w witrynach ogrodowych, że o swoich różach najczęściej mówi się w samych superlatywach, natomiast w odniesieniu do róż których się nie ma, to krytyka przychodzi łatwo. Ja opisuję tutaj wprawdzie tylko mój różany inwentarz, ale też jestem jak najlepszego zdania o wszystkich, w tym też takich znanych mi tylko z czytania i fotografii. Jednakże też widzę, kiedy róże są zaniedbane, prowadzone bylejak. Czasami aż trudno zdzierżyć, kiedy to widzi się taki opłakany stan rzeczy :).
To prawda, liście róż potrafią się mienić kolorami jesieni niczym klony czy oczary. Najładniej wybarwiają się naturalne, one też wyróżniają się w ilościach owoców pozostających na krzewach aż po styczeń i później. Niemniej, warto nie ciąć kwiatostanów już od początku września i też w innych grupach. Zawiązywanie nasion poza gatunkami dziko rosnącymi nigdy nie jest do końca przewidywalne i może przytrafić się każdej z odmian. Przykład z mojego ogrodu i zupełnie koralowa "Nuits de Young" (Jean Laffay, Francja, 1845) – ostatnia dekada października 2015 roku, a w owocach była już od połowy września...

 Bardzo ciekawym projektem jest Instytut Polska Róża, b
o i owoce róż poza swoistym pięknem posiadają doskonałe walory odżywcze. Sama uprawa Rosa rugosa jest całkowicie bezproblematyczna, wystarczy znaleźć miejsce w ogrodzie 2m x 2m i już w pierwszych latach zbierać płatki na konfitury, a owoce na przetwory i syropy.
Pozdrawiam
(Grudzień 14, 2015)

Marek Moch: Niesamowita ta Nuits de Young!! Ja mam mchową Blanche Moreau, kto wie może w przyszłości i jej zdarzą się tak piękne "mchowe" owoce. Co do R. rugosa, to przyznam się, że niedawno "poprztykałem" się z lekka z jednym guru internetowym, zwracając mu uwagę że - przynajmniej z jej "wersją podstawową" - trzeba uważać, bo bywa ekspansywna, a nie jest gatunkiem rodzimym. I nie rozmnaża się tylko przez nasiona, ale i przez odrosty. Ostatnio zauważyłem jej renesans w zieleni miejskiej. Moim zdaniem za tym może pójść fala w ogrodach prywatnych.. bo faktycznie jest ciekawa i odporna.. noo byle z głową. Co do R. canina (r. psiej) - jestem za w 100%. Nasz polski gatunek rodzimy, przy tym odporna, piękna, ma owoce etc. Podobnie jak R. rubiginosa (r. rdzawa). Ta ponoć ma nawet pachnące po roztarciu liście. Niedawno przechodziłem, po kilku latach przerwy, przez jedno z osiedli bloków w moim mieście, gdzie kiedyś mieszkałem i dostrzegłem jak bardzo rozrosła się właśnie R. canina, rosnąca tam. Przepiękna.

Jeśli zaś chodzi o rosa rugosa (róża pomarszczona), to np. na stronie szkółki róż z Radlińca k. Jarocina (szkółka p. Choduna) przy rosa rugosa Hansa jest wpis, że "róże z grupy Rosa rugosa powinny być szeroko stosowane, gdyż odznaczają się wieloma wartościowymi cechami (np. duża mrozoodporność, silny zapach, odporność na choroby, powtarzanie kwitnienia)". I to wszystko się zgadza! Ja mam zawsze tylko obawy, czy nie jest zbyt duże ryzyko, że rugosa wymknie się spod kontroli. A nie jest to gatunek rodzimy i rozmnaża się przez nasiona i odrosty korzeniowe. Gdzieś wyczytałem, że nawet z kawałka korzenia pozostawionego w ziemi roślina może ponownie odbić. Oczywiście najgorzej jest na wydmach, gdzie zasolenie sprawia, że inne gatunki nie są w stanie temperować jej zapędów, przy tym jej zasolenie nie przeszkadza. Wiem, że uprawia Pan i rugosy, co Pan o tym sądzi. O jej ekspansywności. Może przesadzam z tymi obawami. Oczywiście nie jestem przeciwnikiem jej uprawy!, faktycznie jest świetnym krzewem- ale przecież nie wszyscy są odpowiedzialni tak jak Pan. Zastanawia mnie też, czemu w pewnym momencie "zniknęła". Są na niektórych osiedlach bloków z lat pewnie 70/80 tych jej nasadzenia, na pewno to ona - liście i owoce pozwalają ją odróżnić, a potem już nie. Potem już jej nie sadzono. Czy chodziło tylko o modę? Tak jak napisałem teraz wraca, np. widziałem ją już parę razu na rondach, w środku. Pozdrawiam
(Grudzień 18, 2015)

Piotr Szustakiewicz: O ile przypatrując się poszczególnym różom można doszukać się podobnych im cech, to w przypadku "Nuits de Young" (Moss, Laffay, Francja, 1845) drugiej takiej nie znajdziemy. W kwiatach jest najciemniejszą i najmniejszą wśród wszystkich mchowych, a te jak wiadomo są same w sobie również niepowtarzalne. Ciekawa jest też w swojej nazwie, którą to zawdzięcza Edwardowi Young (1683-1763). To angielski poeta piszący bardzo sentymentalnie o życiu, śmierci i nieśmiertelności. Jego wiersze utrzymane są w bardzo tajemniczym i mrocznym nastroju. Taki jest też poemat Night Thoughts on Life (Nocne rozważania nad życiem), bardzo popularny w francuskim przekładzie, a znanym też jako Nuits de Young (Noce Younga). Kiedy się widzi bardzo ciemnej purpury kwiaty, prawie czarne w odcieniach, to nietrudno zrozumieć Laffay'a, kiedy to przyszło mu nazwać różę – jest jak poezja Younga. Tak piszę o tym, bo wzrost popularności róży w Polsce ma też swoje literackie konotacje, a to za sprawą Małgorzaty Musierowicz i książki "Sprężyna". Rola jaką odgrywa tam "Nuits de Young" jest całkiem znacz
ąca i każdy kto czytał na pewno o tej róży będzie już pamiętał. Pisała też o niej Agnieszka Osiecka w swoim "Czytaniu o różach"... A czy słyszałeś o czarnobłękitnej róży imieniem Black Boy (Czarny Chłopiec)? / Jego (jej?) ojcem była róża Nuits de Young, zwana przez Amerykanów Old Black / Jego matka była różą Words Fair... Poza samą treścią wiersza, a w pisaniu też o "Souvenir de la Malmaison" czy hodowcy Pietro Dot, widać u Agnieszki Osieckiej również nietuzinkową znajomość róż i historii ich pochodzenia.
Same róże mchowe nietrudno darzyć szczególnym sentymentem, zachwycić może każdy ich detal w każdej porze roku. Kolejny przykład wspaniałych kolorów w owocach "Henri Martin" (Moss, Laffay, 1862)...

W gatunku, Rosa rugosa jest ekspansywna zwłaszcza na glebach żyznych. Na mniej zasobnych czy wręcz ubogich, to rozrastanie jest znacznie ograniczone. Podobnie też wpływają inne warunki, np. nasadzenia na skarpach gdzie trudno o wodę. Ale nawet i tutaj róża daje sobie radę. Do ogrodów mniejszych i nasadzeń pojedynczych zaleca się mieszańce róży pomarszczonej (Hybrid Rugosa), które rosną już nie tak silnie i nawet po kilkunastu latach nie są uciążliwe w uprawie. Wybór odmian jest bardzo duży – począwszy od "Hansa" o pokroju 2m x 1.5 m, po kompaktową "Moje Hammaberg" o wymiarach 1m x 1.25 m. Jeśli tylko chce się uprawiać ten gatunek to naprawdę można coś znaleźć prawie do każdego ogrodu. Wiele z odmian jest wiekowych, z pochodzeniem sprzed 1915 roku i zaliczanych do Heritage Roses. Ja obsadzam różami naturalnymi granice sadu, nie tworzę żywopłotu a łączę z innymi krzewami owocowymi. Im bardziej naturalne to będą stanowiska tym lepiej.
Wie Pan, na naszych rodzimych forach internetowych ogrodowych prezentowanie własnego zdania, które to pozostaje w sprzeczności z tym co mają do powiedzenia administratorzy czy moderatorzy, to zawsze jest pewne ryzyko :). Jest jakaś taka dziwna maniera odbierania tego jako zagrożenia dla ich pozycji i raczej rzadko spotyka się takich, którzy mają do tego dystans i przyjmują to dobrze. Mam za sobą kilka takich sytuacji i nie najlepsze doświadczenia z tym związane, łącznie z zablokowaniem konta :), ale z kolei mój dystans do mojej wiedzy jest wystarczająco duży, aby i tego nie brać do głowy. Jak mawia klasyk - róbmy swoje :). Ja więcej bywam na forach angielskojęzycznych, bo tam odmienność poglądów jest zawsze mile widziana, odbierana bardzo pozytywnie jako ta wnosząca ożywienie do dyskusji i jak ktoś wie coś więcej, to nie traktuje się też tego jako wymądrzania.
Ja widzę pewien problem z przemyślanymi nasadzeniami róż w naszym kraju, z prowadzeniem polityki ogrodniczej w ich propagowaniu jako odrębnego rodzaju roślin, bo i przecież tak jest. Bierze się to moim zdaniem stąd, że nie kształci się obecnie specjalistów-ogrodników na tym kierunku w naszych uczelniach, jak i w szkołac
h zawodowych. Kiedyś ta edukacja ogrodnicza była staranniejsza i znacznie też trudniej zdobywało się zawodowe szlify ogrodnicze, uzyskiwało uprawnienia począwszy od tych najniższych po mistrzowskie do wykonywania zawodu. To jak to z tym było chciałbym przedstawić poprzez pewien motyw różany wypatrzony przeze mnie w serialu "Droga", z 1973 roku, w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego. Wiesław Gołas gra tam rolę kierowcy i w jednym z odcinków pod jego opiekę zostaje oddana młoda dziewczyna z prowincji, córka przyjaciela, która jest dopiero co po szkole średniej i ma zdawać do chóru Zespołu Mazowsze, bo i uważa się już za solistkę. Na egzaminie idzie jej bardzo ciężko i w końcu zniecierpliwiony już egzaminator pyta, "jaką to pani kończyła szkołę?". Ona odpowiada, że technikum ogrodnicze. Ten ożywia się i mówi, że to wspaniale i aby powiedziała, kiedy należy szczepić róże "Morning Star". Dziewczyna niebyt wcześniej mająca za wiele do powiedzenia w kwestiach muzycznych, tu recytuje jednym tchem i bez zająknięcia – najlepiej właśnie teraz, bo najlepiej się przyjmują i tylko trzeba pamiętać, aby zrazy nie były zarażone. Nie było to pytanie egzaminacyjne, zasiadające w komisji małżeństwo miało po prostu własny ogród, jednakże bardzo trudne. To róża ze Stanów Zjednoczonych (Floribunda, Marsch, 1959) i nie często spotykana w uprawie w Europie. Pewnie przywieziona z amerykańskiego tournee Mazowsza :). Oczywiście to fabuła, a nie dokument i w kategoriach anegdoty ja tak o tym. Ale pewien stan rzeczy opisuje. Tak bywając od ponad piętnastu lat w różnych szkółkach, kiedy tylko spotykam ogrodnika starej daty, to zawsze mam z nim o czym porozmawiać . Natomiast z tymi młodszymi to już najczęściej nie bardzo jest ogrodniczo o czym. Zazwyczaj widzę zdziwienie jak o coś pytam o róże i w najlepszym przypadku słyszę, że muszą iść i sprawdzić sobie co tam w katalogu pisze. Niestety, ogrodnicy starej daty się wykruszają, zarówno z zawodu jak i najnormalniej z życia. Coraz bardziej nie ma kogo zapytać o "Morning Star".
Mam takie wrażenie, że na gorsze wszystko zmieniło się wraz z odejściem pokolenia Polskiego Towarzystwa Miłośników Róż. To była bardzo prężna i solidna organizacja, czwarta w Europie (po Anglii, Francji i NRF). Poza Zarządem Głównym zajmującym się m.in. organizowaniem wystaw o charakterze międzynarodowym i sympozjami naukowymi, było również kilkanaście oddziałów w całym kraju. Te organizowały liczne pokazy szkoleniowe, prelekcje (jak można przeczytać, bogato ilustrowane przezroczami :), wystawy regionalne róż ciętych i zakładały ogrody różane. I pomyśleć, że wszyscy tam pracowali bezinteresownie.
Nie ma już takich przedsięwzięć, bo i chyba nie ma komu to robić. W PTMR byli wykładowcy akademiccy, autorzy książek i znani hodowcy. To były niekwestionowane autorytety ogrodnicze, siła sprawcza i kierującą pracami towarzystwa. Kiedy tak widzę towarzystwa rosarian w innych krajach, to i najnormalniej mi brak podobnej instytucji w Polsce. Tym bardziej, że mamy tak prześwietne tradycje.
Pozdrawiam już świątecznie :)
(Grudzień 23, 2015)

Marek Moch:
Witam i również pozdrawiam. Tak właśnie myślałem, że mieszańce, jak to mieszańce, są mniej ekspansywne, zachowując wszystkie zalety gatunku podstawowego. Może z czasem dojdzie do stworzenia/odtworzenia stowarzyszeń rosarian - do tej chwili trzeba robić swoje, tak jak Pan, zakładając tę stronę. Ludzie szukają wiedzy, problem tkwi w nadmiarze informacji w internecie i wymieszaniu dobrego i złego. Trzeba się namęczyć, nie wiadomo też komu ufać. Sam Pan wie, jak ja miałem wątpliwości dot. głębokości sadzenia. A ta wiedza o glinie.. też musiałem się naszukać, aby wreszcie trafić na informacje. Konkretne. Raz jeszcze pozdrawiam.
ps. Nie mogę się już doczekać wiosny.
(Grudzień 24, 2015)



Marek Moch: Wyjątkowo ciepła zima w tym roku. Przynajmniej tutaj u mnie, w południowej Wielkopolsce. Czytam dostępne w necie amerykańskie prognozy długoterminowe. Wynika z nich, że poza kilkoma dniami na przełomie roku bieżącego i nadchodzącego, tak będzie już do jej końca. Co mnie cieszy Oczywiście jestem przygotowany do kopczykowania i owijania agro-włókniną. Na razie się z tym wstrzymałem - ciepło. Blanche Moreau, a zwłaszcza Comte de Chambord i Rose de Resht (no i rzecz jasna Ispahany) mają jeszcze zielone liście. Charles de Mills już bezlistny, a Felicte Parmentier ma jeszcze trochę, ale częściowo pożółkłych. Wczoraj dostrzegłem na Ispahanach nabrzmiewające pąki liścienne, nawet w kierunku rozwijania. Na innych też, ale mniejsze, tylko nabrzmiałe. Grudzień ...
(Grudzień 28, 2015)

Piotr Szustakiewicz: Mrozoodporność dla poszczególnych gatunków i odmian, jakie znajdujemy w encyklopediach i katalogach hodowców, jest tą podawaną dla róż dorosłych, najczęściej pięcioletnich, o znacznym stopniu zdrewnienia pędów i bardzo dobrze rozwiniętym systemie korzeniowym. Im krzewy młodsze tym bardziej są podatne na przemarzanie, a już szczególnie należy je zabezpieczać w okresie pierwszej zimy po posadzeniu, kiedy to są słabo ukorzenione, a pędy jeszcze w części zielne. Spadki temperatury już do -10 °C mogą być dla nich zabójcze.
Potęgują to też jeszcze wcześniejsze wysokie temperatury w grudniu i styczniu, jak w tym roku do + 15 °C, które zderzają wegetację (ta ruszyła) z barierą mrozu, bo najprawdopodobniej będzie do -12 °C i niżej. To co się dzieje jest bardzo podobne do czasu Zimnych Ogrodników w maju, poza tym że nie ma jeszcze pąków kwiatowych, ale jeśli znowu przyjdzie w styczniu fala ciepła to na początek lutego możemy je mieć. W miarę do przyjęcia stanem rzeczy, dla ogrodów i róż, byłoby gdyby to wszystko odbywało się w sposób łagodny, czyli z temperaturami nieznacznie powyżej i poniżej 0 °C aż do połowy marca, tak jak to się zdarzało od czasu do czasu. A tu kolejny rok będziemy mieć różnice rzędu 30 stopni na przestrzeni kilku dni i mnie taki stan rzeczy coraz bardziej niepokoi. A już kiedy widzę tych naszych dyżurnych prezenterów-synoptyków dowcipkujących sobie z takiego stanu rzeczy, podobnie robili to w czasie tegorocznej suszy nakręcając spiralę oczekiwania na rekord ciepła, to coś mnie i trafia. Sama susza i bardzo niski stan wód gruntowych, to też był skutek poprzedniej łagodnej zimy i braku opadów śniegu. Nie ma żadnych korzyści z ocieplenia globalnego, z tego co się dzieje obecnie z naszym klimatem. Aby to zatrzymać potrzebna jest świadomość takiego stanu rzeczy, a ta i w tym kraju i na świecie jest wciąż znikoma.
Ja zakopcowałem w ostatnich dniach wszystkie moje róże, a te na rabatach z innymi roślinami obsypałem kopczykami z kory. Nie bardzo wiadomo co po tych mroźnych dniach (które skują wilgotną glebę) przyjdzie i czy przed kolejną falą mrozu ziemia znowu rozmarznie. Starsze róże dadzą sobie radę z -12 °C, ale ja już z taką glebą nie i nie będę jej mógł wykorzystać do kopcowania. Jeśli róż w ogrodzie niewiele, to oczywiście można stosować prowizoryczne osłony z agrowłókniny na mroźne dni (obsypywane korą, okładane liśćmi czy igliwiem) i potem przed ociepleniem je zdejmować.
Pozdrawiam
(Grudzień 29, 2015)

Marek Moch:
Hmm czyli jednak powinienem dziś lub jutro zakopcować róże na Rabacie 5 Róż a Ispahany okryć agrowłókniną... Dziś u mnie było ok. minus 4- 5 stopni, ale pojutrze ma być minus 7-8 a potem przez kilka dni w granicach minus 10. W związku z głębokim wkopaniem, gdy dam jeszcze kopczyki ziemne po 30 cm, to róże na Rabacie będą właściwie niewidoczne, wystawać będzie po kilka centymetrów górnych gałązek. Ispahany z przodu są wokół obsypane keramzytem, stąd tam nie będzie ziemnych kopców, ale zrobiłem nad nimi jakiś czas temu coś w rodzaju ażurowej piramidy egipskiej z czterech patyków bambusowych, wbitych w ziemię i związanych w środku razem sznurkiem. Na to nałożę warstwę agrowłókniny, którą na dole "przymocuję" cegłami, a do środka włożę też "do pełna" agrowłókninę, tworząc agrowłókninowo piramidowy chochoł. To je zabezpieczy prawda??? Gdy w styczniu czy lutym będą okresy dodatnich temperatur - wtedy mimo to nie ruszać nic, prawda? A co do suszy - z prognoz wynika, że zimą i wiosną ma być dużo opadów... też wiem co znaczy sucha, bezśnieżna zima...
Względnie może zrobię tak - skoro ochłodzenie jest podobno maksymalnie do nast. czwartku, potem znowu temperatury będą dodatnie (nawet do 10 stopni) - że okryję je wszystkie warstwą agrowłókniny, którą potem zdejmę. Przepraszam, że tak dopytuję, mimo że Pana wpis jest jasny, ale jak to nowicjusz ... wiadomo ... trochę się trzęsę .. brak doświadczenia, które jest bezcenne. Pozdrawiam
ps. no bo co będzie, gdy przyjdzie długi ciepły styczeń i luty... czy wtedy kopczyki należy rozgarniać a agrowłókninę zdejmować?
(Grudzień 30, 2015)

Piotr Szustakiewicz: Chochoły dla róż z agrowłókniny, okrywające od podstawy, zdają egzamin dla temperatur do -12°C, poniżej tego zaleca się kopcowanie ziemią. Tu ponawiam uwagę, że już przy takich mrozach obsypywanie ziemią jest prawie niemożliwe i
trzeba to robić wcześniej. Przy normalnym wchodzeniu róż w sezon zimowy, jak bywało to jeszcze dziesięć lat temu, wszystko miało swój czas. Natomiast ostatnie pięć lat to huśtawka temperatur, która ogrodom i różom nie służy, a ogrodników przyprawia o ból głowy :). Trzeba to wszystko sobie kalkulować patrząc co tam mamy za oknem, pilnować aby nie przegapić okrywania i aby też nie zrobić tego za wcześnie. Podobnie mają się sprawy z odkrywaniem, kiedyś robiło się to z wiosną kalendarzową, a teraz taka potrzeba może się zdarzyć już z końcem lutego. Wszystko zależy kiedy ta wiosna przyjdzie na stałe, z dodatnimi temperaturami w ciągu dnia i nocami w granicach O °C. Ja odkrywam jak taki stan utrzymuje się już od tygodnia i takie są prognozy na czas nadchodzący. Pyta Pan, a co z ciepłym już całym styczniem i lutym? Ja co roku kopcuję róże, mimo że pora tej czynności jest ostatnio bardzo różna to jednak nie było takiego roku abym to całkowicie odpuścił. W lutym zawsze przychodziło ochłodzenie, na krócej lub dłużej, ale zawsze było i kopcowanie było potrzebne. Jak będzie w tym roku to trudno mi przewidzieć. Stan mam teraz taki, że róże są w kopcach i nie zdecyduję się na ich usunięcie nawet jak w styczniu będą cały czas dodatnie temperatury. Moim zdaniem, aby to zaszkodziło krzewom to musiałyby być temperatury znacznie powyżej +15 °C. Jest też tak, że dzieją się rzeczy niepokojące z naszym klimatem i myślę, że warunki uprawy wielu roślin w Polsce będą w kolejnych latach  pisane na nowo. Dotyczyć to będzie zarówno łagodnej zimy, jak i upalnego lat
Co do agrowłókniny, to do budowy oczyszczalni ekologicznej trafiła mi się taka o gramaturze 100g/m² (1m² waży 100g), została jedna bela i ta jest idealna do róż, a i służy mi już z siedem lat. Na tyle gruba, że nie rwie się na kolcach krzewów i rzeczywiście chroni już przy dwóch warstwach otuliny. Dobra jest też ta 80g/m² i można jej śmiało używać, natomiast 50g/m² jest do róż za słaba. Oczywiście powyższe dotyczy już okrywania pędów starszych krzewów, na potrzeby jednorocznych nadaje się każda, pamiętamy tylko o odpowiedniej ilości warstw.
Ja okrywam młode krzewy, których pędy są jeszcze bardzo wiotkie, przez owijanie agrowłókniny wokół osi krzewu. Jest to proste i równomiernie też tak układa się materiał. Dla wzmocnienia chochoła wbijam przy krzewie palik (może być bambusowy) i owijam pędy razem z nim. Całość jest kształtu wrzeciona, stanowi stabilną i szczelną termicznie konstrukcję, ale też wewnątrz tworzy się swego rodzaju poduszka powietrzna. U góry jest zakładka/komin, który możemy zamykać lub otwierać w zależności od temperatur i przy wyższych zapewnić cyrkulację nagrzanego powietrza. Zdjęcie takiego prostego chochoła z agrowłókniny 100g/m²...

Pozdrawiam
(Grudzień 30, 2015)

Marek Moch: Witam w 2016 roku. Świetny pomysł z chochołem. Zgrabnie wygląda, a to związanie na górze, które można rozwiązać - super pomysł. Myślałem aby tak zrobić - bo już wcześniej pisał Pan o tym - ale bałem się uszkodzić korzenie przy wbijaniu słupka/kijka blisko krzewów. Stąd zrobiłem tę piramidę przy Ispahanach. Użyłem agrowłókniny o gramaturze 50 - nie zdawałem sobie sprawy, że mogą być o różnych gramaturach (!), nie mam roślin które muszę okrywać -poza różami obecnie, poprosiłem w sklepie ogrodniczym o agrowłókninę zimową i taką mi sprzedali. Ot znowu brak wiedzy . Gdy napisał Pan o gramaturze - dopiero wtedy skojarzyłem cyfrę 50 z opakowania, z gramaturą. Użyłem jednak dwie warstwy i na to jeszcze jedną warstwę - co daje 150, sądzę że to wystarczy (pisze Pan, że 80 też jest dobra, x2=160, tu mam 50x3=150). Czy przy większych różach - dwuletnich i starszych używa Pan też tego pomysłu z kijem (musiałby być większy), czy też krzew jest już sam w sobie na tyle sztywny, że po prostu okrywa Pan go agrowłókniną? Na Rabacie 5 Róż też dałem 3 (2 i 1) warstwy 50-tki, a na to trochę śniegu, mam nadzieję że nie połamałem gałązek. Gdy za tydzień będzie znowu ciepło zdejmę tam agrowłókninę i zrobię tam kopczyki z ziemi. Jak pisałem mam ziemię z ogrodu w workach w garażu, gdzie jest dość ciepło, nie jest zmarznięta. Myślę, aby zrobić je na wysokość 30 cm. Wtedy Rose de Resht i Comte de Chambord całkiem znikną pod ziemią. A wystające nad kopczyk niewielkie kawałki gałązek Charles de Mills, Felicite Parmentier i Blanche Moreau (u tej będzie tego najwięcej) okryję dwiema lub trzema warstwami agrowłókniny - zrobię taką bombkę. Dwa Ispahany z przodu, przy furtce mam okryte (3 warstwy razem 150) a gdy będzie cieplej, spróbuję przyciąć jeszcze trochę agrowłókniny, zrobić taki pas na ziemi wokół i na to dać ziemię, albo na samym dole dołożę jeszcze pas agrowłókniny. Pierwsze koty za płoty... A w następnym roku wyłożę ziemię pod nimi płatem agrowłókniny i zrobię kopczyk ziemny, a górę owinę agrowłókniną. Powoli zdobędę doświadczenie. Nie miałem za bardzo pomysłu jak połączyć kopczykowanie, z tym że tam jest (koło Ispahanów) keramzyt (choć pisał Pan o tym!- ale to na żywo, "w praniu" mimo wszystko jest problem, zanim samemu się nie przepraktykuje). Mam nadzieję, że będzie dobrze, prognozy wskazują, że ta zima do końca będzie już ciepła. I deszczowa.
Pozdrawiam
ps. Panowie z tv faktycznie nie mają pojęcia jaki to problem - zima bez śniegu i wiosna bez deszczu.
ps. 1. Pisze Pan że agrowłóknina o gramaturze 100 dobrze chroni przy dwóch warstwach, że dobra jest też ta o gramaturze 80 - czy tutaj też wystarczą dwie warstwy? Tak założenie przyjąłem. Dysponując 50-tką, zrobiłem tak, aby mieć to w granicach 80-tki (czyli też dobrej) dwuwarstwowej (2x80=160, ja zrobiłem 3x50=150). Ale teraz zastanawiam się, czytając Pana wpis, czy graniczne nie jest 200 (100-tka x 2). W takim wypadku musiałbym dołożyć jeszcze po jednej warstwie 50tki (4x50=200). PS. 2. Już kiedyś pisał Pan o kopcowaniu – że to ma być DO 30 cm LUB więcej. Pomyślałem, o czym wyżej napisałem , że na Rabacie5Róż zrobię kopce na 30 cm, a to co ew. będzie wystawać owinę agrowłókniną. A może zrobić trochę wyższe kopce - przy ChdeM, FP i BM i zakryć je całkiem ziemią? W przypadku RdR i CdeCh – już 30 cm na pewno zakryje je w całości. Z uwagi na głębokie sadzenie, obecnie wystają niewiele ponad ziemię. Przepraszam, za te ciągłe pytania, a właściwie dopytywania o szczegóły, bo już Pan udzielał wyjaśnień.
(Styczeń 4, 2016)

Piotr Szustakiewicz: Witam również z Nowym Rokiem i życzę pomyślności wszelkiej, w tym też tej ogrodniczej :).
Zrobiło się mroźno, na Mazowszu kolejna noc z temperaturą -15 °C (po wschodniej stronie Wisły -20 °C) i bezśnieżnie. W połączeniu daje to już warunki graniczne strefy USDA 6a-6b czyli wiele róż poza kopcowaniem wymaga okrywania pędów. Między innymi odmiany pnące, które poprzez swoją rozpiętość/przestrzenność są bardziej wystawione na działanie mrozu i odmiany pochodzące od róż herbatnich.
Te dwie warstwy solidnej agrowłókniny (100), to ja traktuję jako takie minimum przy zbliżaniu się do temperatur krytycznych dla danej róży. Jeśli te ulegają przekroczeniu to też trzeba zwiększać ilość warstw. Przy tych bardzo niskich temperaturach rzędu -30 °C dochodzą też inne czynniki związane z lokalizacją ogrodu i wystawą na działanie mrozu. Inaczej to będzie wyglądać w mieście, w starym ogrodzie, wśród starodrzewu iglastego, a zupełnie inaczej na otwartej na pola wsi, gdzie ogród będzie sobie liczył raptem dwie wiosny. Według tego przelicznika, który Pan sobie zastosował, trzeba te gramatury odpowiednio pomnażać. Raczej trudno tu przedobrzyć z ilością materiału i jeśli tylko jest na stanie, to dać ją na krzewy w mroźne dni, co ma się nam marnować w garażu. Odnośnie wysokości kopcowania, to ja przyjmuję te 30 cm jako minimum, a jeśli różna pnąca i jest przy płocie to obsypuję do 40 cm i nawet więcej. Tutaj też nie ma co się obawiać, że da się ziemi za dużo (również dla młodych krzewów), to czas przejściowy i spoczynku dla róż, kiedy wegetacja ulega znacznemu spowolnieniu.
Podsumowując, nie żałujmy materiału na okrywanie i nie obawiajmy się naszej ogrodniczej nadgorliwości w ochronie róż przed mrozem. Jeśli przyjdzie niechciana fala ciepła w styczniu-lutym, to zawsze osłony można zdjąć (też częściowo) i ta czynność trwa krócej niż ich nakładanie – a to z kolei zawsze jest ekonomiczniejsze (pieniądze i czas) niż sadzenie nowych róż, w przypadku niezadbania zimą o te już posadzone.
Pozdrawiam
(Styczeń 4, 2016)

Marek Moch: Dziękuję bardzo bardzo i życzę tego samego!! Dziękuję też za szybką, jak zawsze konkretną i życzliwą odpowiedź. Świetnie Pan wyczuł, że ze względu na małe jeszcze doświadczenie, m o m l e k k i e f e f r y . Teraz wiem już wszystko i tak zrobię jak Pan pisze! Tym bardziej, że patrzę na termometr - mróz, patrzę w prognozę pogody w necie - zmiany (!), chyba jednak zima już nadeszła, bo całe najbliższe 16 dni zimowe, a jeszcze kilka dni temu prognoza mówiła, że za momencik będzie nawet plus 10 stopni. Co prawda od jutra już cieplej, od środy ciepło - ale ciągle w granicach lub trochę poniżej zera, śnieg itd. Zatem w najbliższą sobotę działam.
(Styczeń 4, 2016)

Zrobiłem kopczyki z ziemi na Rabacie 5 Róż. Okazało się, że cała ziemia - bo zużyłem całą zgromadzoną ! - nie zdołała w całości zakryć ich pędów. I znowu nowe doświadczenia . Ale to zrozumiałe - to moja pierwsza "różana" zima. Poza kopczykami użyłem więc agrowłókniny - zakrywając kilkoma warstwami to co wystawało. Teraz mogę być spokojny. W sobotę dołożę jeszcze 2 warstwy agrowłókniny Ispahanom. Co prawda rozmawiałem wczoraj z pewnym kwalifikowanym ogrodnikiem, twierdził że zima się kończy, że będzie ciepło, ale czytam prognozy i widzę, że w ciągu dnia będzie około zera, ale nocami mroźno. A więc 2 dodatkowe warstwy są konieczne - tym bardziej, że pisał Pan, że raczej trudno z tym przedobrzyć. No i gdyby faktycznie doszło do znacznych, dłuższych ociepleń- mogę część warstw zdjąć. A na koniec - pytałem się też go (ogrodnika), pod tym kątem, co z sytuacją: mam założoną agrowłókninę i przychodzą ciepłe dni, na co on - nie ma co się martwić, może nawet zostać, ona przepuszcza powietrze, poza tym jest biała, więc nie będzie nagrzewać. Dlatego kiedyś malowano pnie drzew na biało.

Pozdrawiam
(Styczeń 6, 2016)

Piotr Szustakiewicz: Bielenie drzew wapnem, stosowane i obecnie w wielu sadach, ma na celu zapobieganie nagrzewaniu się pni w słoneczne dni stycznia/lutego i pękaniu podczas mroźnych nocy. A wiosną taki wcześniejszy zabieg też ogranicza wędrowanie szkodników z gleby, przez pnie, w korony drzew owocowych. Agrowłóknina jest materiałem, który posiada w swojej budowie aktywny koncentrat przeciw UV bez względu na swój kolor i jego zadaniem jest niedopuszczanie do nagrzewania się włókien tkaniny. Także nie sugerujmy się tutaj kolorem białym (tym bardziej, że w sprzedaży spotyka się często agr. szare), nie ma to większego znaczenia, a i po kilku latach użytkowania i tak wszystkie stają się brudno-bure, a mimo to dalej doskonale spełniają swoją rolę ochronną. Przepuszczalność powietrza jest jedną z tych oczywistych właściwości agrowłókniny, jednakże dla każdej z gramatur będzie ona inna. Dla tych najcięższych, przydatnych do okrywania pędów róż jest ona bardzo mała i trzeba wiązać wspomniane wcześniej kominy. Bez względu na grubość, będzie ona zawsze większa przy użyciu jej w warstwach, jak to ma miejsce przy owijaniu, a też tutaj wewnątrz osłony wytworzy się nam samoistnie poduszka powietrzna. Jeśli agrowłóknina zostanie zbita w kule i użyta tak do wypełniania, to utraci cechę przepuszczalności jaką by on i nie była, a i z wnętrza osłony wypchnie nam powietrze i wtedy z pędami mogą się dziać złe rzeczy. Ja w bardzo mroźne zimy do wykonywania chochołów używam też materiałów całkowicie nieprzepuszczających powietrza, np. kartony, koce (wzmacniane na zewnątrz folią) czy wykładziny dywanowe i nigdy się nie zdarzyło tak, aby doprowadziły te osłony do zaparzenia pędów czy wystąpienia nalotu pleśni/grzybów. Dobrą cyrkulacje powietrza w takich solidnych osłonach, przy temperaturach powyżej zera, zapewnia się przez ich otwarcie górą, tj. rozwiązanie lub poluźnienie chochołu. A jak przychodzi mróz to takie kominy wiążemy i zamykamy tym samym dostęp mroźnego powietrza. Nie można też porównywać osłon róż z innymi wykonywanymi na drzewach czy krzewach o niskiej mrozoodporności. To są dwie dość różne sprawy, związane z budową pędów i stopniem zdrewnienia. Niemniej, ja poza różami okrywam też magnolie, klony palmowe, azalie, młode roztrzepliny, tulipanowca, oczary, judaszowce, dawidie, stewartie, piwonie drzewiaste, hortensje i inne. Też byliny, w tym dwie gunnery, kilka hibiskusów bagiennych, delospermy, odmiany hakonechloa, kilka paproci, storczyki gruntowe, lewizje, skalnice zarzyczkolistne... I okrywając wszystkie martwię się przede wszystkim o to aby nie przemarzły, potem aby miały dostęp do powietrza i aby nie zalegała wewnątrz osłon wilgoć. Jak damy dobie radę z tymi trzema kwestiami, to wiosną po odkryciu zarówno róż jak i innych roślin nie powinno być powodów do zmartwień.
Zaczyna padać śnieg – prawdziwie błogosławieństwo dla ogrodów, doskonały materiał do ochrony rabat z bylinami. A w moim ogrodzie wykorzystuję go też do dodatkowego obsypywania kopców wykonanych wcześniej z kory na różach miniaturowych. Przy dużych nadwyżkach z odśnieżania podwórka zasypuję nim też rabaty z mieszańcami herbatnimi i floribundami.
Pozdrawiam
(Styczeń 7, 2016)

Marek Moch: I znowu wiedza. Dziękuję bardzo. Do tego wszystko logicznie wytłumaczone. Dzięki temu zdobywam nie tylko ten akurat kawałek wiedzy, który tu jest wprost przekazany, ale on wiąże się i układa w całość z poprzednimi, pozwala na przemyślenia (a te są) i ew. późniejsze pytania. To droga do uzyskania prawdziwej wiedzy. Powinien Pan napisać książkę o uprawie róż. To nie czcze pochwały, lecz szczere słowa adepta, który widzi ile się nauczył i że zdobycie reszty wiedzy jest tu, w tym warunkach, w rozmowach (o różach) z Panem, możliwe ! Pozdrawiam
(Styczeń 8, 2016)



Marek Moch: Zastanawia mnie cały czas kwestia głębokości sadzenia… A dokładnie to, dlaczego w ogóle istniało kilka szkół sadzenia (właściwie dwie), a sadzenie „głębokie” było nie tak głębokie, jak proponuje Pan. No i kwestia podkładki. Po co ona w ogóle??? Przecież te róże, rosnące na własnych korzeniach żyją dłużej. Na pewno jest tak, że część odmian szlachetnych nie wydaje owoców – a zatem ich mnożenie z nasion nie jest możliwe. Zresztą w ogóle chyba rozmnażanie z nasion bywa zawodne, nie powtórzy się cech odmiany szlachetnej. Ale przecież można by róże szlachetne rozmnażać z sadzonek. Może chodzi o czas, z sadzonek trwa to dłużej? Czytam też w internecie, że podkładki i szczepienie stosuje się ponieważ „dekoracyjne odmiany szlachetne z reguły nie są dostatecznie wytrzymałe na mróz w naszych warunkach klimatycznych, mają zbyt duże wymagania glebowe i bywają często atakowane przez choroby i szkodniki (tak na stronie poradnikogrodniczy.pl). OK. Zbyt duże wymagania glebowe – to rozumiem. Podkładka jest w stanie więcej wyciągnąć ze złej gleby, na czym potem korzysta szlachetny szczep. Coś podobnego jest chyba (tam chodzi akurat głównie o kwasowość, ale zasada jest ta sama) z rododendronami na podkładkach. Ale choroby i szkodniki? Nie rozumiem. Co to ma wspólnego z podkładką i szczepieniem. A kwestia mrozu? Przecież przy sadzeniu wedle szkoły, że miejsce szczepienia jest ponad ziemią, to podkładka ma chyba lepiej – jest w ziemi, w przeciwieństwie do pędów szlachetnych, miejsca szczepienia i szyjki pod nim. Przy sadzeniu wedle szkoły, że miejsce szczepienia jest w ziemi, to i tak część (i to przeważająca) pędów szlachetnych wystaje z ziemi, nawet jeśli je kopczykujemy, to dalej większa część wystaje ponad ziemię (i ziemię kopczyka), nawet gdy resztę okryjemy, to chyba nic tak nie chroni przed mrozem jak ziemia. Oto informacje z posiadanych przeze mnie książek, z moimi uwagami. „Baczną uwagę trzeba zwrócić na głębokość sadzenia. Co do tego zdania są podzielone nawet wśród fachowców. Na ogół sadzi się tak, aby miejsce uszlachetnione – czop po wycięciu dzika – było na poziomie ziemi. Na glebach ciężkich powinno wystawać nieco nad powierzchnię, na glebach lekkich może znajdować się trochę niżej powierzchni.” (Jadwiga Grąbczewska, Róże na działce s.37) Tu jak zawsze mnie zastanawia, czemu nikt nie pisze – pod kątem mierzenia głębokości sadzenia – o normalnej chyba sytuacji, gdy w podkładkę wszczepia się kilka, a nie jeden, pędów szlachetnych, które co częste i chyba inaczej nie można, są na różnej wysokości. Ja miałem tak u wszystkich moich róż. Ze zgrubiałego miejsca szczepienia wystawały pędy szlachetne z różnych stron i na rożnej wysokości. Chyba że się pomyliłem, może jest tak że całe to zgrubiałe miejsce jest już szlachetne. Że wszczepiono w podkładkę jeden kawałek szlachetny z którego wyrastają już gałązki (też szlachetne) … ale chyba jednak tak nie jest i słusznie wydawało mi się, że to zgrubienie powstaje naturalnie, po dokonaniu kilku wszczepień (założeniu kilku oczek, jak to określa Pan Wizner)… sam nie wiem . Czytam dalej… „Wśród producentów róż spotkać się można z rozbieżnymi zdaniami co do głębokości sadzenia, choć najlepsi teoretycy i praktycy są jednomyślni i wypowiadają się za sadzeniem głębokim. Zanim przejdziemy do szczegółów, wyjaśnijmy sobie pojęcia: „sadzenie płytkie” i „sadzenie głębokie”. Róża jest posadzona płytko, gdy nasada korony, tj. miejsce uszlachetnienia – okulizacji, znajduje się kilka cm nad powierzchnią ziemi. Między nasadą korony, owym miejscem założenia oczka, a pierwszymi korzeniami znajduje się jeszcze tzw. szyjka korzeniowa, która w przypadku płytkiego sadzenia wystaje na kilka centymetrów z ziemi. Sadzenia płytkiego w ogóle nie należy stosować. Przy głębokim posadzeniu miejsce rozkrzewiania się znajduje się 2 – 3 cm pod powierzchnią ziemi a więc szyjka korzeniowa nie będzie widoczna. Liczne obserwacje z praktyki wskazują, że róże pomyślniej rozwijają się i lepiej zimują przy głębokim sadzeniu. W przypadku sadzenia płytkiego krzew narażony jest na wysychanie i zabezpieczanie go na zimę jest o wiele kłopotliwsze; krzewy takie rozwijają się słabo i zwykle, szybko giną. Wszystkie róże krzewiaste powinny być sadzone głęboko. W niektórych przypadkach stosowane jest także sadzenie „średnie” tj. takie przy którym nasada korony znajduje się na poziomie ziemi. U posadzonych głęboko róż pnących, zwłaszcza pochodzących od Rosa wichuraiana, można jednak czasem zauważyć zjawisko „usamodzielniania się”. Z części pędów korony znajdujących się w ziemi wyrastają korzenie przybyszowe, które po pewnym czasie zastępują roślinie system korzeniowy, jaki uzyskała ona od podkładki; krzew taki rośnie wówczas na korzeniach własnych. Takie krzewy róż pnących na własnych korzeniach wyróżniają się b. obfitym kwitnieniem, ale są też w mniejszym stopniu odporne na niskie temperatury, co w naszych warunkach klimatycznych jest niepożądane. To też róże pnące sadźmy „średnio”, aby nie dopuszczać do ich usamodzielniania się. Róże pienne będziemy sadzili tak głęboko, jak rosły one w szkółce, to znaczy tak, aby nasada korzeni znajdowała się tuż pod powierzchnią ziemi.” (Karol Wizner Róże w ogródku, W-wa 1963 Wyd I s. 141 i nast., W-wa 1966 Wyd. II s. 136 i nast. – podrozdziały: Jak głęboko sadzić). Skoro róże rosnące na własnych korzeniach (sadzone „głęboko”) wyróżniają się obfitym kwitnieniem, to pytanie czego to jest objawem. Bo może świadczyć, że mają b. dobrze, ale też może jest odwrotnie i dlatego roślina „czując”, że umiera stara się wydać jak najwięcej nasion – więc kwitnie na potęgę. „Co do głębokości sadzenia spotkać się można z pewną rozbieżnością zaleceń; jedni radzą sadzić głębiej, to znaczy nasada korony ma znaleźć się na kilka centymetrów poniżej poziomu ziemi – inni zaś utrzymują, że lepsze jest sadzenie płytsze, to znaczy takie, aby nasada korony znajdowała się na poziomie ziemi. Z moich obserwacji wynika, że lepiej jest sadzić nieco głębiej – tak aby nasada korony znalazła się około 3 cm poniżej poziomu ziemi – chodzi tutaj przede wszystkim o stworzenie roślinie korzystniejszych warunków do przezimowania; poza tym krzew posadzony głębiej w okresach suszy radzi sobie lepiej.” (Karol Wizner Róże w gruncie W-wa 1979 Wyd. II) I kolejny autor, autorka – pp. Oszkinis i Mazurkiewicz (Róże Wydanie II W-wa 1957 s. 117) „Róże krzaczaste sadzimy tak głęboko, aby miejsce okulizacji znajdowało się na 2 cm pod powierzchnią ziemi (rys. 50b). Zbyt głębokie, jak również zbyt płytkie posadzenie wpływa hamująco na rozwój rośliny. Przy sadzeniu głębszym niektóre odmiany, jak np. Chateau de Clos Vougeot, wypuszczają z miejsca uszlachetnienia korzenie i w ten sposób uniezależniają się od podkładki, co zwykle wpływa ujemnie na zimotrwałość i obfitość kwitnienia.” A oto rysunek 50b - I tu mam zgryz – bo na moje oko to miejsce okulizacji jest nad ziemią. (Styczeń 10, 2016)


Piotr Szustakiewicz: Zacznę odpowiedź na poruszone przez Pana kwestie od końca, czyli od zdjęcia/ryciny. Nie wiem w jakim kontekście zostało zamieszczone w książce, ale wygląda to na stanowisko przejściowe, prawdopodobnie w worku płóciennym lub jutowym, widać wywinięte brzegi tkaniny. Stan jest taki jak w szkółkach, gdzie oczywiście okulizuje się róże ponad ziemią, potem kopie do sprzedaży i dopiero w ogrodzie sadzimy krzew właściwie. Podobnie jest w handlu różami oferowanymi w doniczkach, tu też miejsce okulizacji jest dobrze widoczne. O nasadzeniu róż na stanowisku stałym/docelowym, w którym szyjka korzeniowa podkładki jest ponad powierzchnią gleby (tym samym i miejsce szczepienia), Pan Wizner pisze jednoznacznie – "Sadzenia płytkiego w ogóle nie należy stosować" (Róże w ogródku, wyd. II, 1966, s. 137) . Może to też być nasadzenie szklarniowe, czyli jeszcze zupełnie inne róże, o bardzo niskiej mrozoodporności wywodzące się od Rosa thea (herbatnich) i w tej grupie oczywiście głębokie sadzenie mija się z celem. Podobnie ma się sprawa z pokrewnymi im mieszańcami herbatnimi, te również ja sadzę płycej w ogrodzie, jednak zawsze jest to minimum te 4 cm. Nie po to aby się ukorzeniła odmiana szlachetna, ale aby chronić przed przemarzaniem miejsce okulizacji i aby krzew po kilku latach trzymał się gleby bez podpierania (nie są tak solidnego pokroju jak krzewiaste i ta opaska 4 cm wystarczy). To samo jest w tym przez Pana przytoczonym ostatnim przykładzie (autorzy: Oszkinis, Mazurkiewicz) i zaleceniem aby to było 2 cm. "Château de Clos Vougeot" to mieszaniec herbatni, wyhodowany przez Josepha Pernet-Ducher (Francja), w 1908 roku. Mrozoodporność USDA 6b, tj. do 20.6 ºC, odmiana w Polsce do uprawy w warunkach ogrodowych pod przykryciem. Nie sadzi się też
głęboko róż sztamowych, tj. piennych, wiadomo miejsce szczepienia jest bardzo wysoko, około 1 m. Te i tak okrywamy przyginając do gruntu i obsypując miejsce szczepienia kopcem ziemi.
Co do wątpliwości związanych z głębokością sadzenia pozostałych – o pokroju krzewiastym, krzaczastym, okrywowym i pnącym – to nie chcę tu powtarzać ponownie tych wszystkich argumentów za, z moich poprzednich wypowiedzi. Pan też je przytacza i sam na drodze dedukcji dochodzi do podobnych wniosków. Ja widzę zalety nasadzeń na głębokości 10 cm i wady tych powierzchniowych, a za takie traktuję też te na głębokości 2-3 cm, bo tylko kwestią jest czasu, aby przy tych mocno rosnących formach miejsce okulizacji znalazło się na powierzchni gleby. Ponowię może zdjęcie z nie-mojego ogrodu, "Mary Rose" (Shrub, Austin, 1983) i postawię pytanie – jaka jest przyszłość takiego krzewu posadzonego 2 cm pod powierzchnią ziemi (stan po dwóch latach)?..

Czy ta róża angielska dostała szanse, aby prezentować się kiedyś tak jak "Benjamin Britten" (Shrub, Austin 2001) w moim ogrodzie?..

A ponieważ zdjęcie wygląda jak się prezentuje :), to muszę się tu odnieść do pewnej kwestii, którą Pan poruszył. Naprawdę uważa Pan, że ta róża wygląda jakby umierała, że to już agonia :)? Dlatego że... jest pełna różanego wigoru, ma wiele pędów obsypanych kwiatami i liście tego roku prawie bez skazy? Obok niej widoczne są też inne krzewy, mniejsze i rosną, rozwijają się. Jakże by mogło być i inaczej, przecież zajmuję się najstarszymi z nich już dziesięć lat, z roku na rok widzę przyrastanie o nowe pędy, mniejsze zapadanie na choroby i dzięki pewnym ekologicznym zabiegom coraz mniej jest owadów szkodników. Ja nie wytrzasnąłem tych róż z rękawa :), nie kupiłem kilkuletnich krzewów i posadziłem sobie w ogrodzie. Niewiele ludzi zdaje sobie sprawę ile pracy kosztuje taka w miarę dobrze prezentująca się różanka. To nie jest jakiś tam weekendowy rekreacyjny wypad na działkę. Ja od kwietnia do października pracuję w ogrodzie po 30 godzin tygodniowo i więcej. Wie Pan, ja muszę tu stanąć w obronie mojej pracy i moich róż :). A i też tych we wszystkich zadbanych ogrodach.
A wracając jeszcze na krótko do literatury i autorytetów różanych lat pięćdziesiątych. Wydaje się, że wtedy królowały jednak u nas róże cięte pozyskiwane z upraw szklarniowych, które dopiero w latach sześćdziesiątych zaczęły ustępować miejsca rabatowym. Myślę, że taki stan rzeczy w dużym stopniu kształtował też postrzeganie innych grup róż. Na ten też przykład, Władysław Oszkinis (1910-1967) swoją pracę magisterską pisał w 1950 roku na temat "Przebieg rozwoju i kwitnienia róż w uprawie szklarniowej". Niestey późniejszy doktorat był już tylko o goździkach:). Podobnie szkółka Państwa Grąbczewskich, o europejskiej renomie, wielokrotnie była nagradzana właśnie za róże cięte. Poniższe zdjęcie strony pochodzi z ich katalogu z 1967 roku. W ofercie jest tu ponad 100 róż, a tylko 6 parkowych: "Bonn" (R. lambertiana, Kordes, 1950), "Elmshorn" (R. lambertiana, Kordes, 1951), "Erfurt" (R. lambertiana, Kordes, 1939), "Golden Showers" (R. lambertiana, Lammerts, USA, 1959), "Lyric" (R. lambertiana, de Ruiter, 1951) i "Schneewittchen" (R. lambertiana, Kordes, 1956). Warto również zwrócić uwagę na ówczesną klasyfikację, obecna różnicuje te odmiany. Niemniej nic dziwnego, że krótkie wskazówki z pierwszej strony katalogu dotyczą tylko sadzenia róż rabatowych, czyli mieszańców herbatnich i floribund.

To prawda, szczepienie róż na podkładkach wymyślono, aby szybciej rozmnażać róże i jak najwierniej zachować cechy rośliny matecznej. Rozmnażanie generatywne, czyli wysiew nasion, od zawsze było zawodne, a jeśli się sprawdza to najlepiej w grupie róż naturalnych. Mieszańce i odmiany uprawne z reguły nie powtarzają cech, a niektóre są wręcz sterylne. Czas oczekiwania tutaj na kwitnące samodzielne krzewy to 4-5 lat. Pozyskiwanie róż poprzez ukorzenianie sadzonek zielnych i pędów zdrewniałych bywa zarówno pracochłonne, jak i czasochłonne. Sprawdza się tylko w uprawie róż szklarniowych, gdzie można zapewnić idealną temperaturę i wilgotność. Takie warunki stwarzają też laboratoria, gdzie róże rozmnażane są in vitro. T
o niezwykle efektywna metoda, przydatna zwłaszcza w uprawie przemysłowej róż szklarniowych. Ilość do tego celu pobranych eksplantów z krzewu jest nieporównywalnie większa do ilości oczek jakie może taki krzew zawiązać. Kolejna metoda rozmnażania wegetatywnego, przez podział, zasługuje już na większą naszą uwagę i jest w zasięgu wszystkich uprawiających róże. Odcinamy odrośla korzeniowe gatunków i odmian o pokroju krzewiastym, krzaczastym, okrywowym i czasami też pnącym. Ich wytwarzaniu sprzyja głębokie sadzenie, niemniej w poszczególnych grupach wygląda ono różnie. Róże naturalne tworzą odrośla najszybciej, ale też całkiem nieźle francuskie i mchowe, np. w moim ogrodzie "Nuits de Young" w czwartym roku uprawy miała pierwsze odrosty, a w następnym było ich już sześć i to w znacznej odległości od krzewu. Ja najpierw je odcinam od matecznej i pozostawiam w tym samym miejscu, aby się usamodzielniły (pamiętając o podlewaniu), a dopiero po 6-8 tygodniach wykopuję i przenoszę do doniczki. W ubiegłym roku zakwitły mi te oddzielone w 2014. Pokrewnym do powyższego jest rozmnażanie przez odkłady, jeśli pędy są długie i przewieszające się, to są bardzo duże szanse na powodzenie. Oddzielamy po upływie jednego roku i dajemy na nowe stanowisko czy też do pojemnika.
I tak wrócilismy do właściwiej okulizacji.
Do czasów Jeana-Baptiste André Guillot fils (1827-1893) – francuskiego hodowcy róż, znanego też z odkrycia "La France" (1867, pierwszego mieszańca herbatniego), prowadzącego rodzinną szkółkę w Lyon wraz ze swoim ojcem o tym samym imieniu –  szczepiono róże metodą tzw. z ręki, czyli na podkładkach wykopanych i pozyskanych odroślach korzeniowych. Guillot byli pierwszymi we Francji (niektórzy uważają, że i na świecie), którzy rozpoczęli rozmnażanie róż przez zakładanie oczek bezpośrednio na siewkach (podkładkach) rosnących w glebie. To ułatwiło i przede wszystkim znacznie przyśpieszyło rozmnażanie róż. Ta metoda po dzień dzisiejszy jest najważniejszą i najefektywniejszą, powszechnie stosowaną w szkółkach. Tak po krótce, oczka zrazów róż szlachetnych zakłada się od połowy lipca do końca sierpnia, na odpowiedniej grubości podkładkach/siewkach i po 2-3 tygodniach jest wiadomo czy się takowe przyjęło. Zakładane jest zawsze jedno oczko, dwa i trzy spotyka się tylko przy różach sztamowych (piennych). Pana róże krzewiaste też były okulizowane najpewniej jednym oczkiem, nie widziałem wprawdzie tych krzewów zaraz po zakupie, ale nie sądzą aby jakaś szkółka robiła to inaczej niż jest to powszechnie przyjęte. W roku następnym, nad miejscem okulizacji (ok. 1 cm) wycina się pędy podkładki i pozwala się przejąć ich rolę szczepowi szlachetnemu. W tym miejsce też tworzy się czop, zgrubienie i to jest najwrażliwsze miejsce róży w pierwszych latach. Nie jest on dokładnie jeszcze zabliźniony i z reguły dobrze widoczny aż po jesień, kiedy to krzewy są w szkółkach kopane na sprzedaż. Wcześniej, w tym samym roku okulanty kwitną. Rozwijają się w różny sposób, zależny od zapewnionym im warunków uprawy – nawożenia, stosowania specjalistycznych stymulatorów rozwoju – i siły wzrostu danego gatunku lub odmiany. Stąd mamy róże w handlu wyboru A (lub I) o minimum trzech pędach lub wyboru B (II) o dwóch pędach. Zarówno w jednej jak i drugiej grupie powinny mieć 40 cm wysokości. Jeśli szkółka nie sprzeda okulantów danej jesieni to następną wiosną je doniczkuje i na rynku takie róże prezentują się już zdecydowanie okazalej. Tu już tworzą się silne pędy drugiego rzędu i może to wyglądać tak jak Pan opisuje swoje zakupione róże. Niemniej zaleca się sadzenie jesienne róż z odkrytym korzeniem – rosną wtedy same, natomiast te wiosenne potrzebują naszego wsparcia, często nawet trzeba im kazać rosnąć :).
Wprawdzie klimat Francji i Anglii jest o wiele łagodniejszy niż Polski, ale i tam zauważono potrzebę wzmocnienia mrozoodporności róż. Wszystko zmieniło się wraz ze sprowadzeniem do Europy – The Four Stud China Roses, czyli Czterech Róż Reproduktorów. Były to odmiany R. chinensis i R. thea (chińskie i herbatnie), o niskiej mrozoodporności (więcej o nich piszę w historii Róże Orientalne), jednak całkowicie zrewolucjonizowały świat róż. Zachęcam wszystkich do czytania właśnie o pochodzeniu, historii gatunków i odmian – to bardzo pomaga w zrozumieniu róż w naszych ogrodach, tu i teraz, choć samo czytanie jest o czasach bardzo odległych.
Okulizuje się na podkładkach różnych gatunków, tak aby zapewniły przetrwanie odmianie szlachetnej przy przemarzaniu gruntu, zwłaszcza w pierwszych latach. Dobiera się podkładki do gruntu (np. Rosa laxa na gleby wybitnie wapienne) i tego co ma być zaszczepione. Inne wymagania mają mieszańce herbatnie, a jeszcze inne róże krzewiaste czy pnące. System korzeniowy dobrze dobranej podkładki jest fundamentem na którym buduje się pokrój/wigor róży, ale też widoczne jest to w ilości kwiatów i ogólnej odporności krzewu na choroby liści. Czy też na szkodniki? No w pewnym stopniu tak, ponieważ róże słabe, z małą ilością pędów nie tyle silniej są atakowane, co żerowanie na ich liściach i pędach jest znacznie dotkliwsze, potrafi doprowadzić do wyniszczenia i całkowitego braku kwitnienia w danym roku. U róż silnych to oddziaływanie też jest, ale mniej odczuwalne. Osłabia np. też trzy pędy, ale to tylko część z takich kilkunastu posiadanych przez krzew. Dłużej to trwa wszystko tutaj, więc i łatwiej też reagować, nawet jak przegapimy początek inwazji szkodników to silny krzew zdecydowanie będzie lepiej współpracował w jej usuwaniu niż ten słaby. Patrząc też przez pryzmat estetyki różanej – zniszczenia pędów, liści i kwiatów będą zawsze mniej widoczne w takiej ich dużej masie.
Wszystkie te aspekty, w tym i historyczne, wiążą się ze sobą i przeplatają nawzajem. Może na początku wydają się oderwane od siebie, ale kwestią zdobywania wiedzy i czasu jest, aby się nam ułożyły w logiczną i spójną całość. zegfd
(Styczeń 13, 2016) 



 
Marek Moch: Super! Świetnie!! Co za wpis! Ale Pan ma wiedzę. Wielką jak Wielkie są Pana róże. A ja na dłuższy czas zamilknę, postanowiłem bowiem przeczytać wszystko co Pan napisał na swej stronie o różach, oraz książki które kupiłem. I dopiero potem ew. coś pisać. Będę odwiedzał stronę, ale po to aby podczytywać. Więc teraz tylko powiem, że byłem dziś w sprawach zawodowych w Koźminie Wielkopolskim. W tamtym roku późnym latem (czy nawet nie był to wrzesień hmm nie pamiętam) byłem tam również i za płotem, w kącie, przy jednej z dróg wjazdowych, rosła róża. Przechodziłem i ją dostrzegłem. Nie mogłem nie dostrzec, bo płot szarobury, dom obok też taki i tu nagle ona - Piękna. Kwitła! Ciemny róż. Nieduża, chyba młoda, miała kilka przepięknych kwiatów, kształt płaskiej filiżanki, gęsto upakowane płatki. Nie wiem jak pachniała, bo nie zdołałem dosięgnąć nosem, choć się bardzo starałem . Teraz jechałem, i z auta zobaczyłem tylko pędy. Ciekawe jak przetrwa zimę. Sprawdzę w następnym roku. A w samym parku koźmińskim trafiłem na dwie rabaty róż rabatowych?miniaturowych? B. Gęsto posadzone. Niewysokie, ale chyba były cięte jesienią. Okopczykowane ziemią z kompostem, która - sprawdzałem - była już stwardniała. Wiosną napiszę jak one wyglądają. W tamtym roku, gdy byłem w Koźminie, tego samego dnia, wcześniej, byłem w parku w Dobrzycy (powiat pleszewski). Jest tam pałac Augustyna Gorzeńskiego, muzeum ziemiaństwa [miało być muzeum masoników, to by było bardzo ciekawe, sam Gorzeński był masonem, ot oświecenie, taka moda, ale radni wojewódzcy z pewnej partii ponad 8 lat temu szumieli, że to zgnilizna moralna, więc niestety masoni sio i jest jedno z wielu muzeów ziemiaństwa] i park z wielkim platanem (m.in.). Ale ad rem przy domku ogrodnika, rosła kępa róż. Potwierdzając to co Pan radzi przy sadzeniu!!! 2 rugosy, jedna canina lub rubiginosa, oraz 3 szlachetne. Rugosy posadzone zbyt blisko!, gdyby sadząc je zrobiono większy odstęp kępa miała by dużo więcej uroku. I niestety nie zrobiłem zdjęć. Też kwitły i pięknie, acz nie za mocno, pachniały. Tzn. te 3 szlachetne. Pojedyncze płatki. Krzewy wysokie na 1,5-2 m. Gałęzie lekko przewieszające się. Piękny kolor, podobny do Früchlingsduft. Widoczne były nawet z oddalonego monopteru na wyspie. I szukam i szukam i nie wiem co to za odmiana. Napisałem nawet do dyrektora parku, ale cisza. W samym parku róże są jeszcze w innych miejscach, jest też oddzielna różanka.
Pozdrawiam
Jak ja mogłem wcześniej nie dostrzegać róż ???
(15 Styczeń, 2016)

Marek Moch:  Program Maja w ogrodzie. Odcinek zrobiony u właścicieli firmy produkującej i sprzedającej róże: RosaĆwik k. Poznania. Wypowiedź p. Andrzeja Ćwika o lawendzie. Nazywa ją mordercą róż (sic!), ponieważ jego zdaniem korzeni się płytko i ekspansywnie, zabierając różom wodę i substancje odżywcze. Twierdzi, że im dłużej kompozycja lawenda + róże rośnie w ogrodzie, tym róże kwitną słabiej i rosną gorzej. Ciekawe... ja lawendy nie mam, ale gdy czytam o różach często pojawia się - zalecana jako towarzystwo róż - lawenda. A tu proszę... hmm pozdrawiam
(23 Styczeń, 2016)

Piotr Szustakiewicz: Nie widziałem tego programu, ale też pierwszy raz słyszę o "morderczych" instynktach lawendy, przejawianych wobec róż :). Rozumiem, że może zabierać wodę i składniki odżywcze, ale to dzieje się tak kiedy jest posadzona zbyt blisko róż o podobnym wzroście i podobnie rozwiniętym systemie korzeniowym – grupa miniaturowe, mieszańce herbatnie, floribundy, polyanthy i niskie okrywowe. Dla nich, podążając tym tokiem myślenia, to każdy krzew (lawenda też nim jest) może okazać się dominatorem i killerem w takim złym nasadzeniu.
Ja nie odkryłem lawendy wąskolistnej (Lavandula angustifolia) na potrzeby mojej różanki, to pomysł zaczerpnięty z ogrodów angielskich. Poza rabatami bylinowymi, uprawiana jest tam również jako wypełnienie przestrzeni między krzewami róż i wzbogacenie tejże o kolor jasnoniebieski (liście) i niebiesko-fioletowy (kwiaty). Zapach lawendy wspaniale też się komponuje z tym spotykanym u róż starodawnych, historycznych. Oczywiście sadzona jest ze sztuką ogrodniczą, czyli w odległości minimum 40 cm od róż krzewiastych (parkowych), ramblerów i pnących. Nawet jeśli zacznie się rozrastać to tym starszym różom nie jest w stanie zagrozić, bo i korzenią się one nieporównywalnie głębiej i silniej.
Ja mam 16 krzewów Lavandula angustifolia w dwóch szeregach, na wąskiej rabacie szerokości 1.5m i długości 6 m. Po środku posadzone są róże o mocnym wzroście. Dwie z nich przedstawiam na zdjęciach, pierwsza to "Heritage" (Shrub, Austin, 1984), a druga "Tatoo" (Modern Climber, Poulsen, 2002) . Zdjęcia nie ilustrują może idealnie stanu tej rabaty, ale bez trudu da się tu dostrzec całkiem zgodne sąsiedztwo różano-lawendowe. Można by rzec, że to już i pewna zażyłość, bo ta komitywa ogrodowa liczy sobie lat sześć...



Pozdrawiam
(24 Styczeń, 2016)

Marek Moch: I trafił Pan w sedno, nie oglądając programu. Róże które były pokazywane jako przykład tego "złego sąsiedztwa", to Bad Birnbach, sama rabata pewnie półmetrowa (szer.), a lawenda posadzona tak, że przerastała te róże, wsadzona między krzewy, wszystko b. blisko. Też mnie zdziwiły te uwagi, bo przecież lawenda i róże to kwintesencje angielskości. A tak a propos angielskości, "latając" po różanych stronach trafiłem na jedną, której gospodyni - bardzo słusznie - ze smutkiem zauważyła, że w polskiej wikipedii hasła różane są bardzo nieliczne i w ogóle skromne. Dziś wszedłem na angielską wiki... hoho mam co czytać, nie znam tego języka, ale dość dużo rozumiem-temat arcyciekawy. Oczywiście zacząłem od Old Garden Roses (heritage and historic), bo jak Pan wie, te właśnie uwielbiam.
Jakiś czas temu rozmawialiśmy o ew. ściółkowaniu i obniżaniu rabat. Na Youtube trafiłem na film z bostońskiego James P. Kelleher Rose Garden. Bardzo ciekawe rozwiązania, moim zdaniem. Rabaty wycięte w trawnikach, bez obwódek (bukszpanowych itp), obniżone (tak jak Pan kiedyś sugerował), ale nie mam pewności czy na całości, czy tylko przy brzegach (tak jak na linku który również Pan kiedyś podał), chyba to drugie, ale nie widać do końca, a pod różami mulcz kompostowy. Całość schludna. Oczywiście pytanie, czy pasowałyby to do polskich warunków, jak by się sprawdzało... Róże bardzo ładne...
I jeszcze t
rochę nietypowe pytanie dotyczące dzikich róż: czy dziką różę (R. canina, R. rubiginosa) można posadzić przy murze, przy budynku, blisko? Czy jej rosnące korzenie z czasem nie staną się zbyt potężne i go nie uszkodzą? Wiem, że szlachetne tak się sadzi, ale dzikie? Coś bardzo wstępnie planuję, ale mam te obawy, a szukam i szukam w internecie i nic... brak konkretnej odpowiedzi...
Przy Albie Maximie wspomniałem o słoweńskiej stronie ze zdjęciami pięknych alb. W przepastnych czeluściach internetu znalazłem też  stronę rosyjską (www.rosebook.ru). Są opisy, a tego nigdy za mało, zdjęcia, czasem bardzo dużo, bardzo ciekawych, trafiłem tam szukając zdjęć galijki Splendens, są też wpisy rosyjskich rosomanes, które też warto spróbować odczytać, wiadomo, rosyjskie zimy, jest wyszukiwarka ... Bardzo ciekawa strona.
Pozdrawiam
ps. kiedy ta wiosna wreszcie nadejdzie?
(31 Styczeń, 2016)

Piotr Szustakiewicz: W prognozach ta wiosenna pogoda z ostatnich dni ma się utrzymać do 16 lutego, więc wszystko wskazuje na to, że zimy już takiej solidnej nie będzie. Śniegu było mało, więc zapewne znowu będą problemy z wodami gruntowymi. Także nawet nie myśląc w kategoriach ocieplenia globalnego jako złego zjawiska dla Natury, korzyści z tego wszystkiego będą niestety raczej tylko pozorne. Jednakże z drugiej strony, serce ogrodnika się cieszy jak widzi już kwitnące przebiśniegi i ranniki :)...
To prawda, pisanie o różach na stronach angielskojęzycznych Wikipedii, ale też na tamtejszych witrynach i forach, jest najczęściej bardzo zajmującą lekturą i też trochę inne niż spotyka się to na naszym podwórku. Choć tutaj jest jeden ewenement, moim zdaniem niepowtarzalny w skali światowej, czyli witryna "Moje róże..." Pana Mariana Sołtysa. Tu właśnie jest takie opowiadanie o różach jak mi się podoba – z niesamowitą pasją, niezwykle ciekawie i intrygująco. To nie jest też jakieś tam powielanie danych katalogów, tu aż się czuje to wertowanie opracowań i starych tomiszczy, aby każdej róży dostało się jej należne wspomnienie i historia. Trochę to wszystko przypomina to co czytam nie tyle ostatnio, co po raz wtóry – In Search Of Lost Roses (Thomas Christopher, Chicago, 1989). Na stronach jest jak w tytule, autor wędruje po Ameryce Północnej i Europie w poszukiwaniu zaginionych róż, tych pozostałych często jedynie w opisach na pożółkłych kartkach i odręcznie kreślonych rysunkach. Odwiedza miejsca mało związane z ogólnie znaną historią róż, jak choćby tereny The Mother Lode (Kalifornia, USA), gdzie w połowie XIX Wieku wybuchła Gorączka Złota. Tam też wzbogaconym szybko Forty-Ninerom sprowadzano z Europy najświetniejsze towary - zarówno francuski szampan, jak i francuskie róże. I wiele z nich w swoich już kolejnych pokoleniach przetrwało aż po czasy współczesne i rosną sobie w najlepsze w ogrodach Tuolumne, Sonory  i innych miasteczkach Sierra Nevada. Nie będę zdradzał więcej treści, bo i czyta się to jak powieść kryminalną Raymonda Chandlera – tylko tu w roli detektywa Philipa Marlowe jest rosarianin Thomas Christopher. Szkoda, że nie ma polskiego przekładu, zwłaszcza że wydaje się u nas tak mało wartościowych publikacji o różach. A te inne zalegają potem półki księgarskie i mamią co najwyżej swoim kolorowymi zdjęciami. Róże bez opowiadania o nich strasznie tracą, a już najbardziej te historyczne. Tak jak jest to z Rosa richardii, nie wyróżnia się w ogrodzie i nie zwraca swoim kwiatami zbytniej uwagi. Ale kiedy tak poczytać o niej, to już na zawsze pozostanie pamiętaną i postrzeganą zupełnie inaczej.
Dziękuję za namiary na ogród James P. Kelleher Rose Garden. Jak niewiele trzeba aby róże prezentowały się znakomicie, prawda :)? Oczywiście, jak pisałem o tym tutaj jesienią, najlepsze i najkorzystniejsze jest obniżenie równe całej powierzchni rabaty względem trawnika - woda i aplikowane nawożenie nie spływa wówczas na boki, a ewentualne ściółkowanie nie piętrzy się po środku i nie jest podatne na wywiewanie na trawnik. Jednakże, kiedy już mamy stan zastany z posadzonymi różami, to obniżamy tylko w strefie przy wcięciu trawnika. IMHO, lepiej tak niż wcale.
Boston (Massachusetts, USA) to klimat strefy USDA 5a, czyli do −28.9 °C , podobnie jak w wielu regionach Polski. Róże w znacznej większości wymagają kopcowana, które przy takim prowadzeniu rabat nie jest w jakiś sposób utrudnione.
Sadzenie róż naturalnych w pobliżu fundamentów czy też podmurówki płotu na pewno tychże nie uszkodzi. Ta grupa róą rozrasta się szeroko i głęboko, ale poprzez ilość a nie ich siłę pojedynczych korzeni. Ja bardziej bym się obawiał jak też kulisty pokrój pogodzić z płaszczyzną płotu pełnego. Tu aby to było poprawnie, należałoby krzew o szerokości 2 m posadzić w odległości minimum 1 m. Gdyby to były róże pnące czy nawet wysokie ramblery to wówczas jak najbardziej sąsiedztwo płotu byłoby wskazane, jako podpora czy też ekran/tło. Natomiast jeśli płot jest ażurowy, typu sztachety czy kuta balustrada, to wówczas możemy krzewy sadzić bliżej i pozwolić pędom przechodzić na drugą stronę ogrodzenia – o ile oczywiście mamy pewność, że pędy po drugiej stronie płotu spotkają się z życzliwym przyjęciem :).
Pozdrawiam
(7 Luty, 2016)

Marek Moch:
Widziałem krzew dzikiej róży (R. canina) rosnący przy starym płocie z siatki metalowej. Róża posadzona zapewne kilkadziesiąt lat temu, z jednej strony przerosła na drugą stronę tego ażurowego płotu i tam stworzyła taki półparasol, z długich, przewieszających się pędów. Bardzo pięknie to wygląda. Skąd moje obawy dotyczące korzeni i pytanie? Otóż pędy były długie na 3 metry, a te starsze grube na dole jak przegub męskiej dłoni. Pomyślałem, skoro takie są pędy, to jakie są korzenie? I stąd moje pytania. Dziękuję za wyjaśnienia. Wydaje mi się przy tym, że w razie sadzenia przy murze - o ile znowu gałęzie nie uszkadzałyby ściany, ale to mniej prawdopodobne niż korzenie, a korzenie już wiem że nie - to taka dzika róża nie tworzyłaby typowego okrągłego krzewu, ale właśnie taki półparasol, przechylony w jedną stronę. Choć odpowiednie odległości są i tak zawsze ważne, aby to po prostu ładnie wyglądało z czasem, z wiekiem. Tak tak zima zima i po zimie. Przymierzam się do zdejmowania, ewentualnie rozszczelnienia, agrowłókniny. Czytam w internecie, że do końca lutego nie będzie już mrozów, poza kilkoma nocami z temp. typu minus 1 czy 2.
(10 Luty, 2016)

Marek Moch: Sprawdziłem dziś, co i jak pod okrywami. Ispahany mają zielone pąki, kilka z lekka nawet rozwiniętych, ale z lekka, liście z tamtego roku uschnięte, ale nie wszystkie "gałązki" przyliścienne odpadły od łodyg. Chyba zbyt dużo było tych warstw agrowłókniny No nic, pierwsze koty za płoty, poza tym zima była "specyficzna" Ponieważ jest coraz cieplej, zdjąłem część warstw agrowłókniny, zostawiając po dwie na każdy krzew (było ich więcej). Na Rabacie 5 Róż wszystkie róże miały kopczyki z ziemi, a na tym agrowłókninę, Rose de Resht i Comte de Chambord były przykryte ziemią w całości - dokładnie to CdeCh w pełni i prawie w całości RdeR. Zdjąłem z tych dwóch całkiem agrowłókninę, która była na kopcach i zostawiłem jedynie kopce ziemne, dosypując trochę ziemi na RdeR, tak aby gałązki były zakryte w całości. Oglądałem górę RdR przed zasypaniem i wyglądało to dość dobrze, przynajmniej na moje oko. Charles de Mills, Felicite Parmentier i Blanche Moreau - tu, z uwagi na większe rozmiary, część gałązek wystawała i wystaje ponad kopce, więc zdjąłem część warstw agrowłókniny i na każdym z krzewów zostawiłem po dwie warstwy. ChdeM i FP nie miały liści, BM miała je uschnięte a "gałązki" przyliścienne odpadły- wyrzuciłem to, podobnie jak przy Ispahanach. BM miała też z lekka rozwinięte pąki. Podobnie jak Ispahany. Wiosno przybywaj!
(Luty 23, 2016)




Marek Moch: Kopczyki usunięte, agrowłóknina zdjęta, róże dobrze podlane wodą. Zmieniłem trochę otoczenie bylinowe na Rabacie Pięciu Róż, było tam zbyt dużo różności, przekopując przy okazji ziemię - za jakiś czas, gdy osiądzie, dosypię w miarę potrzeby trochę ogrodowej, mam dwa worki ze sklepu. Poza różami będą tam jedynie niskie byliny zadarniające - dąbrówka rozłogowa, w wersji podstawowej, która jest zielona, kwitnie na granatowo, tworząc łany oraz fiołki i trochę pospolitych stokrotek. Poza tym zostały tam 3 jeżówki, biała i dwie różowe i 2 białe margerytki, jest też kępa różowego rozchodnika okazałego oraz drobne wiosenne cebulowe - śnieżyca, przebiśnieg, puszkinia i cebulica, syberyjska i dwulistna. Jest też kępa podbiału, który właśnie kwitnie. I to wszystko. Na drugiej rabacie przy Ispahanach zdjąłem keramzyt i położyłem go ponownie, dosypując wcześniej trochę ziemi tam gdzie osiadła i wzruszając ziemię wokół samych róż. Tam będzie kopytnik oraz kępa cebuli siedmiolatki i szczypiorku czosnkowego. Zrobiłem też oprysk miedzianem, tak jak Pan zalecał. Jeden z Ispahanów i Blanche Moreau mają już trochę małych listków, reszta jest na etapie rozwijających się pąków. Pozdrawiam!
ps. Gdzieś tak 2 lub 3 lata temu podarowałem znajomym trzy róże w doniczkach - Jacques'a Cartier, Mme Plantier i Erinnerung an Brod. Posadzili zbyt blisko i zbyt płytko-miejsce szczepienia jest nad ziemią. Rozmawiałem z nimi. Zgodzili się na ich rozsunięcie i wkopanie głębiej, ale z tym chyba trzeba by poczekać do jesieni?
(28 marca, 2016)

Piotr Szustakiewicz: Zima była jakby jej nie było, jednakże wiosna wcale z tego powodu nie przyszła wcześniej. Wegetacja róż wprawdzie ruszyła przy ciepłym lutym, ale potem się zatrzymała. Także, ja też usuwałem dopiero kopce w ostatnim tygodniu marca, choć tej zimy można je było sobie całkowicie darować, ale kto mógł przewidzieć jak to będzie z pogodą.
Wprawdzie terminem optymalnym jest sadzenie jesienne (krzewy z odkrytym korzeniem), ale przy pewnej dbałości wiosną też powinno się to udać. Z tym, że trzeba zacząc o tym mysleć już w listopadzie i wtedy też wykonać szkółkowanie takiej róży czyli szpadlem przecinamy bryłę wokół krzewu i kształtujemy karpę która chcemy przenieść. Pamiętamy tu, że róże ukorzeniają się nie tyle szeroko co głęboko i to przy szkółkowaniu trzeba uwzględnić. Dotyczy to zwłaszcza krzewów starszych, 3-4 letnich, o mocnych już pędach i tym samym korzeniach. Jak tylko ziemia rozmarznie powtarzamy szkółkowanie i po kolejnych 4-6 tygodniach karpa korzeniowa wraz z ziemią powinna być już związana i dać się przenieść w całości. Natomiast decydując się wiosną na przeniesienie należy zawsze uwzględnić pewne ryzyko utraty róży, ale im młodszy krzew tym jest ono mniejsze. Zdarzało mi się przesadzać róże 2-3 letnie (konieczność) w marcu i na początku kwietnia, bez ziemi (obsypała się przy wykopywaniu) i powiodło się to tak w ośmiu przypadkach na dziesięć. Gwarancji więc 100 procentowej nie daję, ale też całkowicie nie odradzam. Tym bardziej jeśli jest tak jak Pan pisze czyli miejsce szczepienia ponad ziemią, więc pewnie też korzenie są słabe i tym samym szanse na powodzenie wzrastają. Po przesadzeniu wiosennym róże trzaba systematycznie podlewać, aż bądą widoczne dobre oznaki przyjecia się krzewu (wykształcone pierwsze liście).
Pozdrawiam
(30 marca, 2016)

Marek Moch: Planuję, o ile będzie ostateczna zgoda, przesadzić je teraz, w najbliższy weekend. Zaryzykuję, mimo braku wcześniejszego szkółkowania. Sądzę, że bryła korzeniowa będzie u każdej niezbyt duża. Z uwagi na to bardzo wysokie posadzenie, a także dlatego, że róże rosły samopas, a warunki nie były idealne.

Ekologiczne preparaty na mszyce i choroby grzybowe róż z bardzo ciekawego blogu Maczka – niepodlewam.blogspot.com
Przepis I
Wyciąg ma niszczyć nie tylko mszyce, ale też przędziorki, miodówki oraz roztocza. Można go stosować profilaktycznie do oprysku warzyw, drzew i krzewów w okresie kwitnienia. Podobno dobre rezultaty daje dwukrotny oprysk, przed i po kwitnieniu. Jest bezpieczny dla pszczół oraz trzmieli ! Nie wymaga podgrzewania ! Wykonanie i użycie tego samego dnia, więc sądzę że nie ma mowy o przykrych zapachach. Składniki to 40 dekagramów świeżych korzeni, łodyg i liści mniszka. Bez kwiatów. Oraz 10 litrów ciepłej, nagrzanej słońcem wody. Najwięcej substancji czynnych ma być w korzeniu i krótkiej łodydze wiosną i wczesną jesienią. Mniszek trzeba dobrze rozdrobnić i zalać wodą na 2-3 godziny. Potem przecedzić i opryskać rośliny. Trzeba to zrobić tego samego dnia, gdyż szybko traci swe właściwości.
Przepis II
Przepis na wyciąg z pokrzywy. Na mszyce i przędziorki. Składniki to kilogram świeżych liści i łodyg pokrzywy (albo 20 dekagramów suszonych) oraz 10 litrów ciepłej, nagrzanej słońcem wody. Nie trzeba rozdrabniać. Wkładamy to do wiaderka, zalewamy wodą na 24 godziny. Potem odcedzamy i opryskujemy lub podlewamy. Nie wymaga rozcieńczania. I tu również prędko zużywamy, bo wywar szybko traci swe cudowne właściwości.
Przepis III - doskonała gnojówka z pokrzywy. Wykonanie tak jak wyciąg, lecz musi stać 2-4 tygodnie. Kiedy zaczyna wyglądać i „pachnieć” jak gnojówka rozcieńczamy w stosunku 1 litr gnojówki na 10 litrów wody i podlewamy rośliny, co je pobudza i poprawia kondycję. Dobrze robi też glebie. Podobno bardzo ją lubią róże :)!!!
Podobnie można robić i stosować wyciąg oraz gnojówkę ze skrzypu. Jedyna różnica to krótszy czas „produkcji” wyciągu – 12 godzin, a w przypadku gnojówki inne proporcje rozcieńczania, mianowicie rozcieńczamy 1 litr gnojówki 4 lub 5 litrami wody (o skrzypie wiem z innej strony).

Gdzieś czytałem, że krzemionka ze skrzypu trafia do liści i powoduje, że są twardsze – mszyce nie dają rady ich nakłuć i zmieniają adres. Ja sam dodam, że mam też zamiar co jakiś czas podlewać Ispahany 10 litrami ciepłej od słońca wody w których rozcieńczę litrowy kefir naturalny i odczekam 24 godziny. Pisał Pan, że niektóre keramzyty mogą trochę zasadowić glebę, a Ispahany mam wysypane właśnie keramzytem, więc to może być niegłupie, przy tym jest dość delikatnym procesem.
Zastanawiam się też nad gnojówką z trawy, która ma ponoć zakwaszać. Niepełne wiadro skoszonej trawy ok. 10 l. zalewa się wodą i odstawia na 7-8 dni, a gdy sfermentuje rozcieńcza ok. 1,5 litra gnojówki na 10 litrów wody i podlewa wieczorem. Czytałem o tym co prawda przy rododendronach, ale w większym rozcieńczeniu powinno być dobre i dla róż, które przecież lubią lekko kwaśne podłoże.
Spróbuję też zrobić gnojówkę z igieł świerka. Panią Maczek zaciekawił ten mój pomysł, sama będzie więc robić z igieł sosny. Będziemy mogli podzielić się spostrzeżeniami. Co prawda ta gnojówka będzie przede wszystkim pod rododendrony, aby naturalnie i mam nadzieję mocno zakwasić glebę, bez ryzyka zasolenia, ale ponieważ róże też lubią trochę kwaskowatości, to i one ciut dostaną (zwłaszcza chodzi mi o Ispahany wysypane keramzytem), oczywiście mniej i w większym rozcieńczeniu.
Pozdrawiam
(3 kwienia, 2016)

Piotr Szustakiewicz: Bardzo ciekawy ten Pana wpis o poszukiwaniu naturalnych środków ochrony róż przed chorobami grzybowymi i szkodnikami. Mogą być one jak najbardziej alternatywą dla chemii, która zawsze niesie ze sobą skutki uboczne i powiedzmy sobie wprost – zatruwa ludzi tak samo jak ziemię, wodę i powietrze. Tym bardziej to smutne, że sprawcą tego wszystkiego jest człowiek, istota uważająca się na najbardziej rozumną. Nie wierzmy też w dobrotliwość czegokolwiek z chemicznych półek co jak się nam wmawia ma działanie selektywne i poza swoim celem do zniszczenia jest nieszkodliwe dla innych organizmów. Takim dobrym przykładem głupoty ludzkiej, no bo jak inaczej to nazwać, był środek owadobójczy o nazwie DDT, u nas znany jako Azotox. Stosowany od lat czterdziestych po lata siedemdziesiąte, z Noblem za jego odkrycie w 1948. Działał tak szybko i skutecznie, że używano go gdzie tylko się dało powszechnie, też w tak nieprawdopodobnych miejscach jak mieszkania i pokoje dzieci. Rozpylano go wokół siebie, aby chronił przed komarami i innymi owadami, a nawet nasączano nim tapety. Dopiero larum podniesiono jak zaczęły ginąć całe populacje ptaków odżywiające się tak zatrutymi/padłymi organizmami (przykład wymarcia północnoamerykańskiego sokoła wędrownego). Okazało się, że DDT niszczy strukturę wapnia, co najbardziej przejawiało się w niewytwarzaniu naturalnej grubości skorupy jaj, co w konsekwencji prowadziło do nieprzedłużania sie danego gatunku. To teraz pomyślmy jakie spustoszenia siał DDT w układzie kostnym dzieci, gdzie wapno odgrywa tak kluczową rolę. Jest też udowodnione (Stany Zjednoczone), że u wielu po latach jest wprost sprawcą choroby Alzheimera. U nas Azotoxem truto nas aż do 1976 roku. Potem można było trochę odetchnąć, ale też nie na długo. Już wkrótce rozpętano szaleństwo stosowania glifosatu, o którym już wiadomo, że powoduje choroby rakotwórcze i zmiany w naszym genomie. I trwa do dziś bieganie z roundupami do każdego mniszka lekarskiego, który gdzieś tam się wysiał na rabacie. Jakby było tego mało, to jeszcze "przedsiębiorcy" rolnicy używają go np. do przyśpieszania dojrzewania rzepaku, a co? Prawo nie zabrania, to i im wolno. Pryskają całe hektary uprawy tuż przed samym zbiorem, aby dokładnie łodygi równo/ładnie im zasychały. No i już można młócić... rzepak i kasę nie oglądając się na cokolwiek. Tak może pisze o tym ostro, ale wie Pan - no trudno tu zdzierżyć.
Tym samym jak widzę takie postrzeganie ogrodów, gdzie nie idzie się na chemiczną łatwiznę to serce to cieszy jak najbardziej. Dziękuję za ten wpis i miło mi będzie jeśli pojawią się następne z Pana doświadczeniami w tej materii. Ja zrezygnowałem z chemii już będzie kilka lat temu, a mając za sobą niestety ten pierwszy niemądry czas kiedy jej używałem. Pierwsze lata są trudne, mszyc i wszelkiej zarazy jest więcej niż przed opryskami. Ale z roku na roku jest już tylko lepiej, co raz więcej spotykam biedronek i błonkówek, które jak nikt inny potrafią zadbać o róże.
No-spray garden to nie jest moda, to konieczność jeśli chcemy przetrwać i nie wyginąć dokładnie w ten sam sposób jak giną mszyce. Pomyślmy też czym może być takie sprawdzenie jak też pachną nam róże po potraktowaniu ich środkiem chemicznym przeciw szkodnikom. Toż to gorsze niż wypalenie paczki papierosów. Zapach róż ma być różany i zdrowy, w żaden sposób nie powinien zaciągać decisem. Ja mam też taką własną obserwację z nie mojego ogrodu, że róże opryskane najnormalniej tracą zapach. Przestaje być wyczuwalny kiedy przechodzi się obok. A tam, gdzie ogrody wolne od chemii, nad wieloma krzewami nie trzeba się wcale pochylać – obłok różanej wonności rozpościera się niczym ten u wzorcowej "Duftwolke" (HT, Tantau, 1967)...

Pozdrawiam
(10 kwietnia, 2016)









Marek Moch: Dzień Dobry. W ostatnich dniach miałem dość silne deszcze. Co prawda wszystkie krzewy są wkopane zgodnie z Pana wskazówkami, lecz jedna z róż czyli Blanche Moreau była najbardziej "wyciągnięta" - długie dość wiotkie pędy, przy tym te wszczepienia były dość słabe, moim zdaniem miała najgorsza ziemię w doniczce. Mimo głębokiego wkopania, sadzenia, wystaje więc z uwagi na to że miała długie pędy najbardziej ponad poziom ziemi. Zaczęła też już mocno rosnąc, jak pisałem ma najwięcej rozwiniętych liści - choć na marginesie powiem, że Ispahany też idą szybko:), a pozostałe też są super. I po tych deszczach dziś zobaczyłem że jeden z pędów leży na ziemi, pochylił się tak mocno, że leży, mam nadzieję, to okaże się za jakiś czas, że nic tam się nie wyłamało. Bardziej stawiam że po prostu połączenie: wiotkie pędy + dość duże już liście + dość ich dużo + woda z deszczu i pod ciężarem pęd się położył na ziemi. Czy mam go podpierać, wyprostować i podeprzeć? Czy już teraz przyciąć?
(15 kwietnia, 2016)

Piotr Szustakiewicz: Dzień dobry. Ja nie podpieram pędów róż krzewiastych (parkowych), nie palikuję. Tnę i w ten sposób wzmacniam, aby w przyszłości mi się nie pokładały. W przypadku tej Blanche Moreau też bym tak zrobił i tez później w sezonie jak pojawią się podobne stany. W przypadku takich pędów tniemy nawet o 2/3 , szukając oczka skierowanego na zewnątrz. Tniemy również tak zwane strzały, czyli pędy proste wyrastające z podstawy nierozgałęzione. Wprawdzie one kwitną, ale strasznie rozbijają pokrój. W przypadku już starszych krzewów, zwłaszcza ramblerów to można je tolerować, ale w przypadku młodszych i niższych ja to wycinam, czasami od razu a w ostateczności po kwiatach. Z palikowaniem i podpieraniem jest tak, że  pędy róż jak tylko dostana jakąkolwiek podporę to od razu zaczynają się piąć. Stąd np. u mnie bardzo ładna "Reine de Violettes" na ścianie, co jest niewątpliwym ewenementem w prowadzeniu tej odmiany. Myślę, że przy odpowiedniej woli ogrodnika bardzo wiele róż historycznych opisywanych jako krzewiaste (shrub) da się prowadzić jako pnące.
Także, ja zalecam cięcie, jeśli chcemy mieć formy typowo krzewiaste, o pędach mocnych i wyprostowanych. Na Mazowszu też pada prawie codziennie i ogród mam jeszcze trochę w pokrzywach :). Ale to dobrze, ziemia potrzebuje wody.
Pozdrawiam
(16 kwietnia, 2016)

Marek Moch: Dziękuję za rady. Tak właśnie ciachnąłem, miejsce cięcia lekko posmarowałem ekodermą. W ostatnim czasie jest tu u mnie dość wilgotno i jednocześnie dość zimno. Na jednym z Ispahanów zobaczyłem, mam wrażenie, jakby ostatnio zwinęły się niektóre liście
i jakby były z lekka, z lekka, zwiędnięte, bardziej suche, nie tak jędrne jak inne. To nie to że są suche, ale przy dotyku nie czułem tej jędrności. I jakby gałązki wygięły się z lekka w dół, ale znowuż same pędy (te gałązki) wydają się jędrne przy dotyku. Nie wiem, czy nie spanikowałem, ale kilka z nich (liści) uciąłem, a miejsce ucięcia delikatne posmarowałem korodermą - widać to np. na dole po prawej na zdjęciu ispahan 2, takie 2 białe kropelki, to koroderma. One (liście) są co prawda młode, ale - to też moje wrażenie, może przesadne - wygląda to jakby były z lekka zwinięte i jakby by róża miała trochę sucho, a przecież - jak napisałem - to niemożliwe.
Ja wiem, że one są młode, lecz na drugim krzewie one są bardziej wyprostowane. Czyżby coś je poraziło?

Natomiast na drugim Ispahanie są też trochę wygięte łodygi, myślałem że to od wiatru, ale przecież to chyba niemożliwe,
nie są odgięte całkiem w dół, ale tak w bok i zastanawiam się, oglądając zdjęcia w internecie, czy to jednak nie jest zwiot różany lub brózdownica pędówka?
(18 kwietnia, 2016)

Piotr Szustakiewicz: Ja nie widzę zmian chorobowych na tych pierwszych liściach i pędach wierzchołkowych. To najpewniej ich nadwrażliwość na aure, która za bardzo wiosenna to nie jest. Zdarzają się ciepłe dni, ale też bardzo chłodne. Tym bardziej, że bardzo mocno u Pana już te róże ruszyły. U mnie nie ma jeszcze tak mocnych tegorocznych przyrostów. Ale jeśli nawet z jakichś powodów te liście się stracą to na ich miejsce pojawią się nowe. Pędy są najważniejsze. Ja zwłaszcza dokładnie pilnuję je wiosną czy nie pojawiła się wspomniana  bruzdownica pędówka lub zwiot różany. To największe zagrożenie tego czasu, w porę nie podjęta interwencja może nas kwiatów róż całkowicie nawet pozbawić. Ale to też żaden z tych przypadków.
A jeszcze do zmian na liściach. Znalazłem takie zdjęcie u siebie po przymrozkach z ubiegłego roku ("Marechal Davoust", Moss, młoda róża) i proszę zobaczyć jak mocno poskładały się liście. Widoczne jest nawet spodnia strona blaszki, która tworzy kształt łódki. Natomiast jeśli żeruje nimułka to z mocich obserwacji wynika, że wówczas to wywinięcie jest w przeciwną stronę.....

Jeśli krzewy miałyby za sucho, bo jednak ich system korzeniowy jeszcze nierozbudowany, to trzeba podlać. Niech Pan sprawdzi jaka jest gleba pod keramzytem na głębokości 5 cm, powinna być lekko wilgotna jeśli były opady. Keramzyt, choć porowaty i przepuszczalny, jest zawsze pewną barierą zatrzymująca deszcz i powietrze, przy położonej oczywiście grubej warstwie. Młode korzenie generalnie mają większe wymagania niż starsze i wszystkie te czynniki są dla nich bardziej ważne.
(19 kwietnia, 2015)

Marek Moch: Tutaj w Wielkopolsce jest cieplej niż u Pana na Mazowszu, ale wczoraj nocą było zero. Dwa poprzednie dni w ciągu dnia sucho i zimno (kilka stopni ponad zero). Dziś jest zmiana, od ok. 14 zaczęło się ocieplać, przy tym jest sucho, nie pada. Ale jeszcze wcześniej było wilgotno, padało dość często, przez dłuższy czas. Czasem było ciepłej, czasem mniej ciepło. I padało. I stąd się wystraszyłem, z tymi liśćmi Ispahana. Ma Pan rację, że tu chyba nic strasznego nie było, zrobiłem mimo to mały oprysk wyciągiem z czosnku i czosnku niedźwiedziego (4 pocięte ząbki czosnku i 3 pocięte liście czosnku n. moczyłem w domu w litrze wody przez 24 h, a dziś przecedziłęm i opryskałem tą "wodą" róże - wiatr i lekkie słońce spowodowało, że liście są już suche).

To prawda przyrosty są, podobnie jest - a nawet jeszcze mocniej - na Blanche Moreau. Stąd pisałem do Pana (raz jeszcze dziękuję za wyjaśnienia), co robić bo liście BM były tak duże i wobec tego ciężkie po deszczu, że podczas deszczu jedna z gałązek leżała na ziemi.
Ciachnąłem. Jest ok. Puszcza z boku poniżej, na zewnątrz krzewu. Ciachnąłem jak Pan zalecił. Pozostałe też ruszyły, niesamowite jest jak one starają się "wykorzystać miejsce" - na tych różach które były większe i bardziej wystawały z ziemi (BM, FP, ChdeM i Ispahany) przyrosty są na górze, nie tylko co prawda, ale góra bardziej. Ale Rose de Resht i Comte de Chambord były mniejsze, więc wystają z ziemi na ok. 10 cm. I na nich wszystkie, dokładnie wszystkie pąki na gałązkach puściły liście. Piękna gęstwina. A do tego z ziemi wychodzi po pędzie przy każdej, czyli liście idą też z pąków które są trochę w ziemi.
Keramzyt pod Ispahanami jest lekki a sama warstwa nie jest zbyt gruba, ot tyle aby nie było widać ziemi, ale wystarczy lekko przegarnąć i ziemia jest widoczna, zaś ponieważ zimą łaziłem po nim robiąc te chochoły ufff :) to na wiosnę starannie cały zdjąłem i wzruszyłem ziemię, dosypując trochę kwiatowej tam gdzie się pozapadała od wody. Potem sypnąłem ponownie keramzyt. Teraz sprawdziłem jeszcze jak wpływa on na ph gleby - jest między 6 a 6,5, a dokładnie ok. 6,2 pH. Wypróbowałem też siarkę w granulkach, sypnąłem ciut ciut ciut na keramzyt i ona powpadała, częściowo dzięki deszczowi, między keramzyt, nie widać jej, ale w razie co podkwasi, ale powoli, jak to siarka.
Zaś na rabacie 5 Róż po przekopaniu, wzruszeniu i ostatecznym obsadzeniu bylinami wyściółkowałem taką samą ziemią kwiatową, jaką uzupełniałem te małe zapadliska pod Ispahanami, ona jest z torfem. Pewnie odkwaszona, ale przewiewna.
Dziękuje za życzliwe rady i pozdrawiam.
(24 kwietnia, 2016)

Piotr Szustakiewicz: To bardzo dobrze, że Pan tak dokładnie przypatruje się swoim różom. Potwierdzając wątpliwości czy też je rozwiewając, zdobywa się wiedzę i doświadczenie. Tym bardziej to ważne, że zarówno Pan jak i ja, nie jesteśmy ogrodnikami z wykształcenia. A jeszcze do postępowania z dziwnymi liśćmi, które wydają się być niezdrowe. To można to też zrobić tak jak za Karola Wielkiego bywało, kiedy to róże chroniono pozbywając się szkodników mechanicznie, czyli zrywamy i palimy liście z larwami i dorosłymi osobnikami (jeśli by takowe były). Zwłaszcza można to polecać tam, gdzie róż w ogrodzie niewiele, są młode i można to niedużym nakładem pracy przeprowadzić. Bezopryskowe to i zdrowe to dla ogrodu, zwłaszcza dla tych pożądanych w różach populacji biedronek i błonkówek. Wydaje mi się też za wcześnie na szkodniki u Pana, bo przecież starszych róż chyba w ogrodzie o ile wiem to nie ma, a najczęściej właśnie z nich jest wędrówka na młode krzewy. W szkółkach takich większych, to tej chemii używa się nawet za dużo i raczej róże już w sprzedaży są wolne od szkodników i chorób.
Jeśli to cienka warstwa keramzytu, to oczywiście wpływu na oddychanie gleby czy też dostęp wody mieć nie będzie. Dba Pan naprawdę  perfekcyjnie o te róże, jak czytam o opryskach z czosnku, mierzeniu i regulowaniu pH, i smarowaniu korodermem ran po cięciu. Warunki idealne, niczym wzorzec 1 m w Sewr, naprawdę. Ja oczywiście przy mojej różance (200 krzewów+) tego wszystkiego moim różom nie jestem w stanie zapewnić. Mam też młode róże i właśnie na nich te różnice w przyrostach są zdecydowanie na korzyść Pańskich, co oczywiście jest efektem tych wszystkich starań o których Pan pisze. Bez dwóch zdań - ma Pan serce i rękę do róż :)!
Pozostałe moje podopieczne ruszyły, zwłaszcza portlandzkie są już w liściach – zdjęcie z wczoraj "Comte de Chambord" po wczesnowiosennym cięciu kształtującym...
Trochę pustawo między krzewami, zostały ostatnie tulipany na tych rabacie, a będą jesienią nasadzenia piwonii, które teraz przyrastają w sadzie. Pod moimi krzewami (też starszymi) robię lekkie misy wiosną, rozgarniając na boki ziemię. Woda wtedy spływa do środka, a nie odpływa na boki. Nawet pilnuję w sezonie aby to zawsze było utrzymane.
Pozdrawiam.
(26 kwietnia, 2016)

Marek Moch: Jestem przeciwnikiem rozwiązań, które nie pozwalają oddychać ziemi. To efekt kilkuletnich (co najmniej) obserwacji.
W ogóle uważam, że "cudowne" nowinki ogrodnicze, mają często wiele ukrytych wad. Natura to natura. I naginanie jej na siłę, prędzej czy później kończy się ogrodniczymi klęskami. Potrafimy ją modyfikować, przecież róże które uprawiamy nie są czystą naturą!, lecz powinno się to robić z pokorą. I nic na skróty. Np. agrowłóknina, zmniejsza co prawda problem chwastów, ale - moim zdaniem - ma dużo więcej wad.
Tutaj jednak po prostu nie chciałem robić rewolucji. Miał być keramzyt, więc ok. ;) Warstwa jest jednak cienka, więc w sumie chyba bardziej pomaga niż szkodzi, chroniąc ziemię przed ubijaniem przez deszcz i nadmiernym wysychaniem. Problemem może być stopniowa zmiana pH. Lecz sądzę, że coroczne sypnięcie odrobiny siarki pozwoli na utrzymanie go w granicach 6 pH. Ale przede wszystkim będę obserwował róże, gdybym widział, że coś nie działa, będę korygował!
Dziękuję bardzo za pochwały:) Chyba mnie wzięło na róże :))
Choć przyznam, że czasem myślę, że trochę przesadzam ;)), ale to będzie się zmniejszać, doświadczenie daje spokój.
Proszę tak nie pisać :), Pan ma przepiękne róże, które rosną już któryś rok. A wtedy dopiero widać prawdę o ogrodniku i wartości jego starań. Wydaje mi się, że ciut przesadziłem z okrywaniem, a zima nie była mroźna. I stąd pąki ruszyły jeszcze pod okryciem.
Sądzę, że wszystko będzie dobrze, z prognoz wynika, że od następnego tygodnia ma być już cieplej.
A wie Pan, że takie misy mam pod częścią z nich. Pod Comte de Chambord, bo był najmniejszy i nie chciałem go na tym etapie rozwoju zadusić ziemią, pod Ispahanem - tym drugim, bo mimo dosypywania ziemi
wiosną, jest tam takie obniżenie. Myślałem, że z czasem to uzupełnię i wyrównam, a tu widzę że będzie robione w drugim kierunku.
Pozdrawiam.
ps. naprawdę piękny Comte :)
Zrobiłem też te misy, tak jak Pan zalecił. Są nie za wielkie, aby nie raziły, ale - przetestowałem - na tyle duże, że działają.
Robię też gnojówkę w 10 litrowym plastikowym wiadrze ciut EM-ów (aby nie śmierdziała :) oraz pokrojone skrzyp, pokrzywa, chrzan (parę młodych liści), podbiał, mniszek, czosnek, czosnek niedźwiedzi, koniczyna, krwawnik, podagrycznik, jasnota, stokrotki :) Wszystkie po trochu :).
(30 kwietnia, 2016)


 

Piotr Szustakiewicz: Dzień dobry. Ma Pan kilka róż więc z jednej strony to wspaniała okazja, aby wszystkie dopatrzeć w detalach, a z drugiej pewnej ryzyko, że można z tym przedobrzyć :). Żartuję sobie trochę, bo oczywiście każda dbałość o róże i ogrody jest czymś jak najbardziej godnym pochwały. Może tylko pamiętajmy, tak jak pisałem na początku naszej rozmowy, aby młodym różom pozwolić szukać składników pokarmowych i tym samym rozrastać się przez to. Podawanie nawozu na talerzu powoduje, że korzenie gnuśnieją i nie przyrastają, a przez to nie tworzą tej solidnej bazy pod przyszłe duże krzewy. Ta gnojowica w przypadku tych starszych, to błogosławieństwo, ale w przypadku tych młodych może być też pewnym wstrząsem, nadmiarem którego krzewy nie będą zdolne przetworzyć. Nie byłoby też pożądane, aby w tym pierwszym roku nastąpił bardzo szybki wzrost, doprowadzający do wybujania pędów. Gdyby Pan zauważył nadmierne pokładanie i potrzebę palikowania, to wtedy zamiast tego ja opowiadam się za cięciem. Korzenie to taki fundament i teraz przez dwa kolejne lata ma się na nim budować parter, czyli odpowiednio mocne pędy dołem, które w przyszłości utrzymają wyższe partie, piętra liści i kwiatów.
(12 maja, 2016)

Marek Moch:  Tak. Pamiętam co Pan pisał, lecz bardziej chciałem je wzmocnić niż "podpędzić", taki był cel, ale rzeczywiście co za dużo to niezdrowo:). We wszystkim trzeba zachować umiar, ale nie zawsze to się udaje :). Wczoraj w rozmowie o obornikach znajomy nastraszył mnie turkuciem. Ja użyłem obornika końskiego, nie krowiego, bo teraz trudno znaleźć naturalny, krowy są faszerowane dodatkami paszowymi, antybiotykami itd., kiedyś gdy jako dziecko jechałem na wieś to uwielbiałem ten zapach :). Teraz, gdy przejeżdżam koło fermy krowiej, niedaleko mnie jest taka, to zapach jest nieprzyjemny. Ale i tak mnie dość mocno nastraszył. I kto wie, pewnie teraz użyłbym mimo wszystko krowiaka. O to widzę, że cięcie będzie potrzebne, bo np. Blanche Moreau znowu zaczyna się pokładać, ale poczekam aż przekwitnie.
(13 maja, 2016)

Piotr Szustakiewicz: Tak dzisiaj tylko krótko się odpiszę z tym turkuciem podjadkiem (roboty w ogrodzie huk :), którego zwłaszcza na rabatach z różami mam sporo. Obok mojego ogrodu jest taka niezagospodarowana działka, pełna dziko rosnącej roślinności i stamtąd on sobie tu hasa, ale chyba ostatnio mniej bo na granicy porozrastały się szachownice cesarskie i czosnek (też przeciw kretom), których zapachu nie znosi. Samej tej wiosny złapałem już ze 20 sztuk, szkoda mi go trochę niszczyć i wywożę na nieużytki, z dala od pól uprawnych. Z tego co ja wiem to największe straty powodują samice, które podgryzają korzenie młodych roślin, aby te uschły i odsłoniły drogę promieniom słonecznym, które są niezbędne do wylegania się młodych. Sprytnie to pomyślane, prawda :)? Jednakże turkucie w ogrodach nie są atrakcją i należą do szkodników.
Jeśli miałby Pan też chwilę na zrobienie kolejnych zdjęć róż to będzie mi bardzo miło zamieścić je w witrynie. Ja w tym roku doprowadzam do ładu taką drugą dużą rabatę z różami historycznym (25 krzewów). Posadziłem tam pierwsze róże 4-5 lat temu i przygotowałem odpowiednio stanowiska, natomiast pomiędzy nimi to wszystko dopiero teraz robię. Dużo tam czystej gliny z kiedyś kopanego stawu, no i atrakcja w postaci skrzypu :).  Mam też trochę tak, że ogrodem to zajmuję się według przychodzenia roślin. Marzec kwiecień to generalnie tulipany, maj-czerwiec to hosty, a od czerwca-lipca jest czas na róże :). Oczywiście w międzyczasie znajduję czas na inny inwentarz roślinny, którego ani się człowiek obejrzał trochę nazbierało.
Pozdrawiam.

Marek Moch: Ja pewnie go jednak nie mam, bo wszystkie róże są ok, poza tą którą nadmiernie się zajmowałem :)
Ale i ona dochodzi do siebie :). Bardzo ciekawe spostrzeżenia, też lubię jak tworzy się samoczynna równowaga, nie za bardzo uśmiecha mi się mordowanie różnych gadzin przy okazji różowania :) A podobno nawet turkuci jest dużo mniej niż kiedyś. Czosnki, ja koło Isphanów mam wsadzone, nasiona cebuli siedmiolatki i szczypiorku czosnkowego. A na rabacie 5 róż szał. Mam nadzieję, że trawnik wokół to przeżyje. Zrobiłem zdjęcia róż - wyślę je, wybrane.
Jeden z Ispahanów ...

Blanche Moreau...


i Felicite Permanier pąki...


Comte de Chambord...

Tydzień, dwa i będzie super.
Pozdrawiam
(26 maja, 2016)

Piotr Szustakiewicz: Dzień dobry. Dziękuję za zdjęcia i całą korespondencję. Róże wspaniałe, jak pamiętam swoje w tych odmianach, to prezentowały sie może w połowie tego co podziwiam tu na Pańskich zdjęciach. Kwitnienie w pierwszym roku po posadzeniu jest raczej skąpe albo nie ma go wcale, a tu rewelacja. A co dopiero będzie w kolejnych latach :)...
U mnie też w kwiatach od kilku dni obie R. foetida ("Austrian  Cooper" i "Persiana"), "Frihlingsduft" i "Nevada". O tak 10-14 dni wcześniej niż zazwyczaj. Oby tylko jaki deszcz spadł, bo sucho niemiłosiernie. Nie było mnie trochę w domu, a powrót wiosną po kilku dniach do ogrodu to najpierw radość z tego co zakwitło i przyrosło, a potem łapanie się za głowę ile to trzeba zrobić zaraz/teraz. Ot takie ups and downs ogrodnika :). Róże w tak suchy czas mają się jak najlepiej, wspomniana "Fruhlingsduft" rozpościera się tak 4 m w kwiatach w tym roku. To dobry rambler, pędy trzymają całkiem nieźle wzniesiony pokrój, bez konieczności dawania podpór. W moim ogrodzie jeszcze dość młody, w wieku lat sześciu...

Nareszcie wczoraj przeszła ulewa i bardzo dobrze, bo zaczynała mi się już woda w studni kończyć :).
Pozdrawiam
(31 maja, 2016)

Marek Moch: Dzień dobry.
Bosko, jest bosko... Kwitnie Blanche Moreau, Felicite Parmentier, Rose de Resht, Ispahan, zaraz będzie Comte de Chambord. Czekam tylko, w lekkim strachu czy nie pomylili w szkółce czegoś, na Charlesa de Mills. Czy to on, a on zbiera się dopiero do kwitnienia :). Ale pąki rozwijają się i chyba to on, muszę poczekać jeszcze z tydzień. Felicite ma taką niesamowitą cytrynową nutę! Nie dość, że są różne kolory kwiatów, różny ich kształt, także w trakcie rozwoju, różne liście, różne ich kolory jesienią, to jeszcze różne zapachy, bo np. Ispahan jest inny. Ten drugi Ispahan które prawie zachuchałem na śmierć :), już jest na nogach.
Wczoraj baardzo mocno padało.
Pana sposób sadzenia jest SUPER!!! Nikt mnie już nie przekona, że trzeba to robić inaczej!
Z ziemi, zwłaszcza przy Ispahanie, tym którego sadziłem sam (bo jak mówiłem miałem pomocnika), tym nie zachuchanym haha, wyrastają mocne, grubsze zdrowe proste pędy, zwłaszcza jeden jest widoczny, ale podobnie jest z Blanche Moreau. Ponieważ mam jeszcze aparat, zrobiłem parę zdjęć i pozwolę sobie je przesłać, z prośbą (przy wolnej chwili) z pytaniem, jak ciąć. Bo Blanche Moreau leży, podobnie Felicite oraz trochę Ispahan. Blanche była w najgorszym stanie, zbyt długo w doniczce i chyba pechowo w ogóle dostała jakąś taką złą ziemię, a przy tym zaskoczyła najlepiej (!) i nowe duuże liście i ciężkie kwiaty przeginają stare gałązki.
Podobnie jest z Felicite, wczoraj odciąłem jeden kwiat, bo leżał na ziemi, twarzą do dołu.
Niesamowity Ispahan, kwiaty zmieniają kształt w trakcie rozwoju, trochę też kolor, a poza tym jeden z kwiatów jest biały.
Pozdrawiam.
(2 czerwca, 2016)

Piotr Szustakiewicz: Bardzo mi miło czytać i widzieć tę radość z pierwszych własnoręcznie wyhodowanych róż. Cieszy też, że nabiera Pan  przekonania do sadzenia krzewów na głębokości 10 cm, bo pamiętam, że na początku naszej rozmowy miał Pan wątplwiości czytając to co pisałem na ten temat :).
U mnie jak nie padało to nie padało, ale jak już przyszło, to najpierw ulewa, a potem burzowa nawałnica. I proszę sobie wyobrazić, że mi taki twister powalił niczym drzewo "Rose de Rescht", prawie 10 letni krzew. Był posadzona solidnie zgodnie ze sztuką, tylko 4 lata temu zmuszony byłem w tym miejscu obniżyć rabatę o jakieś 5 cm, aby nowoposadzone bukszpany na żywopłot i ścieżka były wyżej. Prezentuje się od dawna już bardzo ładnie. Na zdjęciu z 2015 roku, w towarzystwie innych róż. Z lewej róża burbońska "Souvenir de la Malmaison" (wspaniała jak zawsze w nazwie, jak i kwiatach), powyżej "Graham Thomas" Austina (najprawdopodobniej, identyfikacja własna po pomyłce szkółki), obok na płocie niecodziennej urody "Emelie" rodem z Norwegii i z prawej "Marie Curie" (odmiana Meillanda, choć dla nas oczywiście Polka z pochodzenia :)...

Wracając do "Rose de Rescht", zawsze się zastanawiam na jakiej podkładce była szczepiona. Nie daje odrostów, a powinna. Od początku tworzy tylko gruby pień, który jak teraz powiało, to poszedł do góry i krzew położył się na bok podpierając na pędach...

Kolejne zdjęcie to stan już po przycięciu części pędów i obsypaniu się kwiatów. Nie jest źle, ale to tak 2/3 róży ze stanu przed kataklizmem :). Aby ustabilizować całość wbiłem pal drewniany u podstawy, do którego przymocowałem najstarsze pędy. Młode trzy zostały przygięte do ziemi na odkłady, z czasem wzmocnią lub nawet zastąpią mateczny krzew...

Piszę tak o tym wszystkim, aby też pokazać jak ważne okazuje się niskie posadzenie i samoumocowanie się dobre krzewu w glebie. Zwłaszcza dotyczy to kilkuletnich róż o znacznym pokroju, ta moja "Rose de Rescht" to ponad 2 m średnicy Dla tak rozbudowanego krzewi te jedyne 5 cm okazało się być za mało, a przy tym jestem pewien, że gdyby nie potrzeba usunięcia wspomnianej warstwy 5 cm i pozostawieni na głębokości 10 cm, to do tego wszystkiego by nie doszło.
Kolejne zdjęcie to stan już po przecięciu i obsypaniu się kwiatów. Nie jest źle, ale to tak 2/3 tego co powinno być. Aby ustabilizować całość wbiłem pal drewniany u podstawy, do którego przymocowałem najstarsze pędy. Młode trzy zostały przygięte do ziemi na odkłady, z czasem wzmocnią lub nawet zastąpią mateczny krzew.
Pozdrawiam.
(4 czerwca, 2016)




Marek Moch:
U mnie róże w rozkwicie i w rozroście. Ispahan którego z lekka zachuchałem już odbił - w tym roku nie zakwitnie, ale jest zdrów i ma się dobrze. Ten drugi obok ciągle rośnie i kwitnie, oczywiście stare pędy pokładają się pod ciężarem liści i kwiatów, lecz wybiło już chyba 5 nowych, grubszych, całkiem prostych i do tego z ziemi. Oto efekt właściwego posadzenia! Zrobił się mały zagajniczek. To prawda, miałem wątpliwości, bo taką głębokość (10 cm) zalecał w sumie Pan ... i jeszcze jeden Szwed z Blekinge, na którego stronę natrafiłem w internecie (Raskarums Plantskola). Gdy wspomniałem o nim na stronie M. Sołtysa, oj byłem przekonywany przez jednego Pana, że to zbyt głęboko.
Blanche Moreau całkiem się pokłada pod ciężarem kwiatów, ona była w najgorszym stanie, pędy byłe cienkie, chyba zbyt długo była w doniczce w szkółce. Podobnie jest z Comte de Chambord, ma ich mniej, ale baaardzo duże. I też z Felicite Parmentier, choć ta leży trochę mniej. Właściwie to tylko Rose de Resht trzyma się prosto choć też cały czas pięknie kwitnie i Charles de Mills. Z tym ostatnim jest mały problem, bo jak Pan wie pierwsze kwiaty nie wyglądały na kwiaty ChdM, pojawiła się wątpliwość czy nie doszło do pomyłki w szkółce, czy to czasem nie Rosa Mundi względnie Camaieux, lecz chyba muszę poczekać. Zostały bowiem jeszcze, rozwijają się właśnie, 3 pąki i te są inne niż te pierwsze! Są ciemniejsze.
Byłbym bardzo zadowolony, gdyby się okazało, że to jednak Charles. Rosa Mundi i Camaieux są przepiękne, lecz nie mam za bardzo miejsca, a z Charlesa nie zrezygnuję. Ale gdyby to jednak nie był Charles, to dla tej na razie nieznajomej miejsce znajdę, a w ramach reklamacji dostanę jesienią stuprocentowego Charlesa ze szkółki. Poza tym jedna z internautek, z którą rozmawiałem na stronie M. Sołtysa o ChdM, zaproponowała mi że prześle mi sadzonkę Charlesa! To dzięki jej wpisom wybierając róże zdecydowałem się na Charlesa. Otóż róża tak, jak to galijki, wędruje sobie po ogrodzie za pomocą odrostów i ona takie ma. Wspomniał Pan w mailu, że to nie byłby zły pomysł. No ale jak piszę wyżej trzeba poczekać. Sama zaś propozycja była przemiła, przemiła. Obecnie obserwuję co dzień róże, zachwycam się kwiatami i nie "biegam" koło nich za bardzo po wpadce z Ispahanem, bo to przecież róże - są jak rycerskie córy! Piękne, lecz też silne. Dają mi naprawdę dużo radości.
Pozdrawiam.
(14 czerwca, 2016)

Marek Moch:
Dzień Dobry. I już wszystko wiadomo. Róża kupiona jako Charles de Mills nie jest nią. Ze szkółki dostałem informację, że to może być Rosa gallica Versicolor (Rosa mundi). Doszło gdzieś do pomyłki u producenta przy oznaczaniu szczepionych róż... Miałem jeszcze nadzieję, bo tak jak Pan kiedyś wspomniał - pierwsze kwitnienie nie zawsze jest poprawne, kwiaty mogą mieć inny niezbyt poprawny kształt czy kolor. A tu rzeczywiście pierwsze kwiaty były do niczego niepodobne. Czekałem, bo zostały trzy rozwijające się pąki, dwa i jeden. Pojedynczy i jeden z dwóch zakwitły. Są już w pełni rozwinięte i wybarwione. Wydaje mi się, że to jednak Versicolor. Kwiaty są półpełne i duże, średnicy prawie 10 cm. Przesyłam zdjęcia. Czy mam rację?

Oczywiście nie zrezygnuję z Charlesa de Mills! Jak już pisałem, mam bardzo miłą propozycję od rosarianki poznanej na stronie M. Sołtysa. Mogę dostać od niej sadzonkę Charlesa, która powstała z rozłogów jej Charlesa (typowa cecha galijek). Ale co zrobić z Versicolor? Za bardzo mi się spodobała, nie oddam jej.  I czy to faktycznie Versicolor?. Poza tym mam zamiar zrobić obwódki z bruczku wokół obu rabat, to wprowadzi spokój i pewną schludność, da efekt zakończenia prac, tym bardziej, że na rabatach rosną byliny, mają się przerastać, w dość naturalnym stylu. Obwódka byłaby wskazana wizualnie. Na większej rabacie muszę też wysypać parę miejsc zrębkami, mam tę starą dębinę, która miała być opałem, ale leży od wielu lat, może w którejś z firm ogrodniczych w moim mieście zrobią mi z tego zgrabne zrębki. Wtedy mógłbym chodzić po nich przy odchwaszczaniu. Ziemia na rabacie jest dość pulchna i teraz robię ślady, wgłębienia, chodząc bez ładu. Tak będę chodził po zrębkach, wysypię je tak, aby mieć dostęp do całej rabaty. Rabaty mają mieć dywan z bylin, mam tam fiołki, stokrotki, dąbrówkę ale też podbiał i wrotycz , maczki, jeżówki i margerytki i paru naturalnych pasażerów na gapę, lubię "chwasty", lubią je też owady, pszczoły, trzmiele, bzygi. Ale mimo to pewne rzeczy muszę wyrzucać, nie wszystkie dzikie rośliny można tolerować. A z brzegów nie sięgam do wszystkich jej części. Pomyślałem też, że mógłbym nią również wyściółkować ziemię wokół róż. Propozycja sadzonki Charlesa od Pani EM (rosarianka ze strony M. Sołtysa) jest - teraz, tzn. po przekwitnięciu, ale czy w takim okresie - bo to przecież pewnie będzie za 2, 3 tygodnie, mogę przesadzić Versicolor? Bo w jej miejsce pójdzie sadzonka Charlesa. O poprzednich Pana wpisach będę pisał za małą chwilę. Teraz tylko rozpisałem się o swoich sprawach. Ufff Pozdrawiam.
(18 czerwca, 2016)

Piotr Szustakiewicz: Dzień dobry.Tak, to zdecydowanie jest róża francuska "Versicolor". Zgadza się wybarwienie kwiatów (bardziej stonowane niż "Camayeux"), ale przede wszystkim widoczny doskonale kształt - "Versicolor" to półpełny z ilością płatków 9-16, natomiast "Camayeux" bardzo pełny czyli ponad 40 płatków (poniżej na zdjęciu dla porównania)...

Widoczne są też charakterystycznie dla "Camayeux" okrągłe pąki i to również dość ważna cecha rozróżniająca te dwie odmiany. Sama sprawa oznaczania róż bez nazwy, do prostych nie należy i nie zawsze same kwiaty, aby to
poprawnie zrobić wystarczą. Mogą się one różnić w swoim kolorze, w wielkości i zapachu – w zależności od nasłonecznienia stanowiska, warunków pogodowych w danym sezonie i warunków glebowych. Natomiast ich kształt i ilośc płatków to cechy mniej podatne na zmiany. Podobnie za stałe czyli te które nie kłamią, można przyjąć liście (kształt, kolor, faktura) oraz pędy z kolcami. Także jeśli przytrafi nam się nam już taki przypadek, to starajmy się go rozpatrzyć w tych wszystkich aspektach, a nie skupiajmy uwagi tylko na kwiatach.
Mamy tu do czynienia z ewidentną pomyłką szkółki, która zdarzyła się choć nie powinna. Tłumaczenie, że róże kopane są późną jesienią, bez kwiatów i często liści, że zagony sąsiadują obok siebie, że pracownicy się pomylili – to nie powinno być 'zmartwieniem' klienta. To nie tylko chodzi o to, że tracimy pieniądze, ale przede wszystkim czas. Jednakże, zdarza mi się też otrzymywać takie inne róże niż zamawiane i potem przy eklamacji jeśli tylko widzę dobrą wolę ze strony sprzedawcy, aby sprawę rozpatrzyć na korzyść klienta (bo i przecież to nie moja wina) i dostaje mi się choć jedno słowo 'przepraszam', to oczywiście jestem w stanie to zrozumieć. Natomiast nie do przyjęcia jest odpowiedź ze szkółki z pretensjami jak to ja śmiem im głowę zawracać (a takie też mi się dostały). A poniżej aktualny przykład z mojego ogrodu, sprzed kliku dni.
Jesienią 2013 roku, wraz z innymi różami nabyłem w znanej szkółce, Rosa alba "Königin von Danemark" (Booth, Anglia, 1829). W 2014 nie kwitła, jak i w 2015. W tym roku kwiatów było już bardzo dużo i zdecydowanie nie jest to ta odmiana, choć rzeczywiście Rosa alba. Kwiaty są średnicy 7 cm, czyli mniejsze, powinny być 10 cm. W kształcie podwójne do 25 płatków i w żaden sposób ćwierćrozetowe czy rozetowe (41+). Wszystko wskazuje na to, że jest to róża biała (wg niektórych źródeł mieszaniec Rosa alba) w odmianie "Céleste" (Francja, 1759 lub tez Holandia, c. 1739)...

Pół biedy, że nie mam skądinąd tej bardzo zacnej róży i jest w kolorze/rozmiarze jak KvD, więc nie muszę jej przesadzać. Ale straciłem dwa lata jak nic i teraz będą kolejne znowu takie z czekaniem na kwiaty
. Oczywiście zachowałem paragon, który dołączyłem wraz ze zdjęciami do wysłanej reklamacji. Czekam na odpowiedź, bo i zależy mi bardzo, aby mieć w ogrodzie odmianę "Königin von Danemark".
Jednakże zupełnie czymś innym niż powyższe przypadki jest kupowanie róż (zwłaszcza wyhodowanych w ostatnich latach) w internecie, na kiermaszach lub targach, w cenie 1/2 tych sprzedawanych z licencją w szkółce. I potem zaczyna się na forach dopytywanie co też mi zakwitło. Napiszę wprost – takie przypadki nie zasługują na pomoc przy oznaczaniu. Plant Breeder's Rights (prawa własności hodowcy) powinny być szanowane, a sumienie ogrodnika czyste. Poza tym, jaka to radość z posiadania w ogrodzie takiej nieoznaczonej róży? Imię róży, jak żadnej innej rośliny, jest jej nieodłączną częścią. Parafrazując tu pana Szekspira - róża nazwana innym imieniem, nie pachnie już tak słodko :).
Sprawa wykonania stałej obwódki rabaty to oczywiście kwestia gustu, a o tych wiadomo – trudno dyskutować :). Ja przy tak małej rabacie dałbym raczej wąską kostkę i kolorystycznie niewyróżniającą się zbytnio na trawniku. Obok jest szeroki pas brukowanego podjazdu i z nim też to musi pozostawać w zgodzie. Na pewno z praktycznego punktu widzenia jest to dobre rozwiązanie, które zaoszczędzi czasu na docinanie brzegów trawnika, tego przylegającego bezpośrednio do rabaty. Problem wydaje się tu być tylko jeden, rabata jest teraz niżej niż trawnik, czyli trzeba dać kostkę brukową na tyle wysoką, aby dała się umocować trwale. Chyba, że byłaby jakaś podsypka cementowa, która z czasem związałaby całość. Albo też podniesie Pan poziom rabaty w strefie przy brzegach, co wydaje mi się naturalniejszym rozwiązaniem, podobnie jak i wysoka kostka. Ściółkowanie, zwłaszcza takie nie zmieniające pH gleby, jak najbardziej służy różom. Uwzględnić tylko trzeba kopcowanie krzewów na zimę i wiosną rozsypywanie ziemi, która będzie mieszać się ze ściółką i prowadzić do jej zanikania. Zrębki dębowe będą solidniejsze niż kora, ale nie mogą być zbyt duże, aby nie były tym co najbardziej będzie widoczne na rabacie. Jest tam również wiele bylin i cebulowych, których nie mogą całkowicie zakryć. I jeszcze jedna sprawa, ta struktura gleby jest jeszcze dość luźna po tym ubiegłorocznym bardzo solidnym przekopaniu w głąb i trzeba trochę czasu aby to się zespoliło. Może warto rozważyć zatem ściółkowanie do chodzenia po nim dopiero w przyszłym roku, bo być może w ogóle nie będzie potrzebne.
Ja ostatnie przesadzania róż, o ile muszę, to robię do końca maja. Potem już jest zbyt ciepło i duże zapotrzebowanie pędów na wodę, której niezbyt dobrze pracujące korzenie mogą nie nadążyć dostarczać. Poza wiosną, przesadzałem też różę jesienią, począwszy od początków października i tu też mam z tym związane dobre doświadczenia.
Pozdrawiam
(25 czerwca, 2016)




Marek Moch:
Dzień Dobry. Zwrotna informacja ze szkółki, gdzie kupiłem Charlesa, ta po zgłoszeniu wątpliwości, była zgodna z prawdą: doszło do pomyłki i sprzedano mi Versicolor. Swoją drogą z dokładnie taką samą omyłką – kupiony Charles de Mills okazał się starodawną galijką Versicolor – miała do czynienia autorka bloga Balkon Pełen Róż. Pisałem z nią o tym. A w szkółce p. Choduna k. Jarocina (ja jestem z niej b. zadowolony, ale dowiedziałem się od innej internautki rosarianki - EM, że i tam zdarzały się wpadki), w której kupiłem wszystkie pozostałe róże, też nie chcieli mi w tym roku odsprzedać ChdM … bo i tam mają pomyłkę w szczepieniach i nie zaryzykują. Godna pochwały rzetelność. Moje wnioski: cokolwiek by nie pisały, czy nie sugerowały szkółki, nie produkują wszystkiego co sprzedają. Albo sprowadzają z zagranicy, albo produkcją zajmuje się (przynajmniej w znacznym stopniu) jedna polska szkółka i potem sprzedaje dalej do innych, a te do klientów. Jak na początku doszło do pomyłki, w tym "wąskim gardle", to i potem już się to potoczyło… Ooo moim skromnym zdaniem ocena (Versicolor, Camaieux) nie była taka łatwa! Nawet nie chodzi o to, że pierwsze kwiaty były całkiem niedorobione, lecz proszę spojrzeć na moje zdjęcie róży, to z nierozwiniętymi pąkami, jeden jest wydłużony (jak u Versicolor), ale drugi … okrągły jak u Camayeux! Ja o tym nie pisałem, ale od razu zwróciłem na to uwagę. A jednak ostatecznie to Rosa Mundi. Właściwie to całe to zamieszanie nie byłoby takie złe, bo Versicolor jest naprawdę przepiękna, lecz chciałem mieć Charlesa (choć nazwa mi nie pasowała zbytnio, wolę czysto francuskie, a ta taka trochę anglosaska, pasująca bardziej do alb). Bardzo chciałem Charlesa. Teraz byłem nawet zdecydowany, na wymianę i oddanie Versicolor. Lecz nie za bardzo mi się chce przesadzać Versicolor, a w to miejsce dawać Charlesa. Versicolor stała się już moja i żal mi się jej pozbywać. Poza tym jakby czuła i stara się pokazać z najlepszej strony, pięknie rośnie. Choć mam już znalezione dla niej miejsce jakby co, u znajomej. Stanowisko tam super, ale ziemia… trzeba by roboty. W szkółce gdzie kupiłem Charlesa mam propozycję wymiany jesienią (nieodpłatnie, przy tym Rosa Mundi zostaje u mnie, a poza tym, tym razem ma to być na pewno Charles). No i wspaniała propozycja EM (internautka i rosarianka z portalu M. Sołtysa). To dzięki jej wpisom w tamtym roku zdecydowałem się na Charlesa. Jeśli tylko będę chciał mogę dostać od niej szczepki, sadzonki Charlesa. Bo ten jak wiemy, jak na galijkę przystało, rozchodzi się rozłogami. Ale wtedy albo wydaję Versicolor i w to miejsca trafia Charles, albo robię dla niej (Versicolor) dodatkową rabatę, na co nie mam miejsca. Albo.. rezygnuję z Charlesa. I zostawiam Versicolor. Na miejscu Charlesa. EM napisała mi maila o pięknie Versicolor i jest on równie poetycki jak ChdM. I Mam problem haha. A co Pan sądzi o pomyśle, abym zostawił u siebie zamiast Charlesa Versicolor? Wydaje mi się, że kolorystycznie to by nie wyglądało źle. Róża ta nawet bardziej pasowałaby do koncepcji rabaty nieco naturalnej, mam tam te wszystkie dąbrówki, cebule, kopry, wrotycze, fiołki i stokrotki itd. ostatnio dosadziłem krwawnik, pięciornik i głowienkę pospolitą. Potrzebuję natury, mam silną potrzebę oglądania czegoś co będzie mnie zachwycać. A w niej róże...

Problemem jest tylko wzrost Versicolor. Czy w tym miejscu gdzie miał być Charles Versicolor nie będzie zbyt niska? Co prawda W. Gubała na portalu M. Sołtysa pisała kilka lat temu, że jej Versicolor ma ponad półtora metra… Też uważam, że warto kupować nawet drożej, lecz w szkółkach, z dobrego miejsca. Wiedząc co to za róża. Nazwa. No jasne, że to też ważne Ja kupowałem róże kierując się ich cechami zewnętrznymi, odpornością, oraz nazwami. Może to głupie, ale bardzo długo zastanawiałem się nad Charlesem, bo nie podobała mi się ta anglosasko brzmiąca nazwa. Mimo negatywnych ocen M. Sołtysa na temat Blanche Moreau (swoją drogą, przynajmniej po pierwszym roku u mnie, moim zdaniem błędnych) musiałem ją mieć, bo nazwa mnie urzekła. Tak jak Felicite Parmentier. A propos Felicite. Ma wspaniały, bardzo ciekawy zapach, taki z nutą cytryny. I długo trzyma kwiaty. I jest faktycznie zgrabna i elegancka, do tego zdrowa. Dobrze przygotowana ziemia. Dużo gliny. Teraz dałbym nawet jej więcej. Rzecz jasna też trochę grubego piasku, gałązek i obornik. No i głębokie sadzenie!! To podstawa. Tak! Dokładnie jak Pan zaleca. Miałem wątpliwości, już ich nie mam. A wpis o Pana Rose de Resht jeszcze tylko potwierdza konieczność sadzenia głębokiego. Te dwie rzeczy są kluczowe. Blanche Moreau, którą M. Sołtys tak "objechał" - nie zgadzam się z nim! Z całym ogromnym szacunkiem! Rosła najlepiej, były okresy deszczy, a liście leżące na mokrej ziemi bez zarzutu, leżące bo były tak duże i tak dużo kwiatów że wyginały gałązki. Comte de Chambord był gorszy w liściach, ale jakie miał kwiaty - ogromne. Lecz teraz odbija! I znowu szykuje się do kwitnienia. Rose de Resht - cudne liście i non stop kwitnie. Koło niej, na wierzchu jest taki przypadkowy jęzor gliny. To pewnie też pomaga. Głębokie sadzenie i dobra gleba, z gliną. Ispahan. Ten, którego nie umęczyłem ma ponad metr. Drugi już w pełni zdrów i nadgania. Versicolor rośnie i rośnie. I coraz bardziej cieszy. Nie pryskam, nie wyrywam "chwastów" poza niektórymi, mam silną potrzebę, aby tam rosło naturalnie, oczywiście w razie czego wejdę z korektą, interwencją, gdyby zaczęło to przeszkadzać różom, ale na razie zachwycam się. Obok róż, w środku rabaty rosną dwa wrotycze, na większym na gałązkach z kwiatami w kilku miejscach pełno mszyc, ale na róże nie wchodzą. Nawet za bardzo nie podlewam, a jeśli to – proszę nie krzyczeć – niezbyt zgodnie z zasadami, nie za bardzo mi to szło, rabaty … więc podlewam po całości, w tym i po liściach, pilnując tylko aby były to takie popołudniowe pory i czas, aby szybko mogły obeschnąć. Oczywście gdy zimno i wilgotno odpuszczam te eksperymenty. Ale głownie deszcze – wczoraj padało i jak one w ciągu nocy wyskoczyły. Obciąłem część pędów, tych leżących, chyba pierwszy raz nie był idealny, ale nie martwię się. Za chwilę zaczną kwitnąć jeżówki, więc poza masą bzygów, które ściągnęły maczki kalifornijskie, będą i pszczoły i motyle (Versicilor też by je ściągała). Na razie nie robię obwódki i zrębków. Właściwie to pomyślałem o tym głównie z uwagi na pewne problemy z wykaszaniem na granicach, oraz dlatego że bywa że muszę wyrywać jakieś chwasty ze środka rabaty i wtedy wchodzę tam i depczę. Pomyślałem że zrębkami zrobię sobie stałe dróżki, aby tylko tam chodzić, ale czy to dobry pomysł. Teraz głownie się cieszę, daje mi to dużo radości, na pewno zrobię zmiany przy Ispahanach, tam jest za dużo szczypiorku czosnkowego i cebuli siedmiolatki, w złym miejscu...

Pewnie wyrzucę i posieję na nowo – cebulę i raczej koper. Ale powoli… W parku w Koźminie Wlkp. w kilku miejscach piękne róże, ale o tym może innym razem… Pozdrawiam
(4 lipca, 2016)

Piotr Szustakiewicz: Dzień dobry. Gwoli krótkiego wyjaśnienia, na pojawiające się kwestie związane z uprawą róż i nie cierpiące zwłoki, zawsze staram się odpowiadać najpóźniej następnego dnia po ich pojawieniu się w witrynie. Tak też było z powyższym wpisem Pana Marka, na który odpisałem się szybciej emailem, a treści w witrynie pojawiają się teraz czyli trochę później. Roboty w ogrodzie huk i czasu na pisanie nie zawsze starcza. Pierwsza połowa lipca to m.in letnie cięcie róż i usuwanie przekwitłych kwiatostanów u róż powtarzających. U tych, które kwitną tylko raz, tej czynności nie przeprowadzam, aby później w sezonie móc podziwiać owoce. Jednakże najbardziej czasochłonne w ogrodach bezopryskowych jest pielenie rabat, zwłaszcza po czasie deszczowym. Róże powinny być zadbane i móc się prezentować dobrze bez względu na porę roku. Nie przekonuje mnie prowadzenie róż całkowicie pozostawionych samym sobie. Kiedy spotykam się z tym, to najczęściej słyszę, że to taki celowy zamysł aby było naturalnie. No tak, ale naturalnie to mogą rosnąć sobie gatunki i odmiany róż dziko rosnących, a i nie należy tego mylić z zachwaszczeniem krzewów aż po wierzchołki. Róże bez względu na to jaki to jest ogród z założenia (angielski, francuski, klasyczny czy modern) zawsze powinny być wyeksponowane i prezentować się po królewsku. Oczywiście w ogrodach wiejskich, tam gdzie wrotycz, jaskółcze ziele czy naparstnica się sama sieje, też róże mogą i powinny być zadbane.

Rabata Pięciu Róż, jak na zdjęciu powyżej to dobry przykład, że można ekspansywne rośliny, takie nie zawsze uważane za ozdobne (co oczywiście jest kwestią gustu), pogodzić z różami. Wszystko jest kwestią pracy i ogrodniczego pomyślunku. Jest też tak jak mawia Alan Titchmarsh – ogrodnictwo to takie ciągłe boksowanie się z Naturą. Czyli są rundy w których się wygrywa i takie gdzie nie jesteśmy górą. Nie tyle też chodzi tu o wygraną, a bardziej o sam udział. Nie dajmy się znokautować, ale też starajmy się nie powalić Natury na deski.
A dbanie o róże, to moje wspomniane pielenie rabat, choć nie jakoś szczególnie lubiane, to ma też swoje dobre strony. Tak blisko róż to rzadko się bywa i widzi się wtedy znacznie więcej niż tylko tak przechadzając się po ogrodzie. Ja w tym roku zauważyłem, że tyle biedronek siedmiokropek i innych, co teraz to nigdy nie było. Aż "przeszkadzają", bo każdą napotkaną na chwastach oczywiście przenoszę w róże lub też bukszpanowe obwódki. Doszedłem też do takiego wniosku, że bukszpany są ulubionym miejscem dla bożych krówek i odkąd się pojawiły na mojej różance, to ich populacja z roku na rok znacznie przyrasta. Co oczywiście mnie bardzo cieszy, bo przed siedmioma laty, kiedy całkowicie odstawiłem opryski to był czas, że przywoziłem je do ogrodu. Raz jeszcze tutaj polecam odstawienie chemii, im wcześniej to tym lepiej dla biedronek, róż których nam strzegą, ogrodu i naszego zdrowia. Tak tylko przypomnę, że wspomniana siedmiokropka to dziennie potrafi schrupać kilka dziesiątek mszyc, a jej postać larwy nawet i 700 w ciągu swojego rozwoju. A jeszcze wracając do bukszpanu, może to nie przypadek, że tak często spotykany jest w sąsiedztwie róż. Może to jeden z tych podrzuconych nam pomysłów autorstwa samej Natury.
Pyta Pan o "Versicolor" i czy też może pozostać, skoro już tak ładnie się zadomowiła. To róża francuska i stąd też nie jest dużym krzewem, trzyma się tego 1 m wysokości i szerokości 1.5 m. Starsze krzewy kwitną długo i bardzo pewnie. Nie pokładają też pędów, a przewieszają łagodnie pod ciężarem kwiatów. Te zarówno w swym podwójnym kolorze, kształcie i zapachu są bliskie różanej perfekcji. Nie tylko moim zdaniem to jedna z najbardziej wartościowych róż historycznych, nieustępująca w kwiatach, odporności na choroby i mróz, tym nowoczesnym. Przy całym moim szacunku do Old Roses, to jednak zauważam też ten postęp w hodowli róż na przestrzeni wieków i to że wiele odmian po 1867 roku czy też po 1914, jest w swych wymiernych cechach doskonalsza. Zatem jeśli spotyka się różę historyczną która przez wielu uważana jest za równą tym nowoczesnym, to taka odmiana musi być niezwykle wartościową. Tu na Rabacie Pięciu Róż była jeszcze ta kwestia przy "Charles de Mills", że jego sąsiedztwo zgodnie z Pana zamysłem, to bardzo podobne w kolorze "Rose de Rescht" (pisałem o tym na stronie piątej). Także teraz po tej mimowolnej zamianie, kwiaty każdej z róż będą lepiej widoczne. Nie będzie już do czego się przyczepić :), a i rabata została wzbogacona o nową wartość bicolor, czyli kwiaty dwukolorowe. O to że będą przerwy między krzewami to ja bym się nie martwił, u starszych nawet róż zawsze będzie się pojawiać wspomniane już przewieszanie pędów pod ciężarem kwiatów, także rabata będzie wypełniona.
(10 lipca, 2016)

Marek Moch: Dzień dobry. Bardzo trafne uwagi dotyczące biedronek i bukszpanów. I bardzo ciekawe. Bukszpany jako azyl dla petronelek. Hmm muszę to poobserwować. Warto pomagać naszym rodzimym biedronkom także dlatego, że obecnie są pod silną presją zamorskich arlekinów z Azji, z USA. A w ogóle natura jest niesamowita i warto się wspomóc jej siłami, wykorzystać je. Koło Felicite Parmentier rósł u mnie jakiś żółty rumian (złocień?). Teraz przekwitł, a że nie wyglądał już zbyt dobrze, więc go wyrzuciłem. Ale ad rem, kwitł przepięknie. Rósł też super. Myślałem najpierw, że to wrotycz, lecz nie. Kwitł małymi słoneczkami, lecz większymi trochę niż wrotycz. Ściągał różne owady. Motyle, bzygi. Dużo różnych bzygów. Także mszyce :) Duuuużo mszyc ha ha ha. Kilka z jego gałązek było aż czarnych od nich, tak ich tam dużo było. I to nie trwało dzień, czy dwa. I one w ogóle nie ruszały Felicite !! Była dla nich mało interesująca, a raczej rumian (złocień) był dużo bardziej ciekawy i smakowity niż Felicite.
Można więc nie stosować chemii i nie mieć mszyc na różach; A rumian (złocień) po przekwitnięciu wyglądał średnio, lecz taka jego natura, poza tym przed ostatnim czasem burz były u mnie upały i te dały mu się we znaki. Mszyce nie zrobiły mu żadnej szkody. Poza tym, no po prostu nie chcę, odrzuca mnie na samą myśl, że mam z jednej strony coś sadzić aby rosło i żyło, a jednocześnie niszczyć resztę życia wokół chemią.
ciąg dalszy w kolejnym wpisie...
Pozdrawiam
(11 lipca, 2016)

Marek Moch: A zatem decyzja podjęta! Na Rabacie 5 Róż zamiast Charles de Mills będę miał starodawną Rosę Mundi! 
Nie będę brał dla siebie Charles de Mills, ani od przemiłej EM, ani ze szkółki w której doszło do omyłki. Bo na Rabacie 5 Róż ma być ich 5. A nowej rabaty nie planuję jednak zakładać. Być może ze szkółki wezmę w ramach reklamacji Charlesa, lecz dla kogoś innego, w prezencie, ale to jeszcze przemyślę. Jeśli tego też nie zrobię, to nawet nie wiem, czy zażądam zwrotu pieniędzy za Rosa Mundi, w sumie mam ją i będę miał, więc zwrot zapłaty się nie należy. A ponieważ chcę aby rabata była naturalna, ta będzie nawet bardziej tam pasować. Nie aspiruję do ogrodu angielskiego, bo nasz klimat nie jest angielski. Ani do francuskiego, bo nie mam ochoty na formalizm i jego, zrozumiałe i konieczne, ograniczenia i nakłady pracy. Chcę aby rabata była taka trochę ... chłopska :); w wiejskim stylu. Brytyjczycy używają bodaj określenia cottage. Cottage lecz a la polonaise ha ha. Ma być naturalna, swobodna. Bez potrzeby ciągłej pracy. Oczywiście w pewnych granicach, bo to przecież kultura; a nie natura. Nie można też puścić wszystkiego samopas, bo rodzime, dzikie rośliny są silniejsze. I też dlatego, że tutaj będę czerpał przyjemność również z samego kształtowania rabaty, kształtowania przeze mnie, nie siłami natury. Ale kształtowania spokojnego, to ma być przyjemność, bez ogrodniczej; napinki;, kolejna poza samą obserwacją, oglądaniem. Nie przymus. I raczej nie boks ha ha ha. Bardziej wypalanie ceramiki, formowanie. Eksperymentowanie. Przyjemna obserwacja efektów, błędów (też!), ocena, ewentualne korekty itd. itd. itd. Słowem zabawa. Tak. Kawałek ziemi gdzie będzie też trochę puszczenia samopas, bo uwielbiam oglądać jak natura wywija się spomiędzy naszych palców tzn. planów ha ha. Gdzie ważniejsze będzie samo, z lekka górnolotnie pisząc, tworzenie, a nie cel. Przynajmniej na razie, dopóki mnie to bawi. Choć cel też będzie, jest, gdzieś na względzie. Sądzę, że w ogólnym zarysie wiem, co będzie na końcu, ale w ogólnym i to może ulec zmianie. Ale jednocześnie, już widzę, że dzikość poszła zbyt daleko. Będą ingerencje. Ale jeszcze nie teraz; brak czasu i weny. No i oczywiście ma Pan rację; różom należy się stosowne miejsce i traktowanie, to przecież szlachetne rośliny. To też wezmę pod uwagę. Ale o tym i o wpuszczaniu natury do ogrodu może jeszcze napiszę kiedy indziej.
W tym tygodniu MOCNO u mnie WIAŁO (i padało).
Róże sadziłem w tamtym roku, kupione w doniczkach w znanej wszystkim rosarianom szkółce spod Jarocina (poza Rosa Mundi, która miała być Charlesem, tę kupiłem gdzie indziej). Ja uważam, że szkółka jest b. dobra, lecz mimo wszystko doniczki to doniczki. Pędy i liście były słabsze, cieńsze, mniejsze, bardziej wiotkie. Dotyczyło to części róż, zwłaszcza Blanche Moreau była bardzo słaba. Wyciągnięte, wątłe pędy i nieduże, dość blade liście. Słabo kwitła. Za długo w doniczce. Po posadzeniu do gruntu, już w tamtym roku widziałem, że zaskoczyły. Ale dopiero w tym poszło na ostro ha ha ha. I najbardziej Blanche. Duuże liście, duużo liści, duuże kwiaty, duuużo kwiatów. Wszystko ciężkie, więc gałązki z tamtego roku wygięły się na zewnątrz krzewu i w dół, do ziemi. Część nawet na niej leżała, co im swoją drogą nie przeszkadzało, liście rosły, kwiaty kwitły. A ponieważ trochę przeszarżowałem z troską o jeden Ispahan; już jest ok, ale jest o połowę mniejszy od drugiego, co widać na zdjęciu; i ponieważ kwiaty Blanche były naprawdę piękne, to ciachnąłem za Pana radą; lecz tylko raz, jedną gałązkę, tak w połowie. Wyprostowała się, ale za jakiś czas znowu leżała; nowe liście i nowe kwiaty.
No i jakiś czas temu uznałem, że muszę coś z tym zrobić i ciąć. Pamiętałem, że tniemy nawet o 2/3, nad pąkiem który jest na zewnątrz. Tak na marginesie, pąki śpiące nie zawsze są widoczne w ciągu roku, czyli patrzymy skąd wyrasta liść na łodydze, tam jest pąk śpiący? Lecz zwłaszcza u Blanche te zewnętrzne pąki skierowane były co oczywiste do ziemi, nawet częściowo na niej leżały. No bo stare gałązki wygięły się na zewnątrz i w kierunku ziemi, blisko niej, część leżała na niej. To spowodowało też, że ze starych gałązek, tych wątłych z tamtego roku (lecz z pąków wewnętrznych), oraz z okolic gdzie wystawały one z ziemi, wybiły proste, nowe, grube pędy. Wybiło też jak napisałem część z pąków w glebie, pędy wyrastały obok starych gałązek, wprost z ziemi.
Ciachnąłem dość mocno, tak właściwie to z tych starych gałązek zostało tylko to z czego wybiły te nowe proste, wraz z wyrastającymi z nich nowymi, grubymi, prostymi pędami i takimi samymi wyrastającymi z miejsce w pobliżu, wprost z ziemi (te kawałki starych zostawiłem, za tym ciąłem pochylone w bok części starych gałązek). Czytam teraz kolejny raz wpisy na stronie i dochodzę do wniosku, że chyba Blanche Moreau ciąłem źle, bo zostawiłem te proste pędy - które chyba są określane jako strzały (?). Może powinienem był też mniej skrócić te stare pędy, ale pomyślałem; cóż nowe już wybiły i to z wewnętrznych pąków, stare mimo wszystko też trochę zdążyły zesztywnieć, w pozycji poziomej, nie mogę chyba zostawić tych w poziomej dłuższych, bo z nich też wtedy wybiją kolejne proste i za dużo będzie tych prostych opartych, wyrastających, z poziomych starych. Myślałem też, że krótko tnąc zdopinguję do wybijania nowych pędów ze starych gałązek, lecz z pąków w ziemi.
Ciachnąłem też trochę Comte de Chambord, on słabo wystawał z ziemi, bo był mniejszy, przy głębokim sadzeniu wystawało niedużo. Wiosną mocno wszystko wybiło, było dużo pąków i dużo kwiatów, potem część liści jakoby przypaliło (?), ciachnąłem dość nisko, zostały sterczące, dość prosto, niezbyt długie gałązki, na razie z części z nich nic nie wybija, wystają tak na 6,7 cm, mają tam z 2,3 miejsca oczkowe (tzn. te liście o czym wyżej), no nie wiem, poza tym wybija trochę z dwóch pozostałych gałązek. Oraz z ziemi.
Innych w sumie nie ruszałem; poza podcięciem, ale niewielkim, Felicite Parmentier i Rosa Mundi. Na zdjęciach które Panu wysyłałem widać dobrze Blanche i Ispahany (nie ruszane, ze starymi i nowymi pędami), inne trudno było mi dokładnie sfotografować, mimo prób. Na zdjęciach nowe pędy były odgięte, lecz wtedy było to tylko w momencie wiatru. Bo już zaczęła się powoli wietrzna pogoda, gdy je robiłem.
Lecz teraz po tych wichurach Ispahany odgięły się z lekka na stałe; chodzi o nowe pędy, bo są też stare, gdyż tu nie ciąłem. Odgięły się też nowe pędy Blanche i jeden, najdłuższy pęd Felicite. Te wyprostowane, tegoroczne (pędy Ispahanów, Blanche Moreau i Felicite Parmentier) odchyliły się na boki, w kierunku na zewnątrz krzewu, i pochyliły w kierunku do ziemi. Niektóre dość mocno, np. najdłuższy pęd Felicte nie leży na ziemi pewnie tylko dlatego, że rosną tam byliny i na nich się zatrzymał. Obawiałem się, czy czasem coś się nawet nie wyłamało, ale jest ok, wszystko jędrne i zielone.
Lecz pewnie będę musiał znowu ciąć, w dobrej ziemi róże wybujały, a to pierwszy rok... I chyba dość szybko, bo te wygięte pędy na końcach odginają się już do góry.
Cięcie - o dwie trzecie, tak aby pęd się w miarę wyprostował, szukając oczka na zewnątrz- i pytanie: nie martwiąc się chyba o to, że oczko takie (zewnętrzne) skierowane "twarzą" jest do ziemi? (To dotyczy m.in. Felicite). I tak się pewnie pęd wywinie do góry- taki wyrastający z oczka. (?).
Jak już napisałem, czytam kolejny raz wpisy na stronie i dochodzę do wniosku że na Blanche Moreau chyba poprzednio ciąłem źle, bo zostawiłem te proste pędy, strzały (?). Z drugiej strony mając obawy (po mych działaniach z Ispahan) zbyt długo czekałem z cięciem i pędy z poprzedniego roku leżały już i to "na sztywno" na ziemi. No nic. To teraz pozostaje mi chyba je (strzały) ściąć do 2/3, celem rozkrzewienia.
Co Pan sądzi?
Byłbym wdzięczny za uwagi dotyczące cięcia. Już dzięki Panu wiem, jak przygotować ziemię i jak sadzić. Teraz cięcie :) Może mógłby Pan wkleić jakieś swoje zdjęcia, ewentualnie użyć moich które podobnie jak szkice przesłałem, aby to objaśnić. Kwestia cięcia jest jeszcze dla mnie trudna.
Pozdrawiam! :)
(18 lipca, 2016)


 

Piotr Szustakiewicz: Róże w ogrodach angielskich to nie tylko rabaty i kwatery obwiedzione nisko ciętymi żywopłotami z bukszpanu. Takie założenie najczęściej spotyka się tam gdzie ilość odmian jest duża i stanowi różane kolekcje. Jest to forma mocno poukładana i sformalizowana. Jednakże w ogrodach Wyspiarzy znacznie częściej spotyka się róże na rabatach w połączeniu z innymi roślinami, w tym przede wszystkim bylinami. I to jest założenie znacznie trudniejsze, takie zharmonizowanie całości aby stanowiło łagodną jedność. Same rabaty stykają się tu najczęściej z trawnikiem przez omawiane przez nas w ubiegłym roku wcięcie. Położone są na jego obrzeżach lub też stanowią różane wyspy, zwłaszcza tam gdzie powierzchnia trawnika duża. Byliny docelowo mają zakrywać całe dolne piętro, jednakże nie mogą zdominować róż zarówno w rozmiarze jak i kolorze. Zadanie jest trudnym i trzeba z reguły kilka lat aby osiągnąć zamierzony cel. Na Pana rabacie doszukiwałbym się wielu akcentów tej ogrodniczej angielskości. Jest w niej duży potencjał i bardzo dobrze się zapowiada. Potrzebuje tylko czasu i doglądania, bo jak pisałem, róże nie mogą być pozostawione same sobie.
Jednym z elementów tej opieki jest cięcie, zagadnienie bardzo rozległe i różnorodne w zależności od tego jakiej dotyczy grupy – począwszy od krzewiastych/parkowych przez mieszańce herbatnie aż po miniaturowe. Odniosę się w tym wpisie, aby też nie zanużyć, tylko do kwestii związanych z różami młodymi o pokroju krzewiastym/parkowym, czyli dokładnie do tego o co Pan pyta. Najważniejszą kwestią, o jakiej trzeba bezwzględnie pamiętać, jest wyprowadzenie pierwszych oczek, z czasem pędów, na zewnątrz. Jeśli cięcie będzie na oczka wewnętrzne, bo tak akurat w danym momencie będzie nam się dobrze prezentował krzew, to w niedługim czasie przyjdzie nam się zmierzyć z jedną z dwóch niekorzystnych  sytuacji....

Jeśli pędy poniżej oczka będą wiotkie, co z reguły jest cechą krzewów młodych i niektórych odmian, to będą przyginane do ziemi pod wpływem ciężaru przyrostów/liści, będą się niepożądanie płożyć (rysunek po lewej stronie). Natomiast jeśli pędy będą silne, to zaczną się prostować w tej części poniżej cięcia i wówczas młode przyrosty będą kierowane do wewnątrz, powodując tym samym krzyżowanie i zagęszczenie (rysunek po prawej). Zaznaczyłem tu na czerwono całe pędy począwszy od podstawy. Oczywiście na tych szkicach wydaje się, że cięcie na oczka zewnętrzne spowoduje ich kierowanie się do ziemi. Może się tak stać jeśli pędy będą już mocno wygięte, wówczas tniemy tak nisko aby otrzymać pędy wzniesione poniżej cięcia. W sytuacjach szczególnych można pomyśleć o czasowym palikowaniu takich pędów, aż do ich wzmocnienia się. Choć ja nie daję podpór tylko tnę nisko, nawet na 20-30 cm. Jeśli po cięciu okaże, że jednak oczko zewnętrzne nie ruszyło, a za to poniższe wewnętrzne, to wówczas trzeba ciąć ponownie i niżej szukając oczka skierowanego na zewnątrz. Można wykorzystać tu też oczka śpiące, bez oznak ulistnienia. To pierwsze cięcie nadaje właściwy pokrój wzniesiony pędom aż po kres ich żywota, czyli często na lat pięć i więcej. Te problemy związane z cięciem wyprowadzającym pierwsze oczko z reguły dotyczą młodych krzewów, starsze potrafią sobie same z tym radzić, zwłaszcza jeśli zostały posadzone tak jak Panu zalecałem, czyli miejsce okulizacji na głębokości 10 cm. Poniżej przykład róży parkowej, "Rhapsody in Blue", która sama nadaje właściwe kształty swoim pędom u podstawy i tu ja nie mam nic do poprawiania. Pędy młode rosną prosto, są też odpowiednio zagęszczone, bo w tej partii krzewu to bardziej zaleta niż wada. Dopiero na wyższych piętrach należy dbać o szerokie prowadzenie i tym samym zapewniać dostęp promieni słonecznych do liści i kwiatów...


Pozdrawiam
(24 lipca, 2015)

Marek Moch: Przeczytałem to na spokojnie parę razy. Sądzę, że teraz dam radę zrobić to w miarę poprawnie. Piszę w 'miarę' tylko dlatego, że jestem nowicjuszem... ardua prima via est, co pamiętam z pierwszych lekcji łaciny w LO. Sam opis jest bowiem bardzo dobry, bo choć zwięzły to wszystko w nim jest, wreszcie rozumiem zasadę na jakiej to działa i cel jaki chcemy osiągnąć. Aby zreasumować kwestie cięcia:
– pędy tniemy aby oczko było na zewnątrz i aby pędy były wyprostowane, nawet jeśli cięcie będzie musiało być nisko;
– tak aby krzew w środku się nie zagęścił nadmiernie, bo to ważne;
– sens cięcia polega, aby robić to jak na "zwykłych krzewach", chodzi aby ukształtować krzew i go rozrzedzić, w sumie nie jest to jakaś czarna magia;
Jeśli miałbym pytanie, to czy można ciąć niżej niż 20, 30 cm? I jeszcze jedną prośbę, może mógłby Pan wkleić jeszcze jedno czy zdjęcia innych róż, które pokazywałyby, jaki ma być poprawny efekt.
W najbliższy weekend, o ile pogoda nie spłata figla, będę ciął. Spojrzę wtedy jeszcze na poprzednie Pana wpisy o cięciu i musi być dobrze. Co do reszty. Tak, to oczywiste. O róże trzeba dbać. I nie przesadzać ani w jedną, ani w drugą stronę. Ogród w którym mam róże jest pod linijkę, przy tym dużo iglaków, stąd rabata z różami miała dać powiew wolności. No i przesadziłem z jednym z Ispahanów wiosną, z nadmiarem starań, więc potem wahnęło się wahadło w drugą stronę ha ha. Lecz we wszystkim umiar. Ach angielskie ogrody... do tego trzeba mieć ich wiedzę, umiejętności, wieki doświadczeń i klimat.
Oglądam też moje bukszpany i na razie nie przyciągają biedronek. Ale to pewnie kwestia czasu i ich jeszcze niewielkich rozmiarów. Mam, już o tym pisałem, od tamtego roku dwie budki, dla dzikich pszczół, biedronek i złotooków. Za to jeżówki i inne kwiaty ściągają nie tylko trzmiele, pszczoły i motyle, ale też, podobne do pszczół czy os owadzie helikoptery, czyli różne bzygowate. Są ładne, a ich larwy uwielbiają mszyce. Czyli super dwa w jednym. Na Ispahanach zauważyłem część liści wygryzionych jak koronka, zostały nerwy. I dwóch sprawców: larwy. Poszukałem w internecie. To psowacz różany. Chyba najedzone ha ha leżały sobie zwinięte w kłębek na dwóch liściach. Zabawnie to wyglądało. Jak śpiące koty. Ponieważ tylko część liści jest zaatakowana, nie stosuję chemii, czyli w ogrodzie są też owady drapieżne i ptaki, a sam ich widok był pocieszny, więc .. nic z tym nie zrobiłem. W kolejnych dniach ich już nie było. Słabszy Ispahan odbił kolejnymi, dwoma nowymi, grubymi pędami, wyrastającymi z ziemi. Pozdrawiam ps. ma Pan może u siebie odętkę wirginijską? Myślę, czy jej nie posadzić. Nawet kupiłem jedną sadzonkę o białych kwiatach, zobaczywszy jak śmiesznie pszczoły na nich żerują, ale gdzieś wyczytałem że bywa ekspansywna...
Pozdrawiam i dziękuję za życzliwą pomoc.
(26 lipca, 2016)

Piotr Szustakiewicz: Odpowiem się dzisiaj tak krótko, a więcej przy zdjęciach jak tylko je zrobię. Co do Pana wniosków, to są jak najbardziej poprawne. "Czy można ciąć niżej niż 20, 30 cm?" Przy głębokim posadzeniu nawet jakby co obsunęło się na krzew, np. konar drzewa w czasie burzy i wygniótł/połamał pędy do cna, to i tak mają z czego odbić, jest zawsze te 10 cm zapasu w pędach z głębokiego posadzenia. To samo jest z cięciem, oczywiście nie ma potrzeby wycinać do zera, ale można ciąć poniżej 20 cm gdy trzeba. Tak dokładnie, kształt róż krzewiastych/parkowych to ma być taka korona jabłoni (powyżej pnia), z wieloma przewodnikami, prowadzona szeroko i niezagęszczona. Oczywiście współczesne odmiany zwłaszcza te w towarowych sadach z takim starodawnymi jabłoniami już mają mało wspólnego, najczęściej mają pokrój kolumnowy, aby jak najwięcej ich zmieścić.
Pozdrawiam
(26 lipca, 2016)


Marek Moch: Dzień Dobry. Właśnie skończyłem cięcie moich róż. Pierwszy raz. Bardzo ciekawe doświadczenie. Na przyszłość muszę jedynie kupić grubsze rękawice. Kolce!! Jest ciepła, sucha, słoneczna pogoda, ale nie za gorąco. Poza tym odchwaściłem, bo już tych moich naturalistycznych szaleństw było ciut za wiele ha ha ha. W następny weekend będę kończył bylinowe porządki.
Pozdrawiam!
ps. Musiałem zejść poniżej 50 cm tak a propos, aby zasada - pędy możliwie prosto i najwyższy pąk na zewnątrz - była zachowana.

(13 sierpnia, 2016)

Marek Moch: Dzień Dobry. Przycięte róże zaczynają puszczać pąki. Na Ispahanach widzę, na razie w jednym miejscu, że wybija pąk na zewnątrz, najwyższy pod miejscem cięcia przeprowadzonego zgodnie z Pana wskazówkami, ale i drugi, bardziej do środka krzewu, położony niżej. Ho ho. Co za wigor. Miał Pan też rację, za dużo tej dziczy było na rabacie 5 róż, tamte róże nie mają aż takiego poweru jak Ispahany, trochę były przyduszone, ale doszlusują na pewno, bo już zrobiłem mały porządek, a jeszcze poprawię. O róże trzeba dbać. Stwierdzam, że cięcie nie jest tak trudne jak mi się wydawało. Cóż.. doświadczenie ... Rose de Resht i Comte de Chambord: pozostałe po cięciu pędy nie są zbyt grube, ale musiałem je zostawić, inaczej nic by z krzewu nie zostało, musiałbym wyciąć wszystko. Te dwie bowiem wystawały z ziemi najmniej, były najmniejsze. Ciekawe czy te pędy z czasem zgrubieją...
Pozdrawiam

(30 sierpnia, 2016)

Marek Moch: Poszerzam lekko rabatę 5 róż. Mocno ją też odbyliniłem. Wokół róż jest czysta ziemia, będę pilnował, aby tam nic nie rosło. Róże są najważniejsze, a zadusiłem je trochę tą zieleniną. Zwłaszcza Ispahany, ale inne też. A propos Pana wpisu: jeśli po cięciu okaże się, że oczko na zewnątrz nie ruszyło, tylko to poniżej do wewnątrz, szukać niżej i ciąć raz jeszcze. A co jeśli ruszyły oba? Szczerze mówiąc ten wigor mnie tak zachwycił, że bym to zostawił. Jest tak w kilku miejscach na Ispahanach.

No i jednak bez chemii się nie obejdzie. Mam mnóstwo skoczków różanych. Dziś je opryskam, chcę to zrobić wieczorem, gdy już nic innego nie będzie fruwało. Pełno też psowaczy różanych (to te gąsienice jak koty, zwinięte w kłębek) i obnażaczy kopciuszków (to te mniejsze żerujące w charakterystycznej pozycji, tu widziałem chyba dorosłe owady, ale mogły to też być psowacze). Kto nadawał te nazwy? Są niesamowite :). Efekty mniej ciekawe haha, ale same nazwy, a przy psowaczu jeszcze wygląd hoho.
Pozdrawiam
(2 października, 2016)

Piotr Szustakiewicz: Dzień dobry. Dziękuję za wszystkie wpisy. Jak wspominałem wcześniej od sierpnia do końca października mam urwanie głowy z remontem domu i mało czasu dla witryny. W listopadzie już powinno wszystko wrócić do normy. Pędy róż oczywiście przyrastają i kwestią czasu jest ich wzmocnienie na tyle aby samodzielnie trzymały wyprostowany pokrój. Choć oczywiście zdarzają się odmiany róż, u których wiotkość pędów jest cechą widoczną nawet u kilkunastoletnich egzemplarzy. Najczęściej takie róże łatwo dają się prowadzić jako pnące.
Zewnętrzne pędy są tymi najbardziej pożądanymi, to one kształtują pokrój krzewu. Natomiast wewnętrzne wypełniają krzew i też są ważne, tylko jeśli prowadzą do nadmiernego krzyżowania się i zagęszczania to należy je z czasem usuwać. Przy młodych krzewach mogą pozostawać dłużej, pod warunkiem wykształcenia się poprawnych pędów na oczkach zewnętrznych.
Pana róże to jeszcze z racji wieku niezbyt wysokie krzewy i byliny mogą je teraz przytłaczać. Ale za 2-3 lata, kiedy krzewy zaczną dorastać do swych właściwych wymiarów, to wszelkie przewagi bylin zanikną. Skoczka różanego można tez niszczyć mechanicznie jeśli krzewów niewiele, a jesienią spalać liście jak tylko opadną.

Pozdrawiam
(4 października, 2016)


Piotr Szustakiewicz: Witam już jesiennie. Pogody nas ostatnimi dniami nie rozpieszczają, pada lub mży, słońca jak na lekarstwo, zimno i raczej trudno mówić o złotej polskiej jesieni. I to nie tylko w listopadzie, w październiku było zupełnie tak samo. Dzisiejszy dzień po nocy z przymrozkami był tu wyjątkiem, słonecznie od rana aż po wieczór. Postanowiłem to wykorzystać i zrobić zaległe zdjęcia obrazujące podstawy krzewów róż grup historycznych. Niektóre z przedstawionych wymagać będą wiosną cięcia korygującego, usunięcia niepoprawnych pędów. Zacznę alfabetycznie, od "Comte de Chambord" – róża portlandzka, w moim ogrodzie od 2007 roku, systematycznie przyrasta o nowe pędy wybijające z podstawy. Nie tworzy mocnego pnia, ale nie daje też rozległych odrostów, ...


  "Cora" to jedna z mniej znanych róż francuskich, jednakże jak najbardziej godna polecania. Na zdjęciu krzew z nasadzenia jesień 2013, ładnie przyrasta o nowe, szeroko rozrastające się pędy...


Róża burbońska "Honorine de Brabant" to wprawdzie już odmiana nie tyle historyczna co z pogranicza Heritage Roses, jednakże przez wielu uważana za pełnoprawną Old Rose i to jedną z tym najznamienitszych. Krzew pełen wigoru, rozrastający się szybko i mocno – piąty sezon w moim ogrodzie. Widać tu też dobrze pęd po lewej (na pierwszym planie) a rosnący w prawo (powyżej niego poprawny rosnący na zewnątrz) i krzyżujący się mocno z innymi, do usunięcia wiosną (x)...


O "Ispahan" pisaliśmy już bardzo dużo, m.in. podkreślałem jego zdolność do długiego, nawet zimowego pozostawiania w zielonych liściach. A tej jesieni trochę mi się i obsypał, ale możliwe że stało się to tak za sprawą suchego i upalnego lata. Na zdjęciu krzew z 2012 roku, + rok w szkółce czyli mamy już stan docelowy...


Róża damasceńska "Leda" trafiła do mojego ogrodu z Litwy, ze szkółki Sibirkos Rožynas. W 2011 roku to było jedno z niewielu miejsc gdzie można było tę odmianę nabyć. Przez pierwsze cztery lata przyrastała dość skąpo, budując sobie odpowiednią bazę korzeniową. Natomiast od roku ubiegłego zaczyna nabierać wigoru...


Podobnie też długo szukałem "Nuits de Young". Ta jest z niemieckiej szkółki (2010), a piszę tak o tym, bo znajomi nabyli dwa lata temu odmianę u nas i niestety ale ta prezentuje się w kwiatach i w przyrastaniu jak uboga krewna tej mojej. Warunki stanowiskowe mają podobne, nie może to też być kwestia użytej podkładki, bo "Nuits de Young" w moim ogrodzie rozrasta się pędami tak mocno jak żadna inna. Po 6 latach można już powiedzieć, że jest różą rosnącą na własnych korzeniach, a co jej jak najbardziej służy. To nie jest pierwszy przypadek, gdy widzę niby róże tej samej odmiany a jakby inne. Najczęściej takie przypadki są wynikiem pogarszania się cech odmiany w miarę rosnącej liczby namnażania, czyli im bliższa wzorcowi posiadana róża mateczna tym szanse na pełne powtórzenie cech większe. A wracając do kwestii formowania się podstawy krzewu, u "Nuits de Young" trudno dopatrzeć się jakiegoś planu przyrastania o nowe pędy. Tworzą sie one zupełnie nieprzewidywalnie, przy tym pozostając dość wiotkie. Prowadzenie takich róż do łatwych zadań nie należy, ja pozostawiam ją u podstawy samą sobie, tnę tylko pędy w górnych partiach...


I na zakończenie przeglądu róża już nie stricte historyczne, jednakże z takowych się wywodząca – "Benjamin Britten" Austina. To jeden z najstarszych krzewów róż w moim ogrodzie, z 2006 roku. Przerasta zdecydowanie wszystko to co znaleźć można w opisach, w wymiarach podawanych w katalogu hodowcy. Warto zwrócić uwagę na w pełni zdrewniałe u podstawy pędy...

... i solidne poszycie z liści. Doskonałe to miejsce zimowania dla wspominanej przeze mnie wielokrotnie biedronki siedmiokropki. To listopad i trochę byłem dzisiaj zdziwiony kiedy zobaczyłem je spacerujące w słońcu. I to trzy na raz...


Jak widać to na zdjęciach, poszczególne odmiany i też grupy róż w bardzo różny sposób tworzą podstawę krzewów. Dzieje się to też często poza naszą ingerencją czyli cięciem, zwłaszcza u tych starszych wiekiem. I tak na przykład u portlandzkich wytworzenie typowej korony przypominającej jabłonie jest bardzo rzadkie, w większości pędy u podstawy są wyprostowane i często przylegające do siebie. Zupełnie inaczej niż u francuskich czy burbońskich, które potrafią rozrastać się szeroko, a młode pędy wybijać w znacznej odległości od miejsca szczepienia. Generalnie też, u krzewów starszych skupiamy się już bardziej na cięciu wyższych partii bezpośrednio odpowiedzialnych za ilość i jakość kwiatów, natomiast u młodych zajmujemy się kształtowaniem podstawy, poprawnym wyprowadzaniu pędów na zewnątrz.
Pozdrawiam
(8 listopada, 2016)


 

Anna Krasiejko: Zaczynają się przymrozki więc na plan pierwszy wysuwa się problem zabezpieczenia zimowego róż, zwłaszcza tych sadzonych w tym roku. Im więcej czytam na ten temat tym więcej mam pytań. Na razie nie kopczykuję róż, bo wszystkie mają jeszcze liście, niektóre nawet bardzo bujne i piękne. Uncle Walter tak długo zbierał się z pierwszym kwiatem, że musiałam ściąć pąk - w wazonie na zabudowanym balkonie ma większe szanse zakwitnąć (na razie się namyśla). Ostatnio na działce przywitała mnie zimowa sceneria i róże stojące w śniegu i ze śnieżnymi czapeczkami. To tylko 20 km od Warszawy, a jakby inna strefa klimatyczna. Czy można obsypywać róże piaskiem lub torfem czy powinna być to ziemia? I jak długo można z tym zwlekać, jeśli liście nie opadają? Wiem, że róże powinny się trochę przechłodzić i zahartować, ale przy tych świeżo posadzonych się trochę trzęsę, że popełnię jakiś błąd. Mam do obsypania kilkanaście róż, więc nie muszę tego robić z wyprzedzeniem. Spokojnie zdążę się z tym uporać w jeden dzień. Czy róże o wiotkich pędach (Ispahan, Gislaine de Feligonde) próbować kłaść i zabezpieczać na leżąco czy raczej owinąć wokół podpórki (na razie róże nie są podparte)? Próbowałam znaleźć agrowłókninę o gramaturze powyżej 50 - owszem, bywa dostępna, ale w belach pięćdziesięcio- i stumetrowej długości. Gdybym miała kilkaset róż, to pewnie bym się nie zastanawiała...
Pozdrawiam (16 listopada, 2016 roku)

Piotr Szustakiewicz: Witam w "Rozmawianiu o różach". Zima ostatnimi laty przychodziła w połowie stycznia i do tego czasu można było czekać z okrywaniem róż. Kopcowanie to nie jest dla nich stan naturalny i przeciągajmy tę czynność jak tylko długo się da. Oczywiście nie dajmy się przy tym zaskoczyć zimie i patrzmy w prognozy. Interesować powinny nas takie z pogranicza minus 8-10 °C. Dla krzewów młodych (posadzonych tej jesieni) mogą już być one groźne, a i przy nich gleba jest już na tyle zamarznięta, że kopcowanie staje się bardzo trudne. Kwitnienie róż w pierwszym śniegu listopadowym zdarza się wielu odmianom, ja już od końca września prawie nic nie tnę, lepiej zimuje się pędom dobrze zabliźnionym. Dobra ziemia gruntowa na stanowisku krzewu różanego ma na tyle odpowiednią gęstość, że jest dobrym ocieplaczem, a przy tym też pewną porowatość zapewniającą dostęp powietrza do kopca. Piasek jest wprawdzie dobrym izolatorem ciepła, ale o niskiej porowatości. Przy słonecznej pogodzie będzie się obsypywał z kopca, a pod wpływem deszczu/śniegu zbijał i zasklepiał. Moim zdaniem nie nadaje się do kopcowanie tak dobrze jak ziemia. Co do torfu ogrodniczego, to może okazać się podobnie zbyt lotny na kopce, może być wywiewany i wymywany. Jeśli nie chcemy kopać na rabacie ze względu na bliskość innych bylin, to możemy dać ziemię uniwersalną, którą można nabyć w sklepie ogrodniczym. Na wiosnę możemy ją rozgarnąć po rabacie lub zebrać i wykorzystać w innym miejscu lub zaworkować ponownie i przetrzymać do kolejnej zimy. Jeśli mamy gałęzie świerkowe czy sosnowe to zawsze kopce możemy nimi wzmocnić. Jedyne pędy jakie przyginałem kiedykolwiek to były te róż sztamowych (szczepionych na pniu). Zdarzało mi się kiedyś też kopać rowy i kłaść w nie łozy winorośli, ale zrezygnowałem z tego na dobre. Łatwiej jest robić chochoły z agrowłókniny – wystarczają, a i pędy są w lepszej kondycji wiosną, nie zapadają na choroby grzybowe. Podobnie też sprawy się mają z różami ramblerami i pnącymi, łatwiejszym i prostszym jest okrywanie wyprostowanego, naturalnego pokroju. Przy doginaniu do ziemi bardzo łatwo można też uszkodzić podstawę krzewu, nie tyle wyłamać pojedynczy pęd co doprowadzić do rozszczepienia całości. Zwłaszcza jest to niebezpieczne dla krzewów młodych, pozostających zależnymi od podkładki. Kopiec sypany na 30-40 cm chroni krzew przed wyłamaniem się pędów w chochole nawet takim do 150 cm. Dobrze też zwłaszcza przy wysokich krzewach najpierw okrywać pędy, a dopiero potem kopcować, czyli obsypywać ziemią dolne warstwy np. agrowłókniny. Do okrywania nada się każda i tej gramaturze 50g/m² można używać, ale jak napisałem jest ona dla róż za słaba ze względu na darcie się tkaniny. Może się to zdarzyć już zimą przy szarpaniach spowodowanych wiatrem lub na wiosnę przy zdejmowaniu. Im grubsza agrowłóknina tym starczy na dłużej. Ja używam niezmiennie tej 100g/m² od dobrych 8 lat. Jednakże jeśli trudno nam dostać taką, to korzystajmy z tej jaka jest dostępna. Pomyśleć tylko trzeba jak wiązać chochoły, aby jej nie uszkodzić. Można na przykład użyć szarego papieru pakowego i z niego zrobić pierwszą warstwę chochoła (tak aby przykryć kolce) i na to dopiero dać omotanie z agrowłókniny. Pierwsza zima jest zawsze dla róż najtrudniejsza, w kolejnych nawet jeśli przemarznie część pędów to przy poprawnym kopcowaniu zawsze krzew ma z czego odbić. Dlatego warto w mroźne zimy róże doglądać, sprawdzać stan kopców, a jeśli mrozy siarczyste to dodatkowo je wzmacniać przez docieplenie czy choćby samo obsypywanie śniegiem. Jak zawsze powtarzam, Polska to nie jest idealne miejsce dla róż, niemniej przy pewnych staraniach da się je uprawiać z powodzeniem. Jeśli o czymś nie napisałem lub też moje wyjaśnienia sprawią dodatkowe pytania, to proszę pisać.
Pozdrawiam
(17 listopada, 2016)

Marek Moch: W Koźminie Wielkopolskim w miejskim parku są (między innymi) trzy rabaty z różami. Jedna duża okrągła, kawałek dalej dwie mniejsze półokrągłe, bardzo ładnie tam wyglądają, naprawdę świetnie się komponują. To chyba, tak jak porównuję ze zdjęciami w internecie, Lovely Fairy. Ale mogę się mylić. Kwitną w kolorze ciemniejszy róż, długo, mają nie za duże ciemnozielone liście, takie trochę błyszczące, krzewy nie za wysokie, gałązki z lekka się pokładają gdy podrosną. Byłem tam w tamtym tygodniu i one są już okopczykowane ziemią kompostową. Są też przycięte, ale nie wiem kiedy to zrobili. A u mnie dziś zauważyłem, że Rose de Resht usiłuje zakwitną jeszcze jednym kwiatem.
(21 listopada, 2016)

Piotr Szustakiewicz:
Zapewne firma zajmującą się zielenią  w Koźminie Wielkopolskim lub tamtejszy urząd miasta tak to miało rozpisane w planie rocznym, też zapewne wykonanym według ogólnych założeń pogodowych. Przed 2010 rokiem, ja z końcem listopada zawsze kopcowałem wszystkie róże i też u znajomych pod Warszawą. Natomiast ostatnie lata to prace te wykonuję z końcem grudnia, a nawet i zdarzało się w styczniu. W tych dużych miejskich nasadzeniach to nawet jak róże zaczną się zagrzybiać przez wysokie temperatury, to chemia na to wiosną pomoże. A jak nie pomoże i będą wypady, to i znajdą się nowe nasadzenia. Co innego w ogrodach prywatnych i bezopryskowych. Ja dbam o każdą różę i każda strata jest dla mnie niepowetowana. Mogę też sobie pozwolić na to czekanie na zimę i myślę, że tak może być w każdym prywatnym ogrodzie. No chyba że, róż ma się tyle co Barbra Streisand, to jest ponad 1500 i wtedy trzeba by to sobie zaplanować. Ale też ten jej ogród położony jest w Kalifornii, więc oczywiście ona takimi sprawami głowy sobie nie zaprząta :). Podobnie jak i Anglicy, Francuzi i Niemcy. No może jak im się trafi co z róż orientalnych z USDA 7a-7b (-17.8 °C i -15 °C) i wyżej, to wówczas sięgają po agrowłókninę. Kopcowanie róż jest tam dużą rzadkością. A jeszcze wracając do takiej Kalifornii i podobnych klimatów, to róże też tam zupełnie inaczej się prowadzi i inaczej też rosną. Na przykład taki wspaniały mieszaniec herbatni "Barbra Streisand" (Tom Carruth, USA, 2001) to mrozoodporność strefy 6b czyli do -20.6 °C. U nas jeśli już jest się szczęśliwym posiadaczem tej wyjątkowej róży, to koniecznie trzeba kopcować, a w mroźniejsze dni docieplać jeszcze stroiszem. Na wiosnę wiadomo, że koniecznym będzie cięcie do górnego poziomu kopca albo jeszcze niżej. Natomiast tam gdzie ciepło cięcie pędów zaleca się tylko o 1/3, dzięki temu krzewy wcześniej kwitną, bujniej i pełniej. W dużej części Niemiec na ten przykład, nie tnie się już floribund tylko pozwala rosnąć niczym różom parkowym, kiedy u nas co roku trzeba ciąć do linii przemarzania.To prawda, że jesienią róże potrafią być równie piękne jak i latem. W tym roku niestety, w październiku i listopadzie na Mazowszu słońca mało i podobnie też kwiatów. To jakby "Rose de Rescht" zakwitła to proszę o zdjęcie. Co do wczesnojesiennego cięcia, to pisałem, że  pędy mogą się nie zabliźnić/zaschnąć dobrze do zimy i w konsekwencji łapać przez te rany infekcje. Ale też ja nie tnę ze względu na owoce i to już od początku września, aby się zdążyły zawiązać u odmian powtarzających. U tych które kwitną tylko raz nie tnę w ogóle po kwitnięciu. Róża stulistna "Rose de Meaux" w owocach i już bez liści, w tle francuska "Cora" jak nie z jesieni, a to przecież połowa listopada...
Pozdrawiam
(21 listopada, 2016)

Marek Moch:
Tak też sobie to wytłumaczyłem! To kopcowanie w parku. Rutyna. A dziś jest naprawdę ciepło. Bardziej mnie zastanawia to cięcie. Jasne, jeśli Rose de Resht rozkwitnie, zrobię zdjęcie i wyślę, ale na razie pąk trochę się tylko rozwinął. Ale i tak jest to widoczne, nawet z daleka. I ta pora roku.
(23 listopada, 2016)

Agnieszka: Ale Pan ładnie wspomniał Barbare Streisand i jej róże. A może jeszcze co wiadomo Panu więcej o tej odmianie, która została nazwana jej imieniem? Znam ją tylko ze zdjęć widzianych na pewnym naszym forum ogrodniczym, ale tam już nie bywam i nie widzę też tego postu. W internecie jest wprawdzie wiele zdjęć tej róży, ale zrobionych w Polsce to nie widziałam. A róża chodzi za mną cały czas, no najnormalniej jestem "woman in love" :), podobno też równie wspaniale pachnie co wygląda. Pytałam w tych naszych najbardziej znanych szkółkach, ale albo wcale nie słyszeli albo nie mają dostępu do róż amerykańskich. Barbare Streisand uwielbiam za grę aktorską i za muzykę, więc jak tylko przeczytałam tutaj, że jest posiadaczką przepięknego ogrodu różanego, to to moje uwielbienie jeszcze bardziej wzrosło. Będę wdzięczna za wszelkie informacje w sprawie tego mojego różanego marzenia :). Pozdrawiam z nadchodzącym Nowym Rokiem.
(30 grudnia, 2016)

Marek Moch: No i proszę. Mamy już 2017r., a ja do tej pory nie okryłem jeszcze moich róż. Dwa razy tylko temperatura nocna spadła tutaj do 6-7 stopni poniżej zera, poza tym temperatury nocne to minus 2 minus 3 minus 4. Na wszystkich różach jest jeszcze część liści, na Ispahanach najwięcej, ale na innych też trochę. Pozdrawiam.
(2 stycznia, 2017)

Piotr Szustakiewicz: Pozdrawiam noworocznie wszystkich odwiedzających "Rozmawianie o różach". To prawda, ani się obejrzeliśmy i mamy kolejny rok. I już ponad dziesięć tysięcy odsłon tej historii. Zatem jesteśmy czytani, co niezmiernie cieszy :).
Pani Agnieszko, dziękuję za bardzo ciekawe pisanie, postaram się odpowiedzieć w tym tygodniu. Mam sporo informacji o róży "Barbra Streisand", tylko chciałbym opatrzeć mój wpis zdjęciami, te niestety nie będą moje i czekam na stosowne otrzymanie prawa do tego.
Panie Marku, zima chyba jednak nie zapomniała o nas i wszystko wskazuje na to, że nadciąga. Na Mazowszu za 3-4 dni ma być -8°C w nocy, w kolejnym tygodniu nawet poniżej -15°C. To wprawdzie tylko prognozy, ale zdecydowałem się w najbliższych dniach obsypać kopcami wszystkie moje róże. Jak zetnie ziemię -8, to potem będzie trudno cokolwiek szpadlem ruszyć. Z chochołami zawsze można się wstrzymać i wiązać je później przy sroższych mrozach. Mimo podawanych bezpiecznych dla róż temperatur, czyli to ile powinny wytrzymać, ja przy -15°C mam już zawsze wszystkie krzewy w chochołach i stroiszach, dobrze omotane. Poniżej tej temperatury pracuje się już w ogrodzie trudno, po prostu ręce grabieją, a i róże lepiej aby przy tych minus piętnastu miały ochronę. Temperatura temperaturą, a wiatr może też tu swoje dołożyć. U mnie podobnie część krzewów jeszcze w liściach, a nawet spotyka się i pąki, zwłaszcza u róż rabatowych (mieszańce herbatnie, miniatury, floribundy, angielskie). Można by sobie tylko wyobrazić jak to z nimi bywa w ten czas w takim klimacie śródziemnomorskim. Pozdrawiam.
(2 stycznia, 2017)

Piotr Szustakiewicz:  Odpisuję się o róży "Barbra Streisand" (Hybrid Tea, Tom Carruth, USA, 2001), jednakże nie mam jeszcze przygotowanego wspomnianego zdjęcia, jak tylko pojawi się taka możliwość to wstawię. Gdyby to była róża z mojego ogrodu, to by nie było sprawy, ale to jednak nie takie łatwe dostać tę odmianę. Też znam ją tylko ze zdjęć i podobnie widziałem ją na polskim forum ogrodniczym, z tym że o ile pamiętam, to róża była z ogrodu pani która jest Polką a mieszka bodajże we Francji lub Belgii. To był już słusznych rozmiarów krzew sięgający 150 cm, o silnych wyprostowanych pędach, wypełniony niezwykle zdrowymi, ciemnozielonymi skórzastymi liśćmi. Oczywiście we wspaniałych kwiatach, dużych i pełnych w kształcie, w kolorze lawendy z ciemniejszymi, purpurowymi brzegami płatków rozwiniętych. Całość krzewu sprawiała tak niezwykłe wrażenie, aż trudno było uwierzyć, że to mieszaniec herbatni, a nie silnie rosnąca floribunda czy też róża parkowa. Zapewne na żywo ten zachwyt byłby jeszcze większy, bo przecież kwiaty "Barbra Streisand" przecudnie pachną silnymi cytrusowymi/cytrynowymi nutami. Ciekawe czy ktoś w Polsce uprawia tę różę i jakże też ona się spisuje w naszych warunkach? Wiadomo, że jest polecana na klimaty ciepłe, podobne do tych w rodzinnej Kalifornii. Jej hodowca to Tom Carruth, autor ponad 100 róż, spośród których wiele zdobyło niezwykle nobilitujące wyróżnienie All America Rose Selections, m. in dwie które uprawiam w moim ogrodzie - "Fourth of July" (Climber, Carruth, 1999) i "Strike It Rich" (Grandiflora, Carruth, 2005). Właśnie czytając kiedyś tam o tych różach, przeczytało mi się o "Barbra Streisand". Wszystko zaczęło się w 1997 roku, kiedy to do kalifornijskiego ogrodu Barbry Streisand trafiły trzy niezwykłej urody mieszańce herbatnie, pochodzące ze szkółki Weeks Roses, w której to pracował i pracuje po dzień dzisiejszy Tom Carruth. To całe przedsięwzięcie miało na celu wyłonić różę godną nazwania imieniem i nazwiskiem Barbry Streisand. Ta już na samym początku ogłosiła, że osobiście będzie doglądać wszystkich testów, które miały być prowadzone na przestrzeni całych dwóch lat. To wszystko nie było przyjętą praktyką, bo z reguły zaprasza się do szkółki sławną osobę, pokazuje bezimienną odmianę, następnie podpisuje zgodę na używanie nazwiska, wspólne zdjęcie jeszcze z różą dla katalogu i w kilka godzin wszystko załatwione. Proste to i nieskomplikowane dla wielu celebrytów, ale nie dla tak wytrawnej rosarianki jak Barbra Streisand. A przy tym też
osoby perfekcyjnej, za taką jest powszechnie uważana i też jest taką w prowadzeniu swojego różanego ogrodu. W 1999 roku, po przyjrzeniu się swoim trzem podopiecznym z każdej możliwej perspektywy, wybrała tę lawendową, doskonałą w każdym calu. Róże były dla Streisand zawsze tymi najpiękniejszymi z kwiatów, pojawiają się w jej otoczeniu na scenie kiedy koncertuje i na okładkach wielu płyt. W tym i na "Just For the Record" (1995), zdjęcie płyty z mojego rodzinnego zbioru...

To wprawdzie nie jest taka muzyka, której słucham najczęściej, ale zdarza mi się :). Z takich różanych piosenek Streisand to warto niewątpliwie jeszcze wspomnieć "A Second Hand Rose" z musicalu " Funny Girl" z 1968 roku, gra tam z Omar Sharifem. A tytuł tego filmu to też nazwa róży W. A. Warrinera (Miniaturowa, 1982) i moim skromnym zdaniem to ona jest na okładce tej prezentowanej przeze mnie płyty. Ciekawie sobie te róże Streisand wymyśla i układa w swoim życiu.
I co by nie mówić, róże można spotkać wszędzie, gdzie się tylko by nie popatrzeć...Tylko nie zawsze te, których akurat szukamy, prawda? Też rozpytywałem o "Barbre Streisand" w tych szkółkach gdzie udało mi się nabyć inne amerykańskie, ale nie mieli na stanie ani też w planach sprowadzenia. Może jeszcze jest za mało znana? Ale może jak będzie się o tej róży dużo mówić i będą chętni do nabycia, to może gdzieś w ofercie się w końcu pojawi.
Pozdrawiam
(5 stycznia, 2017)

Agnieszka: Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałam Pana odpowiedź. To wszystko jest bardzo interesujące, takie ciekawostki-perełki :). Tak  sobie dokładniej poszukałam i widziana na forum róża to pewnie ta sama co Pan wspomina. Dokładniej, rośnie w ogrodzie pani Małgorzaty z Francji, z Bretanii. Jeszcze widziałam z opisem taką z ogrodu amerykańskiego o której autor postu pan Marek ze Stanów Zjednoczonych pisze: "Po raz pierwszy widziałem tak ładną Barbra Streisand. Róża ta rozsiewa niesamowicie silny zapach różano-cytrynowy po prawe całym ogrodzie". Podobała mi się zawsze ta róża, ale teraz po poznaniu jej historii utwierdziłam się w przekonaniu, że muszę ją zdobyć. To nie jest taki kaprys różany, bo odmiana jest przecież bardzo cenna. Aż dziwne, że nikt jeszcze jej nie sprowadził do Polski. Pewnie będę musiała się rozejrzeć po szkółkach zagranicznych. Oby tylko "Barbra Streisand" polubiła nasz klimat. Raz jeszcze dziękuję za interesujące wszystkie wieści :). Pozdrawiam ps. Ja mam różany album "Encore" Streisand, na okładce jest piosenkarka i cudne bukiety róż w tle.
(7 stycznia, 2017)

Marek Moch: Moje róże okryte. I dobrze, bo u mnie mróz prawie -15 stopni. Przed momentem spojrzałem na termometr. Felicite Parmentier też ma takie cytrynowe nuty. Wspomniałem już kiedyś o tym. Jakie to było dla mnie zaskoczenie, gdy to w tym roku poczułem, ho ho. Pozdrawiam Panią. Pozdrawiam Pana.
(8 stycznia, 2017)




Piotr Szustakiewicz: Róże i literatura, róże i muzyka, róże i malarstwo... chyba by tak można wymienić wszystkie dyscypliny sztuki znajdując w nich różane powiązania i konotacje. A i na tym zapewne by się nie skończyło, bo nawet w tak odległych od ogrodów dziedzinach jak polityka czy motoryzacja można spotkać róże – na ten przykład niezwykłej urody mieszańce herbatnie "John F. Kennedy"  (Boerner, USA, 1965) i "Chrysler Imperial" (Lammerts, USA, 1952) i ta zapewne w wersji  V-8:).
Zima jeszcze trzyma, choć to już prawie połowa lutego więc można mieć pewne tu nadzieje. U mnie najniższe temperatury zimowe to były tak -16 °C więc nie powinno być zbyt dużych uszkodzeń pędów. Okryłem agrowłókniną tylko pnące i młodsze krzewiaste, z tymi starszymi czekałem na -20 °C, ale takich spadków nie było i mam nadzieję, że już nie będzie. Prognozy są optymistyczne, po 17 lutego w całym kraju ma już być znacznie powyżej zera.
Czytałem sobie ostatnio o francuskim hodowcy Jean Laffay, z racji opisywania moich róż mchowych. Otóż, ciekawym jest miejsce jakie sobie wybrał dla swojej szkółki. Był już doświadczonym ogrodnikiem, a zdecydował się na glebę bardzo zbitą, o dużej zawartości gliny. I to nie dlatego, że cena za grunt była okazjonalna. Działka mieściła się w Bellevue-Meudon, na przedmieściach XVII wiecznego Paryża i kosztowała majątek. Lokalizacja okazała się bardzo korzystną, po pewnych pracach poprawiających strukturę gleby, ogród i różany rabaty budziły prawdziwy zachwyt. Czyli, ta glina o której mieliśmy okazję rozmawiać kiedy zakładał Pan swoje rabaty, to sprawa niezwykłej wagi i koniecznym jest, aby znalazła się w znacznej nawet ilości na różanych stanowiskach.
Pozdrawiam
(10 luty, 2017)

Marek Moch:U mnie w południowej Wielkopolsce, do tego to przy granicy z Dolnym Śląskiem, najniższe temperatury były w granicach minus 10 stopni Celsjusza. Wtedy je okryłem. Teraz utrzymują się od dość dawna w granicach zera, minus 2, minus 3, czasem minus 5, zwłaszcza nocami. Nie miałem w tym roku ziemi, więc okryłem je tylko agrowłókniną. Po kilka warstw. Ale to będzie dobre, w tamtym roku ziemia i agrowłoknina łącznie, to było już ciut zbyt dużo. U nas jest cieplej niż u Pana. Gdy był śnieg (opady) jeszcze obsypałem je trochę śniegiem. U mnie w południowej Wielkopolsce, do tego to przy granicy z Dolnym Śląskiem, najniższe temperatury były w granicach minus 10 stopni Celsjusza. Wtedy je okryłem. Teraz utrzymują się od dość dawna w granicach zera, minus 2, minus 3, czasem minus 5, zwłaszcza nocami. Nie miałem w tym roku ziemi, więc okryłem je tylko agrowłókniną. Po kilka warstw. Ale to będzie dobre, w tamtym roku ziemia i agrowłoknina łącznie, to było już ciut zbyt dużo. U nas jest cieplej niż u Pana. Gdy był śnieg (opady) jeszcze obsypałem je trochę śniegiem.
   Co do gliny to już o tym pisałem, o wyczytanych z internetu zaleceniach ogrodnika z wiedeńskiego Volksgarten nt. jej dodawania. Tak, ta glina jest bardzo ważna. Pewnie ma jakieś mikroelementy, nie bez znaczenia jest też chyba to, że lepiej trzyma wodę. Tylko nie może być zbita, trzeba ją rozcieńczyć piaskiem ja uważam że dobrze dać i ten drobniejszy i grubszy. Kto wie może nawet jakieś kamyki, tylko pytanie jakie, niektóre skały są kwaśne inne zasadowe. Mogą być też te gałęzie o czym Pan pisał.
Gdy brałem obornik spod koni od mego znajomego, to chłop z chłopów :), jego żona ma kilka niezłych okazów przy domu, i wspomniałem o tym, to powiedział tak od razu, automatycznie - "Tak, róże lubią glinę. Coś w tym jest, u nas  tam gdzie jest glina rosną lepiej".
Glina jest bardziej zasadowa, ale mam sól epsom :). Pozwolę sobie jeszcze na bardzo smaczny cytat z P.Bardena – "Nawożenie zalecam uzupełnić roztworem soli Epsom. To nie jest stara opowieść żony!…To ważny składnik odżywczy dla róż, który będzie wspierał ich obfitsze i lepsze jakościowo kwitnienie"
Super, że to się potwierdza, ta glina jako dodatek!
Pozdrawiam
A propos J. Laffay... gdybym miał miejsce, kupiłbym Duchesse de Montebello , podobno wszyscy marszałkowie Cesarstwa zazdrościli jej mężowi, marszałkowi Lannes, tego tytułu - Duc de Montebello, piękne wzgórze?
Wiosna. Jeszcze trochę i będzie :)
(13 luty, 2017)

Marek Moch: Wiosna wiosna ... Zdjąłem osłony z mych róż. No całkiem spore krzaki. W koźmińskim parku też to zrobili, przycięli i sypnęli nawóz. Mają tam m.in. takie 3 rabaty z niskimi, już kiedyś o tym pisałem. To już trzeci rok mojego "różowania"! Super.
Pozdrawiam
(23 marzec, 2017)

Piotr Szustakiewicz: Ja agrowłókninę zdjąłem już przy temperaturach około zera (na początku marca), aby róże mi zbyt wcześnie nie ruszyły. Jak patrzę w prognozy, to przymrozków w najbliższym czasie nie będzie, a nawet przyszły tydzień to +15 ºC i więcej. Wtedy też ruszy na dobre wegetacja róż. Same pąki kwiatowe już mocno zawiązane są podatne na niskie temperatury, ale to dopiero odległy majowy czas. Także jeśli nawet zdarzą się kwietniowe spadki do zera, to nie powinny zaszkodzić. Zima była łagodna dla róż, ja nie widzę większych przemarznięć na nieokrytych różach parkowych, nawet tych o mniejszej mrozoodporności. W ubiegłym tygodniu już całkowicie usunąłem kopce i już niedługo zabiorę się za cięcie wiosenne.
Pozdrawiam
(24 marca, 2017)

Marek Moch: Dzień Dobry. Tak. Zima była łagodna, mam też nadzieję że nic niespodziewanego się już w pogodzie nie zdarzy. Dziś podlałem róże, miałem do dyspozycji kilka konewek wody, którą trzymałem jakiś czas na słońcu, aby była cieplejsza. W trakcie spostrzegłem, że z ziemi zaczynają wybijać mocne pędy, to ewidentnie efekt sadzenia zgodnie z Pana zaleceniami. Dziękuję! Po zdjęciu osłon wyzbierałem na ile to było możliwe stare liście, mam nadzieję że w tym roku nie będzie wielkich problemów ze szkodnikami. Ale to się rzecz jasna okaże w praniu. To trzeci rok róż u mnie, to widać, gdy zdjąłem osłony spostrzegłem, że to już dość spore krzaczki. Sądzę, że w trakcie roku będę mógł/musiał ciachnąć część pędów, zwłaszcza to widzę na Comte de Chambord. W tamtym roku on był najmniejszy, więc nie ruszałem wszystkich, takich cieńszych czy źle skierowanych, ale teraz gdy widzę że z ziemi wybijają mocne, grubsze, zdrowe, szlachetne pędy, będę mógł się za to za jakiś czas zabrać. Ale to za jakiś czas, pewnie będę się wtedy dzielił swoimi wątpliwościami, licząc na Pana pomoc i bezcenne rady. Zastanawiam się, czy w tym roku dawać już jakieś nawozy, mam taki granulowany do róż, czy jednak jeszcze odpuścić, pamiętając że ziemia była dobrze przygotowana przed sadzeniem. Pozdrawiam z Wlkp.! ps. Widzę po statystyce odsłon, że Rozmowy o Różach są czytane. Super :).
(27 marca, 2017)

Anna Krasiejko: Czy już można ciąć róże czy jeszcze czekamy?
Wszystkie już mają nabrzmiałe pąki a na niektórych już się rozwijają listeczki.
(3 kwietnia 2017)

Piotr Szustakiewicz: Wiosennym cięciem róż można się zająć jak tylko ustąpią temperatury poniżej zera, czyli w tym roku od 10 marca. Ja staram się ten zabieg wykonać w miarę wcześnie, jeszcze w stanie uśpienia. Jednakże nie jest błędem cięcie róż na początku kwietnia, jak to określa wiele podręczników nie odnosząc się wcale do tego czy wegetacja ruszyła. Generalnie, wiosenne cięcie jest koniecznym i lepiej późno niż wcale, jednakże nie później niż 15 kwietnia. Ostry sekator, słoneczny dzień, pamiętanie o podstawowych zasadach i jaką to grupę róż tniemy - i powinno wszystko być dobrze.
(3 kwietnia, 2017)

Marek Moch: A ja w tym roku nie ciąłem, bo w tamtym gdy mi się pędy pokładły przyciąłem dość mocno. Bałem się "przesadzić". Pewnie niepotrzebnie, ale uznałem że trochę "zwolnię" i poobserwuję. Poza tym ciachnąć to by można było teraz jeszcze właściwie tylko Comte'a de Chambord, a on był w tamtym roku jeszcze bardzo mały. Będę też obserwował czy czasem coś dzikiego mi nie odbiło od korzenia, bo obok trzech róż mam po pędzie który wyrasta w pewnym oddaleniu od głównego krzewu, przy Rose de Rescht najbliżej, a i kolor liści wskazuje, że to chyba szlachetne, podobnie jest przy Ispahanie. Najdalej, ok. 15 cm od głównego krzewu wyrasta mi coś przy Versicolor. Ciekawe. Te stare galijki mają ponoć wędrować, ale to chyba za szybko na takie figle.
Tydzień później... no i proszę, to coś przy Versicolor, to jednak chyba szlachetne, rozwijające się liście są podobne do tych na krzewie, ale poczekam, poobserwuję. Lecz w odległości jeszcze większej wyrosło coś, co ma liście bardziej czerwone, to chyba będzie dzik. Też poczekam, poobserwuję. Róże rozwijają liście, najmocniej Ispahany.
Kilka dni później ... Teraz jeszcze coś kolejnego, ale chyba też szlachetnego, przy większym z Ispahanów. Czekać, obserwować, potem ew. działać oto mój zamiar A tak na marginesie, będąc jakiś czas temu w Lesznie uciąłem sobie podczas jazdy miłą rozmowę z panem taksówkarzem na temat wmoimogrodzie, gdy wychodziłem z taksówki jeszcze raz pytał się o adres strony.
(18 kwietnia - 2 maja, 2017)

Marek Moch: Zrobiłem znowu "wykopki" w bylinach. Najbliższe dni mają być (nadal) deszczowe, zresztą nawet wczoraj podczas prac lekko mżyło, więc wszystko powinno się przyjąć. Dosadziłem kilka naprawdę drobnych rzeczy, ale przede wszystkim część tego co było usunąłem, pozmieniałem też miejscami pewną część bylin. Zależy mi, aby wokół róż była przestrzeń, bo widzę różnicę między Ispahanami, koło których nie ma właściwie bylin, nie ma tak blisko, a tymi różami z Rabaty 5 Róż, chcę poza tym aby byliny stworzyły grupy. W tamtym roku byliny trochę dodusiły róże na Rabacie 5 Róż. No ważne jest też odpowiednie rozłożeni gałązek róż sadzeniu. Pisałem o tym. Bojąc się czy zdołam posadzić je dobrze, poprosiłem o pomoc kogoś kto ma roże, potem było wykopanie i wkopanie jeszcze raz, bo przekonał mnie za pierwszym razem, że może zrobić głębokość 7 cm. Ostatecznie wszystkie mają 10. On sadził wszystkie, ale po tych dwóch wkopaniach, uznałem że jeden z Ispahanów jest trochę w złym miejscu, wykopałem trzeci raz, wkopałem i wkopując delikatnie rozłożyłem gałązki, te inne są chyba zbyt ściśnięte, tutaj wsadzając go w dołek pilnowałem aby gałązki były tak rozłożone jak były, a potem delikatnie dosypywałem ziemi, aby nie zmienić ich ułożenia. I ten Ispahan rośnie najlepiej z wszystkich. Trwa też obserwacja odrostów różanych - no więc sądzę, że jeden odrost koło Ispahana (w odległości ok. 10 cm) i jeden koło Versicolor (w odległości 10-15 cm) to pędy szlachetne, liście i pędy rozwijają się i rosną i wyglądają tak jak liście i pędy szlachetne. Za to drugi odrost w odległości ok. 40 cm od Versicolor to dziczka. Liście były inne, takie ciemniejsze i dziksze. Naprawdę to widać. Tę różnicę. Postanowiłem go wykręcić, przy odkopywaniu potwierdziło się że to dziczka, dodatkowo odnalazłem obok drugi dziki pęd, ten nie wyszedł jeszcze ani trochę z ziemi. Oba grube, no widać od razu że to nie szlachetne. Mam nadzieję że udało się oderwać, bo postanowiłem działać, ale gdyby nie to będę próbował raz jeszcze. Chciałem urwać ho ho to nie takie łatwe ! okręcałem aby ukręcić też nie szło. Gdyby odbijało znowu muszę chyba naprawdę dokopać się aż do samej podkładki, teraz znowu ciut się trząsłem aby czegoś nie uszkodzić, ale chyba to jedyne wyjście. O ile rzecz jasna wczorajsze odrywanie będzie zbyt słabe. Będę musiał chyba za jakiś czas przyciąć wiotkie pędy Comte de Chambord. Jak też pisałem chciałem zostawić trochę gałązek, aby były liście, dzięki którym roślina ma siłę do wzrostu, ale one zaczęły się pokładać pod wpływem deszczu. I w ogóle widzę, że dobrze wkopana róża wypuszcza z ziemi młode, od razu mocne i dość grube, proste pędy – tak jest przy Ispahanach, zwłaszcza tym wsadzonym przeze mnie, trzeba więc chyba ciąć te bardziej wiotkie starsze gałązki i się nie szczypać, no chyba że one z czasem zgrubieją? Na pewno umiem już sadzić, co do cięcia i radzenia z odrostami jeszcze mi trochę umiejętności brakuje, ale przecież też się tego nauczę. Pozdrawiam
(8 maja, 2017)

Piotr Szustakiewicz: Cały kwiecień było zimno, a jak tylko trochę cieplej, no to deszcz. Różom w tym stadium rozwoju takie warunki służą, przyrosty liści i pędów były wolniejsze, za to bardzo soczyście zielone i zdrowe. Niestety, podobnie też dobrze miały/mają się chwasty. Dawno nie pamiętam, aby ogród mi się tak niechcianie "znaturalizował" :) i dopiero teraz  w maju, przy ciepłych dniach da się tym zająć.
Wspomniane konieczne wiosenne cięcie róż najbardziej dotyczy róż rabatowych, mieszańców herbatnich i miniaturowych. Od jakości wykonania tego zabiegu zależy cały sezon, pod względem kwitnienia i żywotności. Pozostałe róże o pokroju parkowym/krzewiastym, pnącym i naturalne – tniemy według potrzeb, zaleceń dla danej grupy i tego jak daną róże chcemy prowadzić. Z roku na rok zabieg ten jest coraz łatwiejszy, nabiera się umiejętności, a po kilku lat jest to czynność dość intuicyjna ogrodniczo. Co do ilości wykonywanego cięcia, to jeśli tylko pędy zaczynają się pokładać, to ja tnę zarówno młode jak i starsze krzewy. Nie podwiązuje pędów i nie palikuję, wymuszam cięciem aby pędy same trzymały wyprostowany czy też łukowaty pokrój. Powyższe oczywiście nie dotyczy róż pnących, gdzie wspieranie pędów jest jak najbardziej wskazane.
Sprawa pojawiających się odrostów, to generalnie jakość podkładki, na czym odmiana szlachetna została zaszczepiona. Jeszcze do końca XX wieku dość powszechnie używaną w Polsce podkładką była Rosa canina, czyli pospolicie dziko rosnąca szypszyna, której wadą jest łatwość tworzenia odrostów. Te nieusuwane, przy starszych krzewach potrafią zdominować całkowicie właściwą odmianę. Znacznie lepiej sprawują się tu formy i mieszańce Rosa canina – "Schmidt’s Ideal", "Inermis", "Polmer" czy "Pfanders". Niestety, namnażanie tych podkładek jest wolniejsze i trudniejsze, a przez to droższe i moje zdanie jest takie, że niektóre szkółki tnąc sobie koszty produkcji używają wciąż taniej i nie selekcjonowanej szypszyny lub róży rdzawej (Rosa rubiginosa). Nabywając krzew nie mamy możliwości sprawdzenia podkładki, dopiero z czasem tego się dowiadujemy widząc jak też nam sprawuje się róża. Oczywiście, zdarzają się też odrosty na cennych podkładkach, ale niezmiernie rzadko. Wśród moich róż (150+) przypadki występowania odrostów, to liczę na palcach jednej ręki. Z poza Polski nie mam ani jednego, natomiast wszystkie są z jednej polskiej szkółki, choć mam też takie z tej samej u których problem odrostów nie istnieje. Z doświadczenia też mogę powiedzieć, że ta przypadłość nawraca co roku na tych samych krzewach. Podobnie też odradzam zakup róż na podkładce Rosa multiflora (wym. 4m x 2.5 m), która wprawdzie daje bardzo szybki i silny wzrost, ale jest krótkowieczna, o całkowicie niewystarczającej mrozoodporności w warunkach Polski, 6b czyli -20.6 °C. Jak dotychczas padały mi róże w czasie pierwszej już zimy (pod przykryciem), to najprawdopodobniej była to wina użytej właśnie tej podkładki. Nieodpowiednia jest też dla mieszańców herbatnich, daje słabe wybarwienie kwiatów. Namnażanie generatywne podkładek R . multiflora (nasiona) jest jednkże niezwykle łatwe i szybkie, stąd wielu hodowców używa jej nagminnie, nie licząc się z klientem. Także, nie zawsze jest tak, że bardzo szybki wzrost krzewu w 2-3 pierwszych latach może nas całkowicie cieszyć, za kilka lat możemy za to zapłacić wymarciem róży, której czas botaniczny dobiegnie szybko końca. Nie przesądzam oczywiście na czym były okulizowane Pana róże, to dopiero po ukorzenieniu odrostów i wyhodowaniu z nich kwitnącego krzewu można mieć pewność co to jest. To raczej takie ogólne ujęcie problemu, pokazania ważności podkładki, fundamentu krzewu róży.
(16 maja, 2017)

Marek Moch: Witam. A ja wczoraj podparłem jedną z cieńszych gałązek Comte de Chambord, aby za chwilę gdy zakwitną trzy pąki które na niej są nie położyła się na ziemi. Pomyślę zatem o jej ciachnięciu. To naprawdę jest kwestia pewnego strachu jeszcze, w tamtym roku najmocniej ciachnąłem Blanche Moreau, bo wybujała najbardziej a potem klapnęła, w tym roku odbija najsłabiej, przynajmniej na razie. Doświadczenie przyjdzie z czasem. Na razie, jak to się kiedyś mówiło w mojej podstawówce, trochę się cykam. Gdyby podkładka z Versicolor odbijała ponownie, to muszę mocno się dokopać do "głównego pnia podkładkowego" i tam dopiero ukręcać, prawda? Kto wie, może faktycznie zbyt szybko oceniłem te pozostałe odrosty, te które uznałem za szlachetne, ale one, w przeciwieństwie do tego (tych dwóch) które ukręcałem, są dość blisko głównego pnia, poza tym ten przy Versicolor jest identyczny jak Versicolor, liście, ich pokrój i kolor, przy Rose de Resht jest podobnie, a ta ma przecież specyficzny kolor liści, właściwie to ostatnio tylko stwierdziłem że ten przy większym Ispahanie trochę mnie zastanawia, kształt liści, jakby ciut inny. Ale one są mniejsze, bo odrost jest niewysoki, a zauważyłem że w zależności od siły danego pędu i liście bywają ciut inne. A tak z innej beczki, przed kilkoma dniami stwierdziłem nagle, że wszystkie róże mają już i to dość dużo pąków kwiatowych. I się uśmiechnąłem.
Pozdrawiam i dziękuję bardzo za wpis.
(21 maja, 2017)

Marek Moch: Zastanawiam się, czy nie powycinać tych wiotkich pędów równo z ziemią, wtedy o ile na części podziemnej pędu są pąki, może wybiją z nich proste mocne pędy. Równo z ziemią. Bez cackania. A w Ispahanach pokładają mi się od deszczu i liści i kwiatów (pąków) 3 najstarsze, nawet już z lekka drewniejące, pędy. Nie są proste, bo gdy były młodsze, to się wyginały, wiotkość małych "pierwszych" pędów i jej skutki ... te rok późniejsze są inne, grubsze i proste. Poza tym popaduje, więc bujna zieleń, przyrosty i zachwyty.
Pozdrawiam!
(27 maja, 2017)

Piotr Szustakiewicz: Cięcie pędów równo z ziemią nie jest wskazane, miejsce cięcia powinno być około 10 cm nad gruntem. W ten sposób nic z gleby niepożądanego nie przedostanie się do pędów. Tak też przycięte gwarantują niepokładanie się i należy pamiętać aby w tych 10 cm (czy więcej) cm znalazł się pąk skierowany na zewnątrz. Nad gruntem mam kontrolę nad tym, a pod ziemią to nigdy nie wiadomo czy aby na pewno będzie to pąk właściwy, czy czasami nieskierowany tam gdzie nie chcemy. Czekając na pierwsze kwiaty, czy też jak u Pana drugoroczne, oczywiście warto zrobić wszystko aby się pojawiły. Pisząc o moim cięciu pokładających się pędów, też miałem na myśli przede wszystkim czas po kwitnieniu. Niemniej, jeśli pęd wyłamuje mi się pod ciężarem kwiatów, to najczęściej taki trafia do wazonu. Jeśli pokłada się na ziemi, to tnę, kwiaty zabrudzone ziemią żadna atrakcja. Tzw. strzały, czyli pędy nierozgałęzione jednoroczne niezdrewniałe z z kwiatami na szczycie, można pozostawić jeśli nie burzą pokroju krzewu, nie górują mocno nad krzewem i ciąć po przekwitnięciu.
Na podstawie młodych liści pędów wybijających spod ziemi czasami trudno jednoznacznie stwierdzić czy to na pewno pędy podkładki. Można delikatnie rozkopać ziemię i sprawdzić jak to jest lub poczekać kilka dni, aż sytuacja się wyklaruje.
Zakwitły przedwczoraj pierwsze dwie róże w moim ogrodzie, co ciekawe dla mnie, to nie te co w latach ubiegłych zdecydowanie zawsze przewodziły wiosną. Zdjęcia późno popołudniowe,  "Früchlingsduft" (Spinosissima Hybrid, Kordes, 1949)...

... i "The Herbalist" (Austin Rose, 1991) na stanowisku dość suchym (obok stara studnia) i to powoduje okresowe zaburzenia przemiany, które  widoczne sa w wiosennym wybarwieniu liści, wymagają nawożenia dolistnego...

Pozdrawiam.
(28 maja, 2017)




Marek Moch: Tyle razy już Pan to tłumaczył, a ja nadal nie do końca to chwytam ... Te strzały Isphanów, które w tamtym roku ciachnąłem u góry, dały pędy na boki. Ponieważ same strzały są dość mocne, grube, to całość wygląda naprawdę nieźle. Ale pędy z jeszcze poprzedniego roku, były cieńsze i takie mniej proste, w tamtym roku też je ciachnąłem i w tym roku też dały nowe przyrosty boczne, na zewnątrz, z pąkami kwiatowymi (też - piszę też bo na wszystkich różach jest dużo pąków). I mimo, że te starsze ich części są już trochę zdrewniałe, to to co przyrosło na nich w tym roku położyło 1 pęd na jednym i 3 pędy na drugim Ispahanie. Pod Ispahanami mam keramzyt, więc nawet jak to całkiem klapnie to kwiaty będą czyste. Ale zastanawiam się jak ciąć potem. Bo mam takie wrażenie, że gdy je nawet ciachnę niżej aby znowu dać obicie na zewnątrz, to "podstawa" pędu i tak będzie zawsze na tyle cienka, że jakkolwiek potem by na niej ciąć przyrosty, to będzie zbyt wiotka aby trzymać to wszystko prosto. Czy stare pędy z czasem grubieją? Z drugiej strony bardzo mocno ciachnąłem Blanche Moreau, jak pisałem poprzednio ona najdłużej stała w miejscu w tym roku, ale teraz ruszyła i pokrój krzewu jest sądzę najlepszy. Może po prostu stosować zasady: ciąć nad oczkiem na zewnątrz, tak aby formować ładny krzew, aby nie było zbyt gęsto w środku, po kwitnieniu, tak aby nic nie leżało … i tyle. Za bardzo się może trzęsę. Pozdrawiam i dziękuję za wpis ps. a u mnie pąków jest duużo, ale jeszcze nic nie kwitnie, na każdej z odmian co niektóre zaczynają się rozchylać, ale na razie tylko tak delikatnie. Niby cieplej w Wlkp. niż na Mazowszu a proszę… Te odrosty będę obserwował. Ale liście są identyczne w kształcie i kolorze jak szlachetne. Inne były te na tych dwóch badylach, które ukręcałem.
(29 maja, 2017)

Piotr Szustakiewicz: Wszelkie dylematy różane w tej witrynie są zawsze bardzo mile widziane :).
Pędy płonne jak i też wszystkie tzw. strzały, nie pojawiają się u względnie młodych róż, natomiast często na krzewach starszych. Są jednoroczne, o znacznej grubości, dorastają od jednego metra do dwóch. Są prawie idealnie prawie proste, bezlistne dołem, bez pędów bocznych. Płonne nie zawiązują kwiatów, u strzał wprawdzie tworzy się wiecha kwiatowa, jednakże na samej górze. Poniżej przykład pędu strzelającego długością u odmiany "Compassion" (zielony, najsolidniejszy, w centrum), wprawdzie to róża pnąca ale u krzewiastych takowe prezentują się bardzo podobnie...

Nie widzę Pana róż, ale z opisów wnioskuję, że stan obecny to pędy szybko rosnące, a jednocześnie nie na tyle jeszcze mocne/zdrewniałe aby utrzymać pokrój. Dużo pąków, czyli róże ma Pan bardzo dobrze zadbane i prowadzone. I tego się przede wszystkim trzymajmy :). Pędy poprzez cięcie będą się wzmacniać w części poniżej tego zabiegu, w zależności od grupy postępy tu są różne.
Dla zobrazowania jak cięcie wpływa na pędy przedstawiam poniżej dwa przykłady. Pierwszy to "Reine de Violettes" (Hybrid Perpetual, Vibert, 1849). To róża o pokroju krzewiastym/parkowym, którą ja przekonałem aby była pnącą. Zrobiłem coś odwrotnego niż róże krzewiaste wymagają. Pozwoliłem jej rosnąć i tym samym pędy mając taką możliwość nie zaczęły zwiększać swojej średnicy u podstawy na korzyść znacznych przyrostów. W tej chwili najdłuższe mają blisko 4 metry, kiedy róża jest opisywana jako krzew wymiarami tylko 2m x 1.5 m. Druga, pnącą "Tatoo" (Modern Climber, Poulsen, 2002), którą prowadzę jako krzew uformowany przez cięcie pędów pnących, obecnie o znacznej już grubości u podstawy i nie wymagających żadnych podpór. Miałbyć dla niej treliaż wspierający, ale się nie pojawił, a całkiem ładnie mi się tak prowadzona róża zaczęła sprawować. Pan Sołtys pisze w swojej witrynie, że kwitnie bardzo biednie. Nie mogę się z tym w żaden sposób zgodzić patrząc tę moją "Tatoo" :)...

To stan z 2014 roku, teraz prezentuje się bardziej okazalej. Zarówno jedna jak i druga rośnie jak gdyby na przekór tego co postanowili sobie hodowcy, a wszystko to za sprawą odpowiedniego cięcia czy też jego braku. Nie mówię, że z każdą różą można postępowac podobnie, ale w znacznej większości przypadków to od cięcia zależy jak też pokrój będzie się prezentował. Nie zawsze też przyjmuję za pewnik, to co znajduję w opiniach innych czy nawet w szacownych opracowaniach i encyklopediach. To moje róże i moje też pomysły na prowadzenie, zajmowanie się nimi. Jeśli nasze starania przekładają się na zdrowe i ładnie kwitnące krzewy, to utwierdzamy się w przekonaniu, że to co robimy jest poprawne. Zgodne ze sztuką różaną. Najlepiej też naszą pracę będą tu zawsze bronić nasze róże.
Pozdrawiam
(30 maja, 2017)

Marek Moch: W załączeniu przesyłam zdjęcia moich róż, proszę przy wolnej chwili spojrzeć i doradzić jak przyciąć pędy. Teraz było kilka deszczowych dni, deszcz to deszcz, żadne podlewanie go nie zastąpi, i dziś tak spojrzałem i pomyślałem sobie - no no...  one rosną !
I faktycznie też grubieją te starsze pędy, ha ha.
Ispahan...



Pozdrawiam
(5 czerwca, 2017)

Marek Moch: I Rabata Pięciu Róż...





Pozdrawiam
(9 czerwca, 2017)




Marek Moch: Czas kwitnienia moich róż.
"Ispahany"


"Blanche Moreau"


"Comte de Chambord"


"Verscicolor"


Rabata Pięciu Róż, widok ogólny.

Pozdrawiam
(15 czerwca, 2017)

Piotr Szustakiewicz: Jak przewidywałem wszystkie Pana róże prezentują się bardzo dobrze i można ich pozazdrościć :), a to przecież dopiero drugi sezon. Ilość kwiatów i pędów, wzrost, zdrowe liście bez śladów jakichkolwiek niedoborów składników mineralnych - to wszystko jest jak najlepszej jakości. Jedyny zabieg jakiego wymagają obecnie, to cięcie formujące i w stopniu nieznacznym prześwietlające. Napiszę jak generalnie sprawy w tym względzie mają się z różami historycznymi, z podziałem ogólnym na niepowtarzające i powtarzające kwitnienie.
Kwitnące raz w roku czyli te z grupy róż białych, mchowych, francuskich i wiele odmian damasceńskich najpełniej kwitnie na pędach dwuletnich i starszych. Silne cięcie, jeśli konieczne odmładzające czy ze względów zdrowotnych (przemarznięcia, uszkodzenia przez szkodniki lub choroby), powoduje, że w następnym roku kwiatów będzie mniej. Niemniej, wczesną wiosną tniemy pędy chore, zmarznięte i uszkodzone. W czasie kwitnienia cięcie wykonujemy w wypadkach szczególnych wobec mocno pokładających/wyłamujących się pędów pod ciężarem kwiatów. Jeśli krzew młody to można takie pędy podpierać/podwiązywać, jeśli starszy to ja skracam i wycinam kwiatostany. Po kwitnieniu przeprowadzamy zasadnicze i najważniejsze cięcie formujące. Usuwamy całkowicie pędy mocno zagęszczające pokrój i bardzo drobne, jak i przycinamy pokładające się tak, aby zewnętrzny pąk był skierowany na zewnątrz, a one same wyprostowane. Przyrosty boczne skracamy o 1/3 i tu warto również pamiętać, że najbardziej pożądane u wszystkich róż krzewiastych są pędy poziome na których pojawiają się kwiaty. U róż niezawiązujących owoców czy też niemających zdolności do samooczyszczania, tj. zrzucania płatków (pozostają zaschnięte), usuwamy kwiatostany i skracamy pędy również o jedną trzecią. Cięcie formujące może się trochę różnić w zależności od grupy róż historycznych, co podyktowane może być np. indywidualnym prowadzeniem róży, a o czym wspominałem we wcześniejszym poście. Spotyka się też zalecenie ogrodników angielskich i amerykańskich, do którego ja też się skłaniam, aby pędy starszych krzewów róż mchowych i stulistnych skracać po kwitnięciu o połowę. Zapobiega to zdecydowanie pokładaniu się jak ma to miejsce na przykład u "Henry Martin" czy "Common Moss". W klimacie Polski wprawdzie mogą nie rosnąć one tak silnie lub być uszkadzane przez mróz i podlegać naturalnej selekcji, jednakże zimy ostatnich lat są już na tyle łagodne, że wzrost wielu róż nie jest tak ograniczany. Pozostawiam to każdemu do rozważenia i sprawdzenia jak też róże będą się sprawować po cięciu pędów o jedną drugą.
Podobnie też indywidualne podejście zalecane jest przy cięciu młodych damascenek niepowtarzających, o czym wspominam w komentarzu przy "Ispahanie".
Historyczne powtarzające kwitnienie, tj. róże burbońskie, portlandzkie, orientalne, remontanty (Hybrid Perpetual) i nieliczne damasceńskie, tniemy wiosną – traktujemy ten zabieg jako sanitarny i formujący krzew. Usuwamy pędy chore i przemarznięte oraz skracamy o 1/3 pędy grubości ołówka i więcej, natomiast wszystkie słabsze skracamy o 2/3. Krzewy starsze, w wieku 5+, regularnie też należy wiosną odmładzać, usuwać najstarsze pędy na których pojawia się mniej kwiatów i są one też mniejsze. Po pierwszym, głównym kwitnieniu, wycina się tu jak najszybciej przekwitłe kwiaty, całe kwiatostany oraz pędy płone (strzały), co znacznie przyśpiesza i polepsza powtarzanie. Niezależnie od tych zasad, należy też pamiętać, że krzewy niższe, słabiej rosnące, należy generalnie ciąć nisko i silnie, aby krzewiły się mocniej u podstawy i dawały więcej solidnych pędów. Natomiast odmiany o znacznym wzroście, powyżej 150 cm, można ciąć wyżej i słabiej, tym samym dolne piętro nie będzie zagęszczone, bezlistne i da to możliwość uprawy w sąsiedztwie róży innych niższych roślin. Jedyny warunek, to utrzymanie na tyle silnych pędów róży, aby się nie pokładały.

Wprawdzie powyższe zalecane cięcia w jednej i drugiej grupie mają swoje podstawowe zasady, to nie są też one stricte żelazne i możemy je na potrzeby własnego ogrodu modyfikować, dostosowywać do tego jak chcemy prowadzić nasze róże. Jednakże dokładne ich stosowanie jest wystarczającym, aby krzewy prezentowały się bardzo dobrze zarówno w ilości i jakości kwiatów, jak i we właściwym pokroju.

Pana róże na pewno będą wymagać skrócenia pędów, przycięcia pokładających i krzyżujących się, usunięcia pozostałości po kwiatach. Wszystkie te zabiegi odpowiednio dostosujemy do danej odmiany, znając jej przynależność do grupy historycznej i sposób kwitnienia. Ponadto, widzę też w dwóch przypadkach pędy wybijające w znacznej odległości od zasadniczego krzewu. Jeśli to dzikie odrosty podkładki to bezapelacyjnie usuwamy, ale też jeśli nawet szlachetne i przynależne do właściwiej odmiany, to również należy je usunąć. Starszy krzew o przestrzelonym pokroju (z oknami) nie prezentuje się zbyt dobrze. Dbamy regularnie, aby był jednolity i zwarty, pamiętając przy tym, aby jednocześnie też nie nadmiernie zagęszczony.
Pozdrawiam
(18 czerwca, 2017)

Marek Moch: I ciągle nie mam czasu, aby bardziej szczegółowo odpisać i łącznie opisać swoje wątpliwości, więc spróbuję zrobić to częściami, bo inaczej chyba się nie uda. Kwestia pierwsza. Róże Ispahan, które naprawdę mocno się rozbujały w tym roku, rosną przy płocie, przy ulicy. Bywa tam dość wietrznie, a wiatr wieje - gdyby patrzeć na zdjęcie z wpisu z 15.06. - od lewej strony. Róże wygięły się w wyniku tego w prawo oraz w kierunku płotu. Widać to na zdjęciu, bardziej ta z lewej, bo jakoś tak urosła że ma bardziej zwartą, by nie rzecz ściśniętą, mniejszą, część dolną, przy ziemi, a na górze duży obszar liści który jest jak żagiel, ale i druga też to ma, choć mniej, bo u niej pędy na dole wyrastają w większej ilości, szerzej i konstrukcja się wzajemnie wspiera. U niej więc maszt jest większy, że zastosuję tę żeglarską stylistykę, w stosunku do żagla. Mniej go więc wygina (żagiel). Pomyślałem - piszę teraz głównie o tej z lewej, ale zasada byłaby i przy drugiej stosowana - aby mocno ciachnąć te grube pędy, które na zdjęciu są na pierwszym planie, tak na kilka tylko oczek wysoko, aby z nich, z tych oczek, na zewnątrz odbiły młode pędy - w kierunku wiatru, oraz w kierunku z którego patrzymy, one pewnie też będą z czasem się odginać pod wpływem wiatru, ale mniej. A jeśli to stosowałbym ten sam wybieg. Tych obecnych pędów, które już odgięły się z wiatrem nie odegnę, ale ich cięciem stopniowo zmienię kierunek krzewu. Kwestia druga. Widać to na zdjęciu Blanche Moreau na końcu wpisu z 9.06. W tamtym roku ciachnąłem płożący pęd, oczka nie mogły być na zewnątrz bo on był mocno wygięty, szedł równolegle do ziemi i z niego w górę odbiły dwa pędy, zresztą je też potem ciachnąłem, czy ta konstrukcja nie rozłamie się z czasem, czy ten poziomy pędy utrzyma z czasem to co będzie narastać na górze? Kwestia odrostów – tak zrobię jak Pan pisze, te dwa odrosty które wybiły z Versicolor i które myślałem, że udało mi się urwać, nie udało się i wybiły jeszcze dalej i mocniej. Teraz trzeba dokopać się do samej podkładki i wykręcać ufffff, trzeci odrost przy niej jest wolny w tempie przyrostu i jest chyba szlachetny, ale też go ukręcę. Wybił też odrost z Rose de Resht, chyba szlachetny, dość blisko, ale zrobię z nim jak Pan pisze. Róże rosną, dwa razy w tym roku zmuszony byłem prysnąć – na skoczki i na obnażacza. Zrobiłem to od razu gdy dostrzegłem pierwsze owady. I zadziałało ! Mszyc nie mam, posadziłem na rabacie 5 róż ogórecznik i bób, ten pierwszy to zły pomysł bo mi się pokłada, ale bób, boby, rosną prosto i całe (podobnie jak ogóreczniki) w mszycach i mrówkach, nie przeszkadza im to czyli bobom mieć już strąki! A mszyce nie ruszają się i nie mają zamiaru włazić na róże. Bób lepszy. Mam problem z czarną plamistością Blanche Moreau, prysnąłem miedzianem, trochę lepiej, ale tak myślę że z wiekiem będzie silniejsza, choć ma skłonność do czarnej plamistości (ew. jest to mącznika rzekomy). Zaś Felicite Parmentier miała jak rok temu mączniaka prawdziwego, ale uciąłem pierwsze zarażone liście i też dałem miedzian i jest ok. W ogóle te z rabaty 5 róż zaczynają się rozpędzać, Ispahany już to zrobiły. Super. Dziękuję za Pana wpisy!
(6 lipca, 2017)

Marek Moch: I jeszcze jeden wpis. Oglądałem dziś Ispahany, zwłaszcza ten krzew z lewej strony furtki. Jak już pisałem, oba, ten z lewej bardziej, pochyliły się pod wpływem wiatrów. Ten dodatkowo się "skudlił", pędy sczepiły, a ponieważ są mocne, nie da się ich odgiąć, a i z "rozplątaniem" jest problem, nie da się. Może gdybym je palikował, gdy były bardziej wiotkie ... ale z drugiej strony tutaj naprawdę czasem wieje, z tej lewej strony. I z tych grubych pędów wybijają na zewnątrz, już teraz, choć jeszcze nic nie ciąłem, nowe pędy. Ho ho. Normalnie mam strach jak to ciąć. Muszę mieć jakiś wolny weekend, wolną sobotę, bo boję się tak w ogóle ciąć :), a poza tym boję się, że gdybym to robił na chybcika, toby się mogło skończyć namiernym ściachaniem. Oglądałem też inne, zwłaszcza Felicite Parmentier, tam wiotkie pędy odgięły się do ziemi i wybijają z nich nowe, ale do góry, a ponieważ pędy są odgięte, to te do góry są od wewnętrznej strony starszego pędu. Czyli źle. Uuuuff. Poza tym stwierdziłem, że noo ... one ROSNĄ :) Miał Pan też rację z tymi bukszpanami przy Ispahanach, podobnie jak z koniecznością zachowania odstępów między krzewami. W ogóle muszę kolejny raz przyznać, że zna się Pan na różach i to bardzo! Pana uwagi, rady, poglądy, one się wszystkie sprawdziły. Gdy sadziłem róże wydawały się takie malutkie. A teraz, a to dopiero drugi rok. I np. te bukszpany przy Ispahanach .. za dużo tego :) W obecnej powodzi informacji, a często pseudoinformacji, człowiek zaczyna być do nich i w ogóle do autorytetów mimowolnie sceptyczny, więc uznałem że muszę to napisać! Jest Pan osobą taktowną, nie narzucającą swego zdania, ale NAPRAWDĘ warto dokładnie wsłuchiwać się, wczytywać w to co Pan pisze. Tak. Serdecznie pozdrawiam i jeśli będzie miał Pan jakieś przemyślenia co do tego i poprzedniego mego wpisu, byłbym wdzięczny. No mam stracha przed tym cięciem ...
(10 lipca, 2017)




Piotr Szustakiewicz:  Dziękuję za dobre słowo, to miło przeczytać, że moje doświadczenia, nabyta tym sposobem wiedza, przydają się też Pana różom. Poznawanie zdania innych ogrodników jest ważne zwłaszcza na początku, aby też nie popełnić podstawowych błędów, które z czasem zdyskwalifikują nasze róże. Czymś takim może być właśnie kwestia zbyt małych odległości między krzewami. Dorastając będą traciły przestrzeń do rozwoju, a i zamiast 2-3 odmiennych róż będziemy mieli jak gdyby jedną, będącą kłębowiskiem pędów bez ładu i składu. Kiedy zdajemy sobie z tego sprawę, to najczęściej jest już niestety za późno na przesadzanie i zmianę stanu rzeczy. Podobnie też sprawy się mają z dwoma różnymi odmianami o tym samym kolorze kwiatów, które zwłaszcza z daleka będą się prezentować jako jedna. Niewiele też można zrobić jeśli nieodpowiednio dobierzemy stanowisko na zbyt piaszczystej glebie. Choć czasami nie mamy tu wyboru i tak było na przykład w ogrodzie moich znajomych, którzy postanowili uprawiać róże, a ziemia u nich w ogrodzie bardzo luźna, prawie pylasta. Każdy krzew przy sadzeniu dostał około 150l kompostu i coroczne nawożenie, a jednak to wszystko okazuje się wciąż zbyt mało i ponad już pięcioletnie róże nie prezentują się tak dobrze jak moje podobne wiekiem rosnące na glebie ciężkiej i gliniastej. Z poprawnym doborem stanowiska wiążą się też kwestie wystawy i nasłonecznienia, generalnie powinno być południowe, tylko nieliczne róże sprawują się dobrze na częściowo zacienionych. Nieprzyjazne może okazać się też sąsiedztwo drzew i krzewów zasłaniających słońce, a i  tworzących mocno rozgałęzione karpy korzeniowe (świerki, brzozy, czy nawet bzy), które mogą przerastać korzenie róż. Decydowanie z czego z czasem zrezygnować w ogrodzie bywa bardzo trudne. Wszystko powyższe to warunki nieodzowne i konieczne do spełnienia w czasie sadzenia róż i nie ma co samemu tu odkrywać Ameryki, a i przysłowiowe uczenie się na błędach nie bardzo zdaje egzamin. Co nam po takiej nauce, z której po pięciu latach wynika tylko, że róże rosną byle jak i trzeba je zaprowadzać na nowo.
Natomiast, jak już te różane sine qua non mamy spełnione i za sobą, to potwierdzam jak najbardziej, że nie ma to jak własne doświadczenia ogrodnicze budowane na codziennym zajmowaniu się różami. Tu popełniane błędy, jeśli się zdarzą a i mają prawo, nie mają już takich dla róż być albo nie być konsekwencji. Co najwyżej stracimy jeden czy dwa pędy, część kwiatów. Pana róże zostały bardzo dobrze posadzone i tak są prowadzone, są silne i zdrowe, naprawdę trzeba by teraz kataklizmu (odpukajmy w niemalowane :), aby je powalić. Także proszę się nie obawiać wykonania zabiegu cięcia i jeszcze raz powtórzę - to tylko drobny zabieg, a nie przecież operacja typu przesadzanie, która może rokować 50 na 50. Pamiętajmy tylko o podstawowych zasadach, o podziale cięcia wobec róż historycznych (generalnie krzewiastych) powtarzających i niepowtarzających kwitnienie. Tak jeszcze na marginesie, czasami słyszę takie "a po co mi w ogóle wiedzieć do jakiej grupy należy moja róża i jakie jest jej pochodzenie". I tu jest doskonała odpowiedź – otóż ma to jak najbardziej praktyczne zastosowanie, po to uczymy się tego wszystkiego, aby wiedzieć jak się różami zajmować czy w tym przypadku wykonywać cięcie.

Co do samej "Ispahan"... O cięciu tej róży napisałem się w komentarzu i zatem powtórzę się. Cięcie, podobnie jak i innych damascenek, jest i przy tej odmianie bardzo ważnym. W pierwszym roku uprawy wycinamy tylko przekwitłe kwiatostany. W drugim, w sierpniu tniemy krzew do 50 cm i powtórnie do 75 cm z końcem października, jeśli to konieczne. W następnych latach w sierpniu tylko cięcie korygujące kształt krzewu (usuwamy mocno strzelające pędy), natomiast zasadnicze wiosną na wysokość 1 m i też wtedy wykonujemy prześwietlające (wycinamy pędy krzyżujące się, przemarznięte, chore). Ta podana wysokość 1 metra to podobnie jak i przy różach białych czy mchowych, takie dookreślenie dla danej grupy generalnych zasad cięcia historycznych niepowtarzających. To doświadczenia niektórych rosarian, niemniej uznanych autorytetów, ich stosowanie jest poparte wieloletnimi doświadczeniami w uprawie róż. Warunki klimatyczne, stanowiskowe, podkładka, prowadzenie róży – to wszystko determinuje te sprawy. Trzeba to empirycznie sobie zweryfikować. Ja jeśli cokolwiek zalecam tu w swoich wypowiedziach, a odbiega to od zasad przyjmowanych przez większość, to tylko w takich doświadczalnie potwierdzonych w moim ogrodzie przypadkach.
Unikanie wystaw podatnych na działanie mrozu czy też wiatru, który może wyłamywać pędy wyższych krzewów, to sprawy, które trzeba rozważyć już przy sadzeniu róż. Nie są one z tych z którymi nie można już nic zrobić w przyszłości, jednakże radzenie sobie z nimi zawsze będzie wymagało zachodu. W przypadku zastoisk mrozowych czy mroźnego dotkliwego wiatru, konieczne zimą będą dodatkowe osłony, zwłaszcza u odmian o niższej mrozoodporności. Przy całorocznej wietrznej wystawie koniecznym je wspieranie krzewów wzmacniającą konstrukcją. Może mieć ona różne formy, począwszy od drewnianych po metalowe, bardziej trwałe i solidne. Coś możemy sobie w każdym centrum ogrodniczym dobrać, ważne jest aby wspierały krzew w połowie jego wysokości, obejmowały w tym miejscu wszystkie pędy. Mogą być w typie podpory dla peonii, czyli metalowe koło wsparte na 3 nogach. Podpory generalnie nie mogą być zbyt wysokie, w innym przypadku pędy mogą nam niepożądanie się piąć i stawać wiotkie. W tym przypadku Pana róż "Ispahan" pomocnym może być mocowanie krzewów do płotu lub wspieranie na nim, jeśli tylko odległość na to pozwoli. Musi Pan to sobie rozważyć. Jest też tak, że z roku na rok pędy będą się wzmacniać i może się okazać, że za 2-3 lata problem sam zniknie. Krzew będzie na tyle mocny i stabilny w pokroju, że da sobie radę z ulicznymi przeciągami. Bo też jak sądzę po zdjęciach, nie jest to taki typowy wydmuch jak to czasami zdarza się w ogrodach wiejskich otwartych na pola.
W ubiegłych dwóch latach mocno dawały się w moim ogrodzie braki opadów deszczu przy jednoczesnych upałach. Niemniej róże miały się jak nigdy, wspaniale kwitły i nie zapadały na choroby liści. W tym roku nie pada co leje tydzień w tydzień, no i o ile ogród tonie w zieleni, to róże już tak dobrze się nie prezentują. Zaczynam też dostrzegać pierwsze oznaki rdzy i czarnej plamistości. Porażone liście usuwam ręcznie i czekam na słońce, ciepłe w końcu lato. Ale też sobie myślę, w Anglii pewnie jeszcze więcej deszczu, a róże uprawia się z tak dużym powodzeniem, że nie ma co i u nas za bardzo narzekać.
Pozdrawiam
(11 lipca, 2017)

Marek Moch: Dziękuję Bardzo!!! Ardua prima via est, pamiętam to z pierwszej lekcji łaciny w liceum, ale też faktycznie nie ma co się aż tak bardzo bać. Gdy zrobię cięcie to je opiszę. A teraz mam tylko jeszcze jedną prośbę, jednak tylko jeśli nie będzie to kłopotem dla Pana. Czy mógłby Pan wkleić po jednym zdjęciu swego Comte'a de Chmbord, Rose de Resht, Ispahana i Versicolor, ale takie abym widział jak tam się układają pędy?
Pozdrawiam
(14 lipca, 2017)

Piotr Szustakiewicz:  Domyślam się, że najbardziej pomocne byłyby takie które przedstawiają wspomniane róże w podobnym Pana wieku czyli wchodzące w 3 sezon, niestety takich nie posiadam. Te które widnieją przy poszczególnych przedstawiają pokrój krzewów starszych, najczęściej kwitnących. Nie wiem na ile one spełnią Pana oczekiwania. To "Comte de Chambord" z kwietnia 2016 roku (jest na stronie 14), może dać pewien obraz pokroju jaki tworzy ta róża, a i też do czego powinniśmy zmierzać poprzez cięcie...

Proszę jeszcze popatrzeć na jesienne zdjęcia zamieszczone w tej historii na stronie 19. Jest tam między innymi "Ispahan", poza tym dobrze widoczne podstawy róż historycznych krzewiastych. Jakkolwiek będę miał na uwadze, aby pojawiły się tu zdjęcia bardziej obrazujące kwestie kształtowania pędów. Może jesienne, kiedy już stan bezlistny i ich układ jest dobrze widoczny.
(16 lipca, 2017)

Marek Moch: Witam po przerwie. Niestety z braku czasu nie zrobiłem jeszcze cięć. Źle. Może gdybym miał doświadczenie, to udałoby mi się to tak „na szybko”, ale u mnie .. ja muszę mieć cały dzień na to, więc ciągle to odkładałem. A jak miałem czas, to padało. Źle. O ile tylko w najbliższy wtorek (święto) nie będzie u mnie lało, to na pewno to zrobię. Raz kozie śmierć. Mam Pan wskazówki, co prawda to (cięcie) i tak budzi moje obawy, ale trzeba to zrobić. I już. Ispahany wybujały. Bardzo mocno, w górę, w boki. Inne (rabata 5 róż) też ruszyły. Moje spostrzeżenia: Ispahany ogromne, jedynie co, to ciut parę razy chwyciły mączniaka rzekomego, nie pryskałem jednak, obrywałem tylko zarażone liście, przy tej ich ilości liści co mają nie było to oberwanie w ogóle dostrzegalne, i trzymam mączniaka w ryzach. Comte de Chambord bardzo zdrowy (nie chorował na nic), mocno kwitł i pięknie pachniał, teraz powtarza kwitnienie, obecny zapach słabszy (ale i tak czuć), ale kwiaty bardzo ładne, w przerwie między kwitnieniami zaczął też mocno przyrastać, teraz to kontynuuje - polecam tę odmianę, coś tam go z lekka poskubało, ale trzymam w ryzach, parę gąsienic trrrach ... i 2 czy 3 skoczki też ciaach ... Rose de Resht ma tak samo jak CdCh, kwitnienie jeszcze lepsze!, przy obecnym też b. mocny zapach, taki jak przy pierwszym, też b. zdrowa. Polecam. Dodatkowo sama z siebie stworzyła bardzo ładny kształtny krzew, puściła szlachetny odrost który pięknie kwitł, ale mimo że serce mnie boli pewnie go we wtorek wytnę (tak jak Pan zaleca). Coś go tam w paru miejscach zgryzło, ale w ryzach i bez przesady. Blanche Moreau ruszyła, moim zdaniem ma coś małe liście, nie wiem czego jej brak, tak jak w tamtym roku miała czarną plamistość, pryskałem ją jakiś czas temu już 2 razy miedzianem, liści z plamami nie oberwałem wszystkich, ale na nowych nic nie ma mimo to, miała parę razy ciut mączniaka, poobrywałem, nie pryskałem, dała 3 odrosty (szlachetne!) i tutaj pewnie tak zrobię jak przy Rose de Resht. Moim zdaniem ona musi dorosnąć, i za kilka lat problemy z czarną pl. znikną same. Rosa mundi Versicolorka ho ho ho jak ona poszła w szerz i w zwyż, łapie ciut mączniaka ostatnio i teraz też coś ja ciut pożarło, trzymam w ryzach. Właściwie to martwi (i dziwi mnie) Felicite Parmentiere, to alba, a mimo to mączniaka chwyta najmocniej (tak samo było w tamtym roku), na młodych liściach, również z tej przyczyny będę ciął we wtorek, do tej pory obrywałem jedynie i było ok, ale teraz ostatnio lało i lało i mączniaka jest na końcach więcej, poza tym co jeszcze .. hmm to samoistnie zgrabny krzew, może też musi dorosnąć i problemy z chorobami znikną hmm? Choć przecież to alba… więc ten mączniak dziwi. No i coś tam też ją z lekka zgryzło na górze. Pryskać nie będę. Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za maile, one mnie zmotywowały do działania. Marek Moch ps. a teraz właśnie LEJE.

ps. No i już po cięciu, ale tylko Ispahany zrobiłem. Postaram się w weekend dokończyć resztę. A przy wolnej chwili opisać swoje spostrzeżenia i przemyślenia. Bardzo Dziękuję z całą pomoc! I zdopingowanie, bo bym pewnie jeszcze odkładał to przez rok :)
ps.1. Finis coronat opus wszystkie przycięte. Dziś tj. 22.08. skończyłem też wielkie porządki na rabacie 5 r., musi być mniej bylin i tak będzie (jest), róże są najważniejsze. Już doczytałem, że na nawóz jest za późno, dałem tylko ciut ciut jesiennego, z potasem i mikroelementami. Super by było, gdyby po tym jak opadną u Pana liście, wrzucił Pan z 3,4 zdjęcia starszych krzewów - na nich będę widział pokrój i układ gałęzi do którego będę dążył, sądzę że już wiem o co w tym chodzi, ale nauki nigdy za dużo. Za co z góry b. dziękuję :)
ps. 2 Co Pan sądzi o oborniku granulowanym jesienią?
Teraz nic już nie daję, poza tą garsteczką jesiennego z potasem (już dałem wczoraj), ale może warto dać
gdzieś w październiku obornik granulowany i go przekopać, wiosną byłby dostępny. Przed cięciem zrobiłem oprysk z drożdży i mleka, bo miałem ten biały mączniak, wyglądało to średnio, ale potem woda to spłukała, a teraz też po przycięciu i przewietrzeniu widzę, że chyba problem znikł.
(8-22 sierpnia, 2017)

Piotr Szustakiewicz: Potwierdzam, starsze krzewy zdecydowanie mniej zapadają na mączniaka jak i inne choroby grzybowe liści. Przy moim bezopryskowym prowadzeniu można by nawet postawić tezę, że same nauczyły się dawać sobie radę z takimi problemami. Oczywiście nie jest to stan idealny, ale całkiem zadowalający. Co do nawożenia, to jak to napisałem na samym początku naszej rozmowy, ja w ogóle nie nawożę róż przez pierwsze 3, a nawet 5 lat. Pozwalam przez to, aby korzenie poszukiwały same składników pokarmowych i tym samym rozrastały się rozlegle. Moim zdaniem dobrze przygotowane stanowisko całkowicie zabezpiecza krzewy w składniki pokarmowe na pierwsze te lata. Zwłaszcza jeśli nie ma żadnych oznak niedoboru składników, jakiejkolwiek chlorozy i krzewy sprawują się nam doskonale. Wiem, że zaleca się nawożenie, a i przecież półki w sklepach ogrodniczych po to właśnie uginają się pod ciężarem wszelkiego asortymentu dopalaczy dla róż. Pozostawiam Panu te kwestie, podobnie jak zawsze to robię, do rozważenia sobie. Natomiast czymś zupełnie innym są zabiegi traktujące pędy i liście wzmacniającymi/uodparniającymi naturalnymi preparatami, najlepiej sporządzonymi przez samego siebie z naturalnych surowców oraz w zgodzie z naturą i ekologią zwalczanie szkodników i chorób róż. To wszystko jest jak najbardziej wskazane i godne polecania. Bardzo mi się podoba ten oprysk z drożdży i mleka, choć jeszcze nigdy sam takiego nie robiłem. Domyślam się po składzie czemu ma służyć, ale najlepiej będzie jak Pan o tym sam napisze, skąd też taki pomysł. Ja o zdjęciach oczywiście pamiętam, jesienią pojawią się w witrynie.
Pozdrawiam
(25 sierpnia, 2017)
 
Marek Moch: Witam i od razu na wstępie b. dziękuję za kolejne Pana wpisy. Co do zdjęć, to chyba niezbyt precyzyjnie się wyraziłem, otóż zależało mi (przede wszystkim) na zdjęciach całego krzewu(ów), wtedy będę widział i dół i górę, całość, cały układ pędów na krzewie, cel do którego będę dążył. Parę zdjęć po tym jak opadną liście, o ile możliwe z krzewami odmian które mam ja, to byłoby coś super, z co z góry raz jeszcze dziękuję. A propos cięcia, z jakiej firmy ma Pan sekator? Ja kupiłem kilka, ale jakieś takie ... średnie (fakt, nie były zbyt drogie, no to mam ...), a dobry sekator jest przecież b. ważny. Oprysk z drożdży (kostka, ale można dać pół, na litr mleka jak najchudszego, wymieszać, odstawić na jakieś parę godzin, a potem rozcieńczyć w 10 litrach wody, dobrze aby była odstała i nie za zimna, ja dałem po wymieszaniu jeszcze trochę cukru, ale to już mój pomysł, drożdże zaczęły wtedy pracować) dałem w związku z mączniakiem prawdziwym, który się pojawił, przede wszystkim na Felicicie Parmentier, ale też z lekka na Ispahanie, Blanche Moreau i Versicolor. O opryskach z mleka czytałem już dawno, a teraz gdzieś znalazłem artykuł o drożdżach, one mają konkurować i zajmować nisze grzybów, które w związku z tym giną z głodu. Tak to można językiem laika w skrócie opisać. Może to być oprysk, można też podlewać pod krzew. Sam oprysk może być w formie polania z góry na krzew z konewki. Tak, pamiętam co Pan pisał o nawożeniu, ale korciło mnie, po tym cięciu, coś sypać, jednak poza garsteczką jesiennego pod krzew, którą już zaaplikowałem, nie będę nic dawał. Widzę dziś, że problem z mączniakiem prawdziwym znikł (ciąłem też, a zarażone były końce), za to mam ten mały problem z czarną plamistością ? lub mączniakiem rzekomym ? szczerze mówiąc nie umiem tego chyba rozróżniać. Na Blanche Moreau, a teraz widzę że też trochę wlazło na Versicolor. Ale zachowuję spokój. Jak człowiek za bardzo biega koło roślin, to często kończy się to źle. Nie przesadzać, zachować umiar we wszystkich działaniach. Poza tym, to ma być przyjemność, nie orka na ugorze ;) Aczkolwiek, o czym już pisałem, zrobiłem kolejny już raz wielkie wykopki na Rabacie 5 Róż. Choć cały ten gąszcz bylinowy B. mi się podobał (owadom też). W porównaniu do zdjęć z 5-9.06. ona cała zarosła. Wyrzuciłem wszystko najpierw i zrobiłem z tego co miałem grupy bylin „na rogach” na końcach na prawo i na lewo. Oraz w dwóch miejscach od strony obrzeży przy Versicolor i Blanche Moreau. Zobaczę jak to teraz będzie, w ziemi coś tam na pewno zostało, kłącza i nasiona. Nie wiem... najchętniej miałbym taki gąszcz jaki był, ale róż prawie nie było widać (nie wiem czy czasem te choroby też stąd się nie pojawiły, choć liczyłem że stworzy się naturalna równowaga, na pewno sadząc boby spowodowałem że mszyce były tylko na nich, nie tykały róż), najbardziej do było widoczne w przypadku Felicyty, gdy usunąłem byliny spostrzegłem, jaka duża urosła (do tego sama z siebie była taka zgrabnie ukształtowana). Choć bylinowy gąszcz też był SUPER... Kwitło raz to raz tamto, listki taki i inne, pszczoły miodne i dzikie, trzmiele, muszki, osy i to bardzo różne, ślimaki, pluskwiaki, złotooki, biedronki itede… Cudnie. Nie trzeba było też za bardzo podlewać, ziemia była okryta. Będę pewnie z tym jeszcze eksperymentował... Muszę jednak pamiętać, że nie mam dzikich róż, ale szlachetne. Obawiam się, że je tym bylinowym szałem "doduszałem". Co Pan o tym sądzi? Przy Rose de Resht, Versicolor i Blanche Moreau były odrosty – ale na pewno szlachetne, bo RdeR kwitł a BM miały ten kolor i wyrostki mchowej, zaś Versicolor nie wyglądał, zbyt był delikatny, na dziką – jednak zgodnie z zaleceniem je usunąłem, przy okazji cięcia. Kupiłem dwa małe opakowania EM-ów. No oczywiście opryski z gnojówek ziołowych też będę zawsze robił. I to tyle :).
Pozdrawiam
(28 sierpnia, 2017)

Marek Moch: Czy wśród takich bylin mogłyby rosnąć róże? Oto jest pytanie ... Taka gęstwina jest Zachwycająca, ja to nawet bym dał więcej "dzikich" "chwastowych" rodzimych bylin, ale ... Na zdjęciach Pana róż widzę, że jest dużo ziemi bez bylin, bez niczego, wokół róż. Już Pan kiedyś pisał, tu w rozmowach o różach, że z czasem róże są coraz większe, mocniejsze i otoczenie bylin im nie będzie wadzić, ale ... ciągle myślę jak to połączyć, róże i morze bylin. Bo mniejszy przewiew (!), bo konkurencja o wodę i składniki pokarmowe ... problem do rozwiązania. Pozdrawiam
ps. No i proszę, dzisiaj obejrzałem róże i widzę pęczniejące pąki, a na części już nowe przyrosty z tych pąków - w miejscach poniżej cięć. Za długo zwlekałem z tym cięciem, teraz będę się martwił czy zmężnieją przed zimą :). Ale nic to, ważne jest że ciąłem! A poza tym uświadomiłem sobie, że to już ponad 2 lata mego czytania i pisania na Pana stronie! Dziękuję za przemiłe i bardzo kształcące rozmowy o różach.
(3 września, 2017)

Piotr Szustakiewicz: To prawda, sekator do róż koniecznie musi być bardzo ostry, aby przy cięciu nie rozszczepiał pędów, które w takim stanie źle się zabliźniają i stają się furtką dla przenikania wszelkiego rodzaju patogenów. Używam od trzech lat Raco (Profi Plus), który mi najbardziej przypomina stare Gerlachy, niezwykle solidne, a przy tym bardzo proste w wykonaniu, czyli ramiona z ostrzami jako wykuta całość z możliwością ostrzenia. Bez żadnych usprawnień/udziwnień. Warto wydać jednorazowo te 70 zł i niech sekator służy nam na lata. Ostrzenie jest czymś nieodzownym co sezon, ale też nie jest w żaden sposób to skomplikowana sprawa. Dziękuję za recepturę na Drożdze z Mlekiem. Pomysł uważam za bardzo ciekawy i taki inspirujący. Wprowadzamy do środowiska róż grzyby (drożdże są nimi), które nazwałbym szlachetnymi, jako mechanizm antagonistyczny wypierający te złośliwe i niechciane. Mamy konkurencję o składniki pokarmowe, czyli coś innego niż na przykład Biosept 33SL (obecnie Active), ekstrakt z owoców grapefruita o działaniu uodporniającym. A przy tym drożdże jako surowiec są nieporównywalnie tańsze i prostsze do przygotowania w warunkach domowych. W przyszłym sezonie na pewno sporządzę miksturę według Pana przepisu i zaaplikuję moim różom.
Prowadzenie róż na rabatach monotematycznych, czyli bez innych bylin, to najprostsza i najmniej wymagająca pracy forma uprawy. W naszym klimacie i wszędzie tam gdzie róże wymagają okrywania, ta zasadność najbardziej uwidacznia się przy kopcowaniu, jak i nakładaniu stroiszy czy agrowłókniny. Wiadomo, przekopywanie rabat bylinom nie służy, podobnie jak i zadeptywanie. Stąd też i mój wybór, aby róże rosły sobie samodzielnie. Z innymi bylinami mam tylko miniaturowe i pnące przy ścianach oraz płocie. Na dużej różance mam wszystkie krzewiaste (parkowe, historyczne), są to rabaty obwiedzione żywopłotami z bukszpanu i w jednym przypadku z lawendy. Pomiędzy krzewami są posadzone tulipany na czas wiosenny od marca po koniec maja, jednakże nie w najbliższej bliskości. Od 3-4 lat uzupełniam międzykrzewowe nasadzenia piwoniami. Są na tyle zwarte w pokroju, że przy zachowaniu należytych odległości między różami nie wchodzą jedne drugim w parade. Róże są też starsze i zdecydowanie nad piwoniami górują piętrami kwiatów. Mamy tu spełniony jeden z warunków łączenia, czyli różnicę wysokości pokroju, gdzie byliny mają być niższe i przesłaniać podstawę krzewu, która najczęściej u róż jest bezlistna i bez kwiatów. Kolejnym aspektem jest dobranie tak odmian (u mnie róż i piwonii), aby kolorystycznie komponowały się, nie były w tym samym kolorze i tym samym nie zlewały się w jedną plamę. Nie może to też być ostry kontrast, a raczej poszukiwanie harmonii kolorów i ich odcieni. Poza kolorem wymagane jest już bardziej zdecydowane różnicowanie, tak aby na swój sposób była widoczna róża, jak i bylina. Poza kolorem, odmienne powinny być też kształty kwiatów, przy różach najlepiej prezentują się wszelkiego rodzaju zebrania pionowe jak kłosy czy rozstrzelone wiechy jak u gipsówki. Róże w obrysie są kuliste i owalne, więc w zestawieniach dobrze wypada wszystko co takie nie jest – dzwonkowate, lejkowate, trąbkowate, koszyczkowe czy talerzykowate. Różne powinny też być liście róży i obok rosnącej byliny, zarówno w barwie jak i ksztalcie oraz fakturze. Czas bez kwiatów ma być równie interesujący i rabata dalej ma się prezentować jako zestawienie różnych roślin. Pogodzenie tego wszystkiego nie jest sprawą prostą, jednakże jak najbardziej do osiągnięcia, o czym najlepiej najlepiej świadczą angielskie ogrody. Jednakże tu pamiętajmy, że klimat tam nieporównywalnie łagodniejszy, a i też odmienny bywa latem. O ile Saxifraga urbium "Aureopunctata" doskonale się tam odnajduje, to u nas może być problem z utrzymaniem w upalne lata, a zimą nie sposób jej nie zawadzić przy kopcowaniu, tym bardziej, że korzeni się płytko. Próbowałem uprawy z mieszańcami herbatnimi i rabatowymi, niestety choć prezentowała się wspaniale to musiałem z niej zrezygnować. Te dwie wspomniane powyżej grupy róż mają u mnie mniejsze rabaty, między nimi ze względu na odległości nie da się uprawiać tulipanów, dlatego też wysiewam tu wszystkie jednoroczne, najczęściej jest to lobelia przylądkowa lub samorozsiewający się fiołek ogrodowy "King Henry". Jesienią nie żal mi wchodzić między róże ze szpadlem, a kopce tu muszą być solidne i są koniecznością.
Co do cięcia nad którym Pan się zastanawia, to zwłaszcza młode krzewiaste warto ciąć wcześniejszym latem, aby już nowe pędy do zimy się wzmocniły i nie przemarzały. Jednakże w ostatnich latach wegetacja róż znacznie się wydłużyła i trwa aż po grudzień, więc powinno być wszystko dobrze. Jeśli natomiast zima by przyszła już w listopadzie, to 2-3 warstwy dodatkowej agrowłókniny powinny być wystarczającym rozwiązaniem.
No tak, czas płynie i ani żeśmy się obejrzeli jak minęło dwa lata. Ja równie bardzo dziękuję za wspólnie spędzony czas na rozmowach o różach. Pozwalają mi wracać, przypominać sobie o tym co czasami ucieka z pamięci, a i uczę się też rzeczy nowych, jak wspomniane Pana drożdże czy szukając odpowiedzi na te nasze różane dylematy.
Pozdrawiam serdecznie :)
(4 września, 2017)





Marek Moch: Ja nawet nie myślałem o problemie z kopcowaniem, bo po pierwsze mam odmiany dość odporne na mróz, po drugie tu u mnie, na granicy Wielkopolski i Dolnego Śląska, jest zdecydowanie cieplej niż u Pana na Mazowszu, po trzecie część bylin zniosłaby, jak sądzę, bez większego problemu jednorazowe wejście jesienią i tak samo wiosną oraz przysypanie ziemią w okresie braku wegetacji – ale o tym, czy rozrastające się byliny mi nie zaduszą róż oraz czy nie spowodują braku przewiewu. U mnie w tym roku rabata z ogromną ilością bylin zachwycała mnie. / Dostrzegłem, też tak na marginesie, jak układ ma wpływ na odbiór, obraz, ogląd, tzn. najlepiej rabata wyglądała z pewnego oddalenia, z boku, patrząc w kierunku na jej węższy bok z Comte i Felicite na pierwszym planie, lepiej niż od strony tego szerszego patrząc na Felicite i Rose de Resht, a to dlatego że powstał m.in. dzięki jeżówkom w środku oraz coraz wyższym różom, układ w pewnym stopniu amfiteatralny, a oddalenie uspokajało całość. / Ale zastanawiałem się, czy czasem pojawienie chorób na różach nie było spowodowane tym, że one były w tych bylinach. Te zarastały róże. I z czasem dość mocno. Mniejszy przewiew. Ale znowu robić takie wycinki wokół samych róż, będzie to wyglądać jak ja to mówię "lastrykowo". Tu proszę spojrzeć, to francuska strona internetowa ze zdjęciami ładnego, a miejscami pięknego ogrodu (lejardindebene.com). Tak bym chciał to u mnie widzieć! Zwłaszcza zdjęcia z Tuscany pokazują o co mi chodzi. Ale te z Cardinal de Richelieu i La Belle Sultane/R. gallica Violacea też. Swoją drogą Cardinal ma skłonność do łapania chorób, a mimo to tutaj tak to jest prowadzone. Co Pan o tym sądzi? To mi się b. podoba. W takiej naturalnej gęstwinie. Róża w bylinach. Tego bym chciał. I lokatorzy ogrodu bez 2 zdań też ;) A inna kwestia, to najbardziej chciałbym aby byliny były możliwie w dużym stopniu, nasze, rodzime. One bardziej pasują to otoczenia, w nich róże przełamujące, z uwagi na kwiaty i całość taką szlachetną, choć też same liście podobne u wielu do liści naszych rodzimych R.canina i R. rubiginosa. Ale też nie wiem do końca jak to czynić, bo np. przed 2 laty miałem kępę podbiału, była zwarta a sam podbiał wyglądał bardziej jak rabarbar – chodzi o rozmiary, dobra ziemia i podlewanie hahaha, liście jego zawsze mi się podobały, ale dziad się rozłazi. W tym roku wyrzuciłem całą kępę, to w ziemi co zostało po poprzednim roku, powstały dużo mniejsze, teraz po wykopkach znowu coś wyłazi z ziemi. I kwestia czy takie naturalne byliny nie ściągają chorób, które potem skaczą na róże… Problem do przemyślenia, ale cel jest: Róże w naturalnych bylinach. 
A tu strona brytyjska (blackberrygarden.com), nie wszystko tam mi się podoba, ale proszę spojrzeć na zdjęcia 7 i 8. Ja to bym co prawda ciut tam poporządkował, ale też nie bardzo. Tylko, czy taki naturalizm nie szkodzi. U mnie gdy w tym roku robiłem znowu wielkie wykopki zauważyłem, że część róż miała słabe pędy w tym buszu, mniej słońca, ale to też mogła być kwestia, że są jeszcze młode. Felicite mimo buszu stworzyła piękny krzew (sic!), ale pojawiły się na niej oznaki mączniaka. Pisałem o problemam z chorobami. Lecz taka dzikość mnie ciągnię, naturalność, przełamana szlachetnością róż, sama szlachetność na tle tej dzikości jest też bardziej wyraźna. Kontrasty. To mi się b. podoba. No i pszczoły miodne i dzikie, trzmiele i trzmielce, muchy, bzygi, biedronki, złotooki i cała reszta, łącznie z osami i to nie tylko tymi "zwykłymi" :) To też mnie ciągnie.
Pozdrawiam
ps. Znalezione w internecie.
1.Roztwór do opryskiwania przeciwko szkodnikom i chorobom. Łyżeczkę sody oczyszczonej rozpuścić w litrze ciepłej wody i dodać kilka kropli oliwy z oliwek, roztworem opryskiwać róże kilka razy w odstępach trzech, czterech dni.
2. Odżywka do podlewania, wzmacniająca rośliny, w tym system korzeniowy. Łyżeczkę sody oczyszczonej oraz łyżeczkę soli Epsom (siarczan magnezu) oraz pół łyżeczki amoniaku spożywczego rozpuścić w 4 litrach wody, roztworem podlewać nie częściej niż raz w tygodniu.
To może być ciekawe, wydaje się że też w miarę ekologiczne, naturalne. Co Pan sądzi?
ps.2. a tu proszę, ta sama francuska strona proszę spojrzeć na przedostatnie zdjęcie, to galijka La Belle Sultane, wśród bylin... wygląda na zdrową
(12-24 września, 2017)

Piotr Szustakiewicz: Moim zdaniem, poza różami naturalnymi, spotykanymi jako rosnące dziko, wszystkie pozostałe wymagają w naszym klimacie okrywania w mniejszym lub większym stopniu. Pozostawieniu ich na zimę samym sobie zawsze towarzyszy ryzyko utraty. Przykład z ostatniego roku róży "Compassion", która rośnie od 5 lat zarówno w moim ogrodzie, jak i u znajomych. Ten drugi ogród również na Mazowszu, po zachodniej stronie Wisły, w mieście. Rabaty z różami rozmieszczone są wśród starodrzewu, na który składa się przede wszystkim kilkunastoletnia kolekcja sosen, na obrzeżach ogrodu rosną świerki i żywotniki. Zima ostatnia podobnie jak i poprzednie kaprysiła długo z nadejściem, a jak już pojawiły się mroźne dni w styczniu to z -16 ºC i było takich zaledwie kilka. Znajomi dali w grudniu kopce różom rabatowym, natomiast z pozostałymi postanowili zaczekać, aż przyjdą temperatury, które są niższe niż podawane graniczne dla odmian, które uprawiają. A że takie się nie pojawiły to róże nie były okrywane. Ja kopcowałem podobnie, a stroisze z agrowłókniny wiązałem z początkiem stycznia, przed dniami -10 ºC. Najniższa temperatura jaką odnotowałem w połowie stycznia to -17 ºC. Róże przezimowały mi w takim warunkach bardzo dobrze, a "Compassion" nie przemarzła nawet w najwyższych piętrach rozpostartych na kracie pergoli. Natomiast u znajomych nie okryta na takiej samej pergoli zmarzła aż do gruntu i w kwietniu nawet zastanawiali się czy całkowicie nie wypadła. Odbiła dopiero w maju i o ile wcześniej sięgała 2 metrów, to po tym sezonie jest w granicach 0.5 m i kwitła 2-3 kwiatami, czyli jakby z powrotem wróciła do pierwszego sezonu w ogrodzie. Zatem 3-4 lata uprawy jak nic zostały stracone. Mrozoodporność "Compassion" to -23.3 ºC, więc wydawałoby się że temperatury rzędu -17 ºC nie powinny jej zaszkodzić, tym bardziej jeśli jest uprawiana na tak osłoniętym stanowisku i ma za sobą pięć sezonów w ogrodzie. To przykład róży pnącej, ale podobnie też sprawy mają się z innymi o pokroju krzewiastym, parkowym. Mrozoodpornośc encyklopedyczna daje nam pewne wskazówki jak zajmować się daną odmianą, jednakże nie należy tego przyjmować za pewnik. Druga sprawa, czy można zadeptać na tyle rabatę aby utracić rosnące na niej byliny? Można jak najbardziej, zwłaszcza kiedy zimno, pierwszy śnieżek i opatulając róże zwracamy tylko uwagę na nie. Wiele bylin to hemikryptofity, z pąkami przetrwalnikowymi na powierzchni gleby lub osadzone bardzo płytko oraz chamefity z pąkami ponad poziomem grunty, osłaniane przez liście, śnieg czy też wymagające nienaturalnej osłony. Uszkodzenia pąków u jednych i drugich mogą doprowadzić do utraty młodych bylin, a u starszych znacznie ograniczyć ich kwitnienie w roku następnym.
Poza opisanymi powy
żej sprawami jest jeszcze zajmowanie się przecież różami w czasie wegetacji, a czego na odległość zrobić się najnormalniej nie da. Trzeba się znależć przy każdym krzewie kilka razy od wiosny po jesień, aby wszystkiego dopatrzeć.  Róże są niewykle pracochłonną grupą roślin, jak żadne inne wymagają wiele zachodu i starań. Utrudnianie sobie prac pielęgnacyjnych z reguły skutkuje tym, że czas poświęcany różom zaczyna się wydłużać i może nam go najnormalniej zabraknąć. O ile takie ogławianie z przekwitłych kwiatostanów dorosłego krzewu o wymiarach 2m x 2m da się przeprowadzić w 20 minut, to przy braku bezpośredniego dostepu ze względu na rosnące byliny, ten czas jak nic wydłuży nam się razy dwa. Wchodzenie na byliny latem jest też raczej trudne do zaakceptowania, ślady takich naszych wędrówek będą długo widoczne. Także to wszystko trzeba mieć na uwadze, czy damy sobie z tym radę czy starając się wzbogacić, uatrakcyjnić rabaty z naszymi różami nie osiągniemy efektu zupełnie odwrotnego od zamierzonego.

W tym francuskim ogrodzie, który Pan znalazł, są miejsca gdzie bardzo ładne róże prezentują się w harmonii z bylinami, zwłaszcza korzystnie wypadają zestawienia z bodziszkami, gaurą lindheimerii, lnem, czyśćcem wełnistym. Ale, są też nasadzenia miskantów i zawilców japońskich zaledwie 50 cm (i bliżej) od krzewu róży, czy w podobnej odległości widać krzewy hortensji i to już tak dobrze nie wypada. Ogród we Francji, sądząc po zimującej gaurze zapewne gdzieś na ciepłym Południu, trudno wyobrazić tu sobie kopcowanie róż, może co najwyżej obsypywanie korą. Samo założenie ogrodowe jest bardzo angielskie. Podobnie jak i kolejne, które Pan wypatrzył, ale to raczej bym nie zaliczył do tego na czym warto się wzorować. Jak już kiedyś pisałem, brak dbałości czy nasadzenia bez ładu i składu, to nie jest to co powinno charakteryzować ogrody angielskie. Na swój sposób naturalne i wypełnione roślinami, co jednak w żadnym wypadku nie jest osiągane brakiem starań czy zaniedbań pozwalających zwłaszcza roślinom silniejszym na rozpasanie. A jak to wszystko ma się do uprawiania róż to najlepiej widać w ogrodach Davida Austina, a dokładnie na Rose Gardens. Przedstawionych jest tutaj 6 typów ogrodów, założeń ogrodniczych, które moim zdaniem wyczerpują całkowicie temat prowadzenia, uprawy róż. Moim zdaniem, wybranie jednego z nich gwarantuje różany sukces.
Jako pierwszy prezentowany jest The Long Garden z kolekcją róż historycznych, w większości kwitnących tylko raz wczesną wiosną. Aby podnieść atrakcyjność ogrodu, przedłużyć czas kwitnienia, znalazły się tu również nasadzenia róż angielskich, które to wywodzą się w prostej linii od odmian starodawnych oraz współczesne róże pnące i ramblery. Kolejnym jest ogród w stylu Wiktoriańskim, The Victorian Walled Garden, formalny oparty na planie koła, a dokładniej trzech okręgów zmniejszających się do centrum. To na nich zostały wytyczone rabaty, których granicę stanowią nisko strzyżone żywopłoty z bukszpanu. W centralnym punkcie umieszczona została rzeźba z kamienia. Asortyment różany rabat to odmiany wyhodowane przez Davida Austina, jak i przez innych hodowców, ich wspólna cechą jest powtarzanie kwitnienia oraz pokrój krzewiasty. Wiele róż angielskich doskonale sprawuje się jako pnące, stąd też ich nasadzenia tutaj przy łukach i altanach. Całość ogrodu otoczona jest murem miejskim z cegły, co też odzwierciedlone zostało w jego nazwie.
Ogród Renesansowy został zaprojektowany dla Narodowej Kolekcji Róż Angielskich, na którą składają się najświetniejsze odmiany Davida Austina. Kwitną od wiosny aż po pierwsze przymrozki, prezentując swoja niebywałą różnorodność w kształtacie i zapachu kwiatów, ale też w pokroju krzewów, osiąganych rozmiarach. Tu też znajdujemy żywopłoty, jednakż
ae zarówno niskie, jak i wysokie. Ich zadanie to nadanie rabatom geometrycznych kształtów, ale też tworzenie labiryntów oraz osi symetrii. Ciekawie też prezentują się krzewy rosnące bezpośrednio przy podłużnym basenie, bo i nieczęsto spotyka się ich kwiaty róż odbijające się w lustrze wody.
Następnym ogrodem jest The Lion Garden, najbardziej angielski z przedstawianych, co i nie może dziwić, bo przecież lew to symbol Anglii, podobnie jak i róża. Mamy typowy angielski trawnik, rozdzielający długie rabaty położone po obu jego stronach. Po raz pierwszy i też jedyny pokawiają się, wspomina się tu o bylinach wieloletnich, które wraz z różami tworzą wspaniałe zestawienia (w tym i kontrasty) koloru, kształtu, faktury i zapachu. Rabaty mają dokładnie zaznaczone plany, czyli róże prezentowane są od najniższych aż po rozpościerające się na murach odmiany starodawne o pokroju pnącym, czy też ramblery. Tłem dla róż są też w wielu miejscach kształtowane iglaste żywopłoty. Dzięki uprzejmości David Austin's Roses mogę przedstawić tu zdjęcia The Lion Garden (The pictures courtesy of David Austin's Roses, Garden Scenes) i przy każdym zatrzymam się na kilka słów, aby zobrazować to o czym pisałem wcześniej, czyli jak też powinny prezentować się nienaganne rabaty różano-bylinowe, jeśli mimo tego wszystkiego przed czym "przestrzegam" :), zdecydujemy się takowe założyć. Zatem "Charlotte", mniej znana krzewiasta róża Austina z 1994 roku, rozmiary pokroju 1.0-1.8m x 1.5 m. Tu na rabacie bliżej 1 m, co może być sprawą użytej podkładki (Rosa laxa), jak i mocnego cięcia. Niemniej doskonale wyeksponowana,zarówno w kwiatach, pędach jak liściach, grająca pierwsze skrzypce w swojej okolicy. Ciemnoróżowe naparstnice wyrastające w bliskiej odległości, których miejscem pierwotnym było widoczne stanowisko pod ścianą domu, to efekt niezamierzony, zapewne niewypielony w porę samosiew. Poza tym wszystko w harmonii, nic niczego nie przerasta i nie dominuje. Nie ma też nadmiernego zagęszczenia, które mogłoby utrudniać dopływ powietrza do liści róż. Nawet ten przywrotnik miękki (Alchemilla mollis), u podstawy krzewu jest na swoim miejscu. Mimo, że kwiaty żółto-zielone i kolorystycznie zbliżone do róży, to jednak o tak od nich różnym kształcie, że w żaden sposób ze sobą nie kolidują. Wartą odnotowania jest też znaczna a prawidłowa odległość między dwoma widocznymi krzewami róż. Jak Pan zapewne pamięta liczyliśmy tak właśnie sobie to przed dwoma laty.

Kolejna odsłona The Lion Garden to szeroka rabata, jednakże tak zaprojektowana, że każdy jej plan jest dobrze widoczny z trawnika, tj. miejsca do przechadzania się wśród róż. Byliny w odmianach niskie, poza strzelistymi kłosami Digitalis purpurea (naparstnica purpurowa), która w dogodnych warunkach może dorastać nawet do 2m. Kolumnowe iglaste to najpewniej cyprysy, przy różach drugiego planu dobranych o podobnej wysokości, to zapewne w zamyśle taki element przełamujący tworzący się płaskowyż kwiatów.

A to zdjęcie przedstawiam dla podkreślenia umiaru w ilościach bylin (zwłaszcza wysokich) jakie powinny znaleźć się na różanych rabatach. Niektóre z nich, jak lawenda czy irysy, traktowane są w tym ogrodzie jak róże i mają odrębne stanowiska, a nie umiejscowienia pomiędzy krzewami. Róże sztamowe dają dodatkowe wyższe piętro kwiatów, ale też są ciekawym sposobem ich prezentacji. Spotyka się w parkach aleje drzewiaste (grabowe, bukowe), dlaczego miałoby i nie być alejek różanych? Niemniej, jak tylko przestaję podziwiać te wszystkie niezwykle udane aranżacje róż i zaczynam myśleć o podobnych kompozycjach w moim ogrodzie, to pojawiają mi się potężne wątpliwości. No nie wyobrażam sobie, aby na zimę te pienne róże były tu odpalikowywane, przyginane miejscem szczepienia do ziemi i kopcowane, jak to jest wymagane u nas. Tu na takie zabiegi nie ma po prostu miejsca. Podobnie też nie mogę sobie wyimaginować na innych zdjęciach The Lion Garden, mojego kopcowania czy opatulania arowłókniną róż na zimę. To najnormalniej nie jest nasza różana bajka...

Ostatnim ogrodem przedstawionym na davidaustinroses.co. jest The Species Garden, gdzie uprawiane są gatunki róż rosnące w warunkach naturalnych w różnych częściach świata oraz ich mieszańce. Ozdobne wczesnymi wiosennymi kwiatami i poźnojesiennymi owocami. Wiele z nich powtarza kwitnienie. Wymagają znacznie więcej miejsca w ogrodzie niż inne róże, bo i potrafią być ekspansywne dając mocne odrosty korzeniowe. W większości o bardzo wysokiej mrozoodporność, co w naszym klimacie jest jest znaczącym atutem.
Mam nadzieję, że w żaden sposób nie zniechęciłem Pana do uprawy bylin wśród róż :). To jest do zrobienia, jednakże przy pamiętaniu jakie to bywają u nas zimy, doborze odpowiednim bylin oraz wyłożeniu nieporównywalnie więcej pracy i czasu niż ma to miejsce przy rabatach monotematycznych i klasycznych różankach. Jakkolwiek proszę też zauważyć, to Anglia ze swoim o wiele łagodniejszym klimatem, a jednak Mistrz David Austin zdecydował się na uprawę róż z innymi bylinami w wydaniu bardzo ograniczonym, praktycznie tylko w jednym ze swoich różanych ogrodów. Przecież nie zrobił tego, ze względu na brak jakiegokolwiek faktora zapewniającego ogrodniczy sukces. Posiada wszystko co tylko można sobie zażyczyć, począwszy od ogromnej wiedzy, przez klimat aż po pieniądze. Nie ukrywajmy, te są potrzebne nie tylko przy zakładaniu ogrodów, ale też zajmowaniu się nimi, kiedy to jest ponad siły jednego człowieka. Z tym pieniądze nie są one tu zbyt widoczne, jak to czasami się widuje w ogrodach nowobogackich. W ogrodach Austina jest pewna zauważalna skromność i umiar, które ja postrzegam jako nieodzowne elementy harmonii ogrodniczej. A wracając już do polskich ogrodów, przypomnę się z tym co wspominałem wielokrotnie – uprawa róż w naszym klimacie nie jest wcale tak oczywista. Pamiętajmy o tym, sięgając też tam po wzorce. Szukajmy inspiracji, ale nie dajmy się zwieść, że uda nam się w pełni powtórzyć to co udaje się osiągnąć w rosariach na zachód od naszych granic.
Sodę oczyszczoną dla róż znam i zdarzało mi się stosować z olejem roślinnym, profilaktycznie przeciwko czarnej plamistości liści. Zabieg należy powtarzać przez cały sezon co 2-3 tygodnie, aby można było mówić o jego skuteczności. Sól Epsom, czyli nasz siarczan magnezu, to prawdziwe dobrodziejstwo dla róż. Magnez przez wielu jest rosarian uważany jest za kluczowy w uprawie róż. Nie tyle sam ważny jako składnik mineralny, ale też wspomagający przyswajanie fosforu, który to bezpośrednio jest już odpowiedzialny za wzrost róż i jakość kwitnienia. Zdecydowanie warto rozważyć okresowe nawożenie róż solą angielską. Btw, to odkrycie Anglików, pierwsze odparowania tej soli miały miejsce właśnie w Epsom, w źródłach mineralnych nieopodal Londynu.
Pozdrawiam
(25 września, 2017)





Marek Moch: Mamy już styczeń 2018, a u mnie ciągle zima, nie zima, co mnie bardzo cieszy. Ale wpis dotyczy innego problemu. Wydaje mi się, że jeszcze go nie poruszaliśmy, a dla mnie jest b. ważny. Wiem, że ma Pan też kilka mieszańców rugosy (hybrid rugosa). Ciekawi mnie co z owocami. Sama rugosa, ta wersja podstawowa, botaniczna, rozmnaża się poprzez rozłogi i poprzez owoce, nasiona ze zjedzonych owoców przenoszą i rozsiewają ptaki. Rugosa jest gatunkiem obcym i dość ekspansywnym, by nie rzec inwazyjnym. Najmocniej widać to nad morzem, gdzie zarasta zasolone wydmy, ale nie tylko. Oglądałem kiedyś program o ogrodzie p. Mariana Soltysa i jego sąsiada. I tam przewijało się kilka razy, żę na Lubelszczyźnie rugosa jest wszędzie, na Chełmszcz
yźnie jej nie ma, ale to zasługa zasadowych gleb, które tam są. Powiem szczerze, mieszańce rugosy mają bardzo wiele przydatnych cech, odporność na choroby grzybowe, odporność na złe warunki, w tym zacienienie, niektóre są też mrozoodporne i przy tym bywają takie, które nie mają zbyt dużo kolców. Ale ciągle mam obawę, czy nie są tak ekspansywne jak forma podstawowa. Czy np. ich owoce, nasiona, nie powodują, że potem to się rozłazi, rozsiewa. A akurat dla mnie b.b. ważne jest, aby robiąc coś, nie dewastować RODZIMEJ PRZYRODY, do której mam szacunek i którą b.b. podziwiam. Co prawda jak to mieszańce, powinny być słabsze, mniej żywotne, ale ??? Jakie są Pan doświadczenia, przemyślenia w tej kwestii?
Pozdrawiam Serdecznie
!
(9 stycznia, 2018)

Piotr Szustakiewicz: Witam również Pana serdecznie w Nowym Roku i oby ten był lepszy niż poprzedni. Dla róż, 2017 był całkiem dobry, no może tylko zbyt deszczowy i niezbyt słoneczny w sezonie kwitnienia. O ile dwa wcześniejsze lata były bardzo suche na Mazowszu, to teraz poziom wód gruntowych bije rekordy. Nie pamiętam, aby staw i studnia w moim ogrodzie były bliskie przelania się już w styczniu. To prawda, zimy jeszcze nie ma, temperatury nieznacznie poniżej zera. Bez śniegu, choć na początku grudnia spadł taki bardzo mokry, lepki i pierwszy raz doświadczyłem wyłamania się pędów róż pod jego ciężarem. Nie było przymrozków, liście trzymały się całkiem jeszcze zdrowo i śnieg osiadł na nich jak na iglastych. Stało się to bardzo szybko, zanim zdążyło się zareagować. Nie było tego dużo, raptem 4 przypadki, ale i tak szkoda, że trzeba się uczyć i przez takie doświadczenia. Jeden z nich u dwunastoletniej "Sekel" trzasnął w połowie swojej długości jak zapałka, a solidny całkiem był, jak i cały krzew. Patrząc na zdjęcie róży z lata tego roku, nietrudno się domyślić, który to. Potwierdzam, pierwszy z lewej. Krzew nie był cięty latem, a ten pęd po kwiatach został przyciągnięty do pokroju krzewu. Teraz wiem, że jednak lepszym rozwiązaniem byłoby jego usunięcie...

Piszę tak też o tym w kontekście tych naszych ubiegłorocznych dywagacji – ciąć czy też nie ciąć. I nowej nauki. Zawsze w trakcie mokrych opadów chodzę po ogrodzie i obsypuję ze śniegu sosny, świerki, jałowce, żywotniki i cyprysy. A teraz do tej listy wymagających takiego dopatrzenia dopisuję jeszcze róże. Czy wszystkie starsze krzewy mogą być podatne na takie wyłamania? Trudno tu mówić o regule. Może tak się stać, ale też równie dobrze nie. Obok "Sekel" rośnie podobnej ponad 2 metrowej wysokości, mocno zagęszczony "Westerland". Oblepiony był śniegiem jak bałwan, a dał sobie radę, zdjęcie z tego lata...

Z uprawą odmian/mieszańców Rosa rugosa nierozłącznie związana jest kwestia doboru stanowiska. A tak dokładniej to zadanie sobie pytania, czy będę miał gdzie tę moją różę pomarszczoną posadzić w ogrodzie. Jakkolwiek same powody zainteresowania się różą są bardzo oczywiste. Wymienił Pan – małe wymagania glebowe, wysoką odporność na choroby, szkodniki i mróz. Ja od siebie dodałbym też inne walory różane, czyli wspaniałe pod względem kolorystycznym duże kwiaty, bardzo często o pełnych kształtach i niezwykle silnym zapachu oraz całkiem dobre jak na róże naturalne powtarzanie kwitnienie. Płatki niektórych odmian ("Hansa", "Moje Hammarberg") doskonale nadają na przetwory, konfitury i wyroby cukiernicze. Podobnie jak i owoce, o bardzo wysokiej zawartości witaminy C, posiadające wiele właściwości leczniczych. Należy też wspomnieć o nietuzinkowej urody liściach, skórzastych i pomarszczonych, efektownych od pierwszych oznak wegetacji aż po jesienne przebarwienia. Zatem, czego można wymagać więcej od róży? I tu wracamy do kwestii wyboru stanowiska, jedynej niedogodności z którą trzeba się zmierzyć. Jeśli chcemy uprawiać czysty gatunek R. rugosa to musimy stanowisko przeliczyć na metry kwadratowe i tych powinno być co najmniej cztery. A i to na przestrzeni dekady będzie zapewne mało, zwłaszcza jeśli gleba żyzna i wilgotna. Taka ciekawostka, ten gatunek pochodzący z Chin i Japonii, w klimacie chłodniejszym (Polska Północna, Skandynawia, Rosja, Kanada) rośnie znacznie silniej niż w cieplejszym. Niemniej nawet i tu trzeba się liczyć, że będzie ekspansywny w odrostach. Można to ukrócić przez wyznaczenie trwałych granic stanowiska, na przykład uprawiając we wkopanym kręgu studziennym. Jeśli nie mamy miejsca na takie prowadzenie róży, to zawsze można sobie znaleźć jakiś ogólnie dostępny nieużytek, tam też sobie posadzić i odwiedzać. Na pewno nie doprowadzi to do degradacji środowiska w tym miejscu, a tylko je wzbogaci. Da też z czasem pożywienie dla ptaków i wielu zapewni ochronę w okresie lęgowym. Czasami widzi się duże powierzchnie skarp czy wydm porośniętych różą pomarszczoną, ale to przecież nasadzenia idące w setki, a nie to, że pojedyncze tak się rozrosły czy rozsiały. Nie mam nic przeciwko sadzeniu róży pomarszczonej, tam gdzie tylko na to dostępny areał pozwala.
Trochę inna sprawa ma się z mieszańcami Hybrid rugosa. Te zdecydowanie dają słabsze odrosty korzeniowe, a u niektórych aż trudno się takowych doczekać. Można je uprawiać nawet w mniejszych ogrodach, traktując podobnie jak róże parkowe, które to w wielu przypadkach je przerastają. Bardzo ładna w kwiatach "Kaiserin de Nordens" (Regel, Rosja, 1879), dorastająca do 120 cm przy podobnej szerokości, to pokrój prawie że rabatowy, a już zwłaszcza w porównaniu do tych dwóch róż prezentowanych przeze mnie powyżej. U pięcioletniej już w moim ogrodzie nie zauważyłem nadmiernego rozrastania. Byłoby raczej pożądane, bo rośnie jako soliter na skraju trawnika w części owocowej ogrodu. Podobnie sprawy też mają się ze starszą o dwa lata "Moje Hammarberg" (Hammarberg, Szwecja, 1931)...

Przybiera wprawdzie na szerokości, ale to tylko cieszy, bo w ten sposób kwiatów, liści i owoców jest znacznie więcej. Proszę zwrócić uwagę na miejsce pochodzenia zarówno jednej, jak i drugiej. To nie przypadek, podobnie ma większość mieszańców tego gatunku, co dla nas mieszkających w tej zimniejszej części Europy nie jest i bez znaczenia.
Ja ze swojej strony bardzo polecam uprawę mieszańców róży pomarszczonej, na pewno każdy znajdzie choć jedną odmianę odpowiednią do swojego ogrodu. Jeśli przeznaczeniem będzie rabata dzielona z innymi bylinami czy krzewami, to może być tak, że po kliku latach krzew będzie wymagał usunięcia części odrostów. Natomiast na samodzielnym stanowisku można o niej prawie "zapomnieć" i prace pielęgnacyjne ograniczyć do minimum.
Pozdrawiam
(12 stycznia, 2018)

Marek Moch: Dzień Dobry. Ten Westerland jest boski! Boski. Ale zdrowa! I ogromna. I tak się u Pana udaje, mimo że jak czytam ma geny mieszańców herbatnich. Brawo! No tak, ale jak się tak dba o zabezpieczenie na zimę, to są efekty!! Są efekty! Ależ ona mi się spodobała, ta Westerland. Hmm może rzeczywiście jestem zbytni skrupulant z tymi rugosami. Tak samo mnie uciszano na jednej stronie ha ha ha, gdzie dość gromko wyrażałem swoje wątpliwości co do rugos. A też z dzieciństwa tak mi się zdaje, jakbym pamiętał że kiedyś chyba je sadzili w miastach, to musiały być botaniczne czyste rugosy pewnie, a potem gdzieś poznikały, nawet jak je wyrąbali, to przecież gdyby były tak ekspansywne to by zostały. Z drugiej strony M.Sołtys i jego opowieść o Lubelszczyźnie, wynikało z jego słów że tam ich nikt nie sadził. Tylko ptaki rozniosły. No i wydmy na morzem. A jest tam tego dużo. Właściwie to bardziej mi chodziło o to, czy one (hybrid rugosa) dają u Pana siewki z nasion. Moje Hammarberg daje owoce, Gefylt nie wiem, a Ritausma piszą, że nie. I co dalej? Łany inwazyjnych siewek? :).
Ja bym wybrał dla siebie Martina Frobishera (róża Dr. Svejdy) z Hybrid rugosa, w związku z tymi strachami o owoce i inwazję, ha ha acz już dużo mniejszymi po Pana wpisie. Podobno Martin Frobisher nie ma owoców i co za tym idzie nasion. Oraz Theresę Bugnet, pana Bugnet. Choć ta ostatnia miewa owoce, ale chyba nieliczne. Therese Bugnet na stronie Fińskiego Towarzystwa Różanego ze zdjęciami pojedynczych owoców (numer7 i 12). Ale ona – Therese Bugnet – ma tylko część genów rugos, więc nie wiem czy to się liczy ;). I na koniec z innej bajki, sądzi Pan że to jest jeden krzew czy dwa Therese Bugnet na zdjęciu 13, które tak się o siebie opierają, wspierają jak tancerze Zorby :)? Duuży, wspaniały okaz. Mam chyba faktycznie lekką schizę z tymi rugosami, ale gdzieś wyczytałem że są inwazyjne, a gdy słyszę, czytam, słowo inwazyjny gatunek, to zaraz mi się zapalają czerwone lampki. Ciągle mam przed oczami łany rdestowców czy nawłoci kanadyjskiej wzdłuż torów kolejowych, ciągnące się i ciągnące na Dolnym Śląsku. A z drugiej strony tak sobie "projektuję" w myślach pewne miejsca, tylko w myślach! i zacząłem ostatnio myśleć właśnie o różach kanadyjskich Dr. F. Svejdy - stąd ten Martin Frobisher oraz inne panny Bugnet, pana Bugnet :). A one mają geny rugosy, często dużo. Louise Bugnet jak sądzę, ma ich dużo więcej niż wspomniana Theresa Bugnet.
Pozdrawiam
(16 stycznia, 2018)

Piotr Szustakiewicz: Ten mój "Westerland" też mi się podoba :). Z roku na rok coraz bardziej. Jest jak wino, im starszy tym lepszy. Ale to już tak zawsze było z tą różą. Przedstawiony w 1969 przez Reimera Kordesa (W. Kordes & Sons) nie wzbudził początkowo zainteresowania nawet w samych Niemczech i tak było przez kolejne lata aż do 1974, kiedy to przyznano odmianie certyfikat ADR. Obecnie to żelazna pozycja w gronie róż krzewiastych/parkowych (Shrub) w ogrodach całego świata. Całkiem też dobrze sprawuje się jako róża pnącą w strefach cieplejszych. Ja zawsze bardziej komplementuję róże niż na nie narzekam, ale tu naprawdę nie ma do czego się przyczepić. Kwiaty niezwykłej urody, bardzo duże (ponad 11 cm średnicy), o zmiennej kolorystyce i silnym zapachu, pojawiają się w sposób ciągły od czerwca aż po późną jesień. Liście bardzo dobrej substancji, nie zapadają na choroby grzybowe, co w moim bezopryskowym ogrodzie ma szczególne znaczenie. Ale chyba nikt nie lubi chemii, więc i każdy na pewno doceni tę zaletę. O czym jeszcze muszę tu wspomnieć, "Westerland" tworzy wraz z wiekiem coraz więcej poziomych krótkopędów, które jak wiadomo najliczniej zawsze kwitną i są najbardziej pożądane. U wielu odmian parkowych trzeba wymuszać to cięciem, a tu róża sama w sobie posiada tę niezwykłą cechę. Ponad to wszystko, nie zauważam żadnych cech starzenia i zamierania pędów, a ten mój "Westerland" to już przecież blisko 10 letni krzew. Podobne wiekiem niektóre krzewiaste angielskie, to niestety, ale kończą już swój żywot. Jak kiedyś przeczytałem na forum angielskojęzycznym, że 10 lat dla nich to często limit żywota, to najnormalniej w to nie uwierzyłem, bo przecież mam w ogrodzie m.in. floribundę posadzoną przed blisko 30 latami i dalej trzyma się całkiem dobrze. Tak więc 10 lat dla krzewiastych, to dopiero powinna być siła wieku. Nie tyle mi przeszło zainteresowanie różami angielskimi, które dalej mi się podobają, co widzę pewne fakty tak bardziej wyraźnie od ubiegłego roku. Może będzie jeszcze okazja napisać o różach Pana Austina, które bez wątpienia zachwycają, ale też i trochę rozczarowują pod względem żywotności. Czego w żaden sposób nie mogę powiedzieć o "Westerland", zdecydowanie obecnie top1 parkowych/krzewiastych w moim ogrodzie. Wspomina Pan o genach herbatnich odmiany. Dokładnie rodzicami były tu dwie floribundy: "Friedrich Wörlein" (Kordes, 1963) × "Circus" (Swim, 1955). Pierwsza z nich, mniej znana Kordesa,  za sprawą "Golden Masterpiece" (Hybrid Tea, Boerner, 1953) posiadała cechy herbatnie. Podobnie też ta od Swima przez "Fandango" (Hybrid Tea, Swim, 1950). Jednakże "Circus" to odmiana cechująca
asię bardzo wysoką mrozoodpornością, USDA 4b czyli do -31.7 °C. "Westerland" odziedziczyła tę cechę, wprawdzie jest opisywana trochę niżej, USDA 5a i -28.9 °C, ale to dalej bardzo dobry wynik i widać, że certyfikat ADR był przyznany jak najbardziej zasłużenie. Trzy ostatnie zimy, "Westerland" circa about 2m x 2m już nie okrywałem agrowłókniną, ale też były one z temperaturami do -20 °C. Pewnie jeśli będą prognozy -30 °C (odpukać !:) to trzeba będzie o tym pomyśleć, profilaktycznie.
O samosiewkach czystego gatunku Rosa rugosa trudniej mi się wypowiadać, bo nie mam tu własnych doświadczeń. Zapewne jest podobnie z nimi jak i innych róż naturalnych, które wysiane jesienią do ziemi przechodzą zimą tak potrzebną im stratyfikację i kiełkują wiosną. Jeśli róża pomarszczona mocno wypełnia jakieś stanowisko, to obsypując się z liści czy też zatrzymując śnieg, na pewno tworzy warunki w których siewkom w pierwszych latach łatwiej przetrwać. Może i nie są one tak dogodne do rozwoju jak choćby te na wyspie Reunion (Ocean Indyjski), gdzie z początkiem XIX wieku przyszły na świat róże burbońskie właśnie jako siewki róż używanych na żywopłoty, które z powodzeniem tym samym je zagęszczały. Jeśli R. rugosa jest sadzona u nas aby wzmocnić skarpę, wydmę, rozległe nieużytki poprzemysłowe, hałdy, wysypiska czy nawet rozległe skwery otoczone betonem czy asfaltem – to niech się tak rozsiewa. Na zdrowie, zarówno jej, jak i środowiska :)! Natomiast jak została posadzona w niedużym parku lub ogrodzie i potem się rozrasta tam niemiłosiernie czy też rozsiewa na sąsiednie rabaty kwiatowe, no to wtedy rzeczywiście może być problemem. Jakkolwiek, to nie jest jej wina, że tak się pleni, tylko ogrodnika, który źle dobrał dla niej stanowisko.
Czy mieszańce, Hybrid Rugosa, mogą być równie inwazyjne w samosiewkach? Ja u siebie generalnie, to nie mam zbyt wiele siewek różanych. Rabaty różanki pielę dwa razy w roku lub częściej, a w sadzie gdzie rosną róże naturalne jest trawa, którą też dość systematycznie koszę. Niemniej, wszystkie przypadki wiosenne siewek z nasion ubiegłorocznych (jesiennych), to pewnie bym tak policzył na palcach obu rąk i to tak na blisko 20 lat zajmowania się moim ogrodem. W zadbanych ogrodach o nadmiar siewek nie ma co się i martwić. To mówię oczywiście o samosiewkach, bo czymś zupełnie innym jest kiedy sami wysiewamy nasiona. Jest to nasz projekt i wówczas oczywiście takich siewek możemy mieć każdą ilość, czyli mnóstwo.
Moje Hybrid Rugosa mam opisane jako Pozostałe w Różach historycznych i Heritage ze względu na datę przedstawienia przed rokiem 1914 oraz jako Róże naturalne, współczesne. Jednakże nie wszystkie. Wspomniana "Therese Bugnet" ma w moim ogrodzie 3 lata. Kwiaty starodawne i bardzo ładne, jak i też liście brązowawe wiosną i złotożółte jesienią oraz czerwonawe pędy. Tylko mogłaby mi rosnąć szybciej. To może być za sprawą własnych korzeni (nieokulizowana) i potrzeby stąd czasu na stworzenie odpowiedniej wielkości karpy do dalszego wzrostu. Bardzo ciekawa róża za sprawą też pochodzenia: R. acicularis, R. rugosa kamchatica, R. amblyotis, R. rugosa plena, Hybrid blanda "Betty Bland", R. rugosa "Hansa", R. rugonis i to wg wielu źródeł jeszcze nie wszystkie geny, którym "Therese Bugnet" zawdzięcza swoje ponadprzeciętne cechy. Niezwykle ciekawą jest też postać hodowcy, Pana Georgesa Charlesa Julesa Bugnet. Zajmował się różami, sadownictwem i ogrodami, z taką sama pasją jak i pisał swoje wiersze oraz powieści. Sto lat życia, dziewięcioro dzieci, cztery powieści, dwa tomy poezji, wyhodowana jedna odmiana jabłoni i jedna śliwy, dwa doctor honoris causa i 10 róż! Tylko pozazdrościć. Różę "Therese Bugnet", Pan Bugnet zadedykował swojej siostrze. Inne noszą imiona jego córek (Anne, Betty, Louise, Madeleine, Marie, Martha, Rita) i żony ("Julia Bugnet" i "Mme Georges Bugnet").
"Luise Bugnet" została wyhodowana w wyniku krzyżowania "Marha Bugnet" x "Therese Bugnet", więc te geny R. rugosa dziedziczy można by powiedzieć przez koneksje rodzinne. Nie spotkałem i nie wiem czy jest uprawiana w Polsce. Na zdjęciach prezentuje się bardzo ładnie w białych kwiatach z delikatnymi zielonymi i purpurowymi przebarwieniami. Dorasta wg opisów do 90 cm, więc na pewno z powodzeniem można uprawiać nawet w małych ogrodach czy nawet w dużych pojemnikach. Już szybciej można spotkać odmianę "Martin Frobisher", jest w ofercie polskich szkółek. To Hybrid Rugosa, ale też jedna z róż serii Explorer, kanadyjskiego hodowcy Dr. F. Svejdy. Z tego co o niej piszą szczęśliwi posiadacze, rośnie silnie dorastając do 1.8 m, jednakże przy tym nie tak szeroko (do 1.2 m), co też może być zaletą.
Na zdjęciu 13, strona Fińskiego Towarzystwa Różanego, jest moim zdaniem jeden krzew "Therese Bugnet", tylko zaraz zanim posadzono niezbyt fortunnie lub zapomniano w porę usunąć bylinę Macleya microcarpa (Bokkonia drobnoowocowa), która potrafi dorastać do 2 m i mocno rozrasta się przez rozłogi. Nie powinno być jej w tym miejscu, ani jej to nie służy, ani tym bardziej róży. I tak to jest ze wszystkim roślinami, zawsze potrzebują ogrodniczej wyobraźni, aby dobrać właściwe im stanowisko. Aby same prezentowały się okazale i pozwalały na to innym.
Pozdrawiam
(19 stycznia, 2018)





Marek Moch: Dzień Dobry. Tak, Westerland jest wspaniały. Naprawdę wspaniały! A ten u Pana musi czuć się świetnie, bo pokazuje wszystkie najlepsze cechy tej odmiany. Bez wątpienia. Świetnie! To a propos nie nadmiernej ilości samo siewek hybrid rugosa. Tak sądziłem, to jednak mieszańce. Ale chciałem poznać Pana zdanie, wiedzę. Świetnie!! Jednak mimo wszystko nie sądzę, abym kiedykolwiek polubił czystą rosa rugosa, ale do hybrid coraz bardziej mnie Pan przekonuje! W kilku miejscach czytałem, że kanadyjki potrzebują ok. 5 lat na to, aby się właśnie dobrze ukorzenić i dopiero po tym czasie zaczynają naprawdę mocno rosnąć. Zatem to jeszcze tylko 2 lata i Pana Therese Bugnet zacznie się bardzo rozpędzać. Czyli jednak te próby „wyciśnięcia” z tego co już zrobione jeszcze więcej zawsze coś kosztują. Róże Austina mają wygląd i zapach old roses, przy tym powtarzają kwitnienie, sądziłem że główną ich wadą jest mniejsza mrozoodporność, a tu proszę .. są jeszcze inne .. i to poważne, poważne. Tak, Georges Bugnet był wyjątkowym człowiekiem, i to pod tak wieloma względami, a Therese Bugnet jest chyba jego najlepszą różą. Ale aż tylu informacji o nim i jego dziełach, w tym dokładnego wyliczenia wszystkich jego róż, ze wskazaniem na cześć kogo nazwał którą, tego nie czytałem nigdzie wcześniej. Dziękuję! Z tego co czytałem, to poza Teresą, także Luiza jest uprawiane i do kupienia w Polsce. Być może kupić można też Marię, na pewno jest uprawiana. Marię i Luizę różni chyba głównie siła wzrostu, Luiza jest wyższa, większa (i chyba nawet więcej niż 90cm). I ponoć też, jak Teresa, nie ma kolców. Oczywiście b.b. mrozoodporna i b.b. odporna na choroby, podobnie jak Teresa odporna na cień. Te jej malinowe, czy purpurowe przebarwienia ponoć znikają, ale nawet czysta biel jej kwiatów moim zdaniem jest b. ładna. W przeciwieństwie do Teresy ma dużo owoców, ale jak już wiem :) tego nie trzeba się obawiać. Maria ma ich też nie mieć, ale to oczywiście są tylko informacje z internetu. Pamiętam jak – bojąc się jeszcze tych siewek – szukałem informacji, czy róża dr. Svejdy - Martin Frobisher ma owoce, to znajdywałem raz informacje że ma, raz że nie ma. I bądź tu mądry :) Ale sądzę, że nie ma, bo jednak takich poglądów, wpisów, że nie ma, było więcej. U niego (MF) piękna jest ta zmiana koloru, w miarę przekwitania, od neyron rose do bieli. I odcień liści. Tak sobie też myślę, że nawet te mumie z pąków kwiatowych (gdyby długo padało) nie wyglądałyby na żywo aż tak źle, przy jego odcieniu liści. Szczerze mówiąc gdzieś tam sobie w myślach „projektowałem” połączenie Therese Bugnet, Martin Frobisher (2szt.), Rosa alpina/pendulina i może (może!) Louise Bugnet. Plus modrzew japoński szczepiony, sosna drobnokwiatowa, z tych mniejszych, jakaś mniejsza odmiana derenia jadalnego i aronia. Róże jako motyw przewodni. Poza Martinem właściwie bezkolcowe i Odporne - noo Martin miewa ponoć czasem mączniaka prawdziwego, ale rzadko. Zresztą ja tak zagłuszyłem bylinami róże na mojej Rabacie 5 Róż, że miałem na koniec mączniaka na Felicite Parmentier i nawet trochę na Rosa Mundi! „Mistrzostwo świata”! Więc to też kwestia, czy czasem nie przesadzamy w utrudnianiu im życia, wtedy nawet najzdrowsze mogą coś złapać. W tym roku będą tam zmiany, już wiem jak to zrobię, sądzę że wtedy nawet Blanche Moreau nie będzie kaprysić. No proszę, a myślałem że ta ogromna Therese Bugnet na stronie Fińskiego Towarzystwa Różanego to sam krzew, a tu faktycznie jest jeszcze ta bylina, ale i tak jest piękny (krzew!)! I święta racja a propos odpowiednich odległości między roślinami i odpowiedniej wyobraźni, aby wiedzieć jak to będzie wyglądać po kilku latach od posadzenia.
Pozdrawiam i dziękuję za Pana wpis.
(22 stycznia, 2018)

Piotr Szustakiewicz: Mamy jak na razie zupełnie angielską zimę w Polsce, o czym najlepiej świadczą pojawiające się już gładyszki czyli śnieżyczki przebiśniegi. Na Wyspach ich czas kwitnienia przypada tak właśnie na przełom stycznia i lutego, stąd ta tradycja nazwy Candlemas Bells od święta przypadającego na 2 luty (Candlemas Feast). Zdjęcie dzień dzisiejszy – Galanthus elwesii w moim ogrodzie...

Wiosny oczywiście wypatruje się zawsze, jednakże dla róż byłoby lepiej, gdyby przyszła we właściwym sobie czasie, czyli tak powiedzmy najwcześniej za miesiąc. No chyba, że te zapowiadane temperatury +8 ºC czy nawet powyżej zera utrzymałyby się przez cały luty. Najgorsza jest zawsze huśtawka, duże różnice, jedne dni mocno na plus i potem kolejne na minus.
Czekanie na róże na własnych korzeniach zawsze trwa dłużej, w tym też na mieszańce róży pomarszczonej. Jedna z zalet okulizacji to zawsze przyśpieszenie rozwoju i tym samym wzrostu. Wiadomo, każdy chce mieć dorodne krzewy jak najszybciej. Niemniej, rozmnażanie na własnych korzeniach i utrzymanie podczas rozrastania się takiego stanu ma też swój wielki pozytyw, niezwykle istotny dla róż o pokroju krzewiastym, parkowym. Jest nim znaczne zwiększenie długości życia danej odmiany. Krzew tworząc nowe odrosty tym samym odmładza i odradza się. Natomiast, jeśli róża została zaszczepiona na krótkowiecznej np. Rosa multiflora, nabyta i posadzona płytko, to będzie żyła dokładnie tyle ile podkładka. Pędy zaszczepionej szlachetnej odmiany nie mają tu szansy na ukorzenienie się i przyrastanie o nowe. To co napisałem o różach angielskich w poprzednim wpisie, o widocznym starzeniu się w wieku lat 10, to właśnie jest u mnie też ten przypadek. Krzewy nie wytworzyły młodych pędów, a starym nie pomaga już cięcie odmładzające. Jest też tak, że najstarsze róże angielskie sadziłem miejscem szczepienia na głębokości ok. 5 cm, co też nie wyszło im na dobre. Nie miałem wówczas tej wiedzy co teraz, jak i doświadczeń. Pozostałe angielskie siedmio-ośmioletnie letnie to już sadzenie na głębokości minimum 10 cm i tu już są nie tylko pędy wyrastające z miejsca pierwotnego szczepienia, ale pojawiają się też takie w pewnej odległości od nich, na własnych już korzeniach. W nich też i moja nadzieja.
Niemniej, przy różach Davida Austina trzeba mieć świadomość, że pierwsze z nich miały w swoim pochodzeniu znacznie więcej genów róż historycznych, przede wszystkim francuskich, dających mocne odrosty. Jedna z najstarszych "Constance Spry" (Austin, 1961) została wyhodowana w wyniku krzyżowania "Belle Isis" (Gallica, Parmantier, 1845) i "Dainty Maid" (Floribunda, Le Grice, 1940). Natomiast równie wiekowa "Wife Of Bath" (Austin, 1969) to już "Madame Caroline Testout" (Hybrid Tea, Pernet-Ducher, 1890) x ["Ma Perkins" (Floribunda, Boerner, 1952) x "Constance Spry" (Austin, 1961). Potem i aż po dzien dzisiejszy, nowe odmiany róż angielskich były i są pozyskiwane w wyniku krzyżowań w obrębie swojej grupy. Ich historyczność w cechach z roku na rok maleje i moim zdaniem obecnie jest dość symboliczna. Wielkość kwiatów i pojawianie się prawie przez cały sezon nie mogły się wziąść też z niczego. Stoją za tym mieszańce herbatnie, które nie moża zaliczyć do róż długowiecznych. Także, nie można tu mówić, że róże Davida Austina rozczarowują. Tu poprawiam się względem poprzedniego wpisu :) i muszę doprecyzować. Wypadają gorzej, jeśli porównać ich żywotność z typowymi różami krzewiastymi (Shrub). Jakkolwiek, jeśli utrzymają się nam w ogrodzie 10 lat, to należy to przyjąć za całkiem dobre osiągnięcie, jak na róże które przez ten czas oferują tak wiele doznań różanych. Jeśli nam się bardzo podobają, a to dość oczywiste, to pomyślmy już przy sadzeniu o tym jak przedłużyć ich żywot lub też w wieku lat 7-8 posadźmy na tym stanowisku tę samą odmianę, na ten przykład własnoręcznie zaszczepioną ze zrazów pobranych z naszego nie pierwszej młodości krzewu.
Mieszańce róży pomarszczonej jako pojedyncze krzewy w sadzie czy prowadzone jako szpalery/żywopłoty, to takie założenia ogrodniczo najmniej skomplikowane. W przypadku uprawy na rabatach, łączenia z bylinami, sprawa już nie jest taka prosta. Musi być przede wszystkim spełniony warunek odpowiednio dużej powierzchni. Średnica krzewów większości odmian tych róż to 2 m, czyli szerokość rabaty powinna wynosić minimum 3 metry dla dwóch planów roślin. Pamiętać tu należy, że Hybrid Rugosa, to bardzo silne akcenty ogrodowe, o mocno zagęszczonym pokroju, tworzące tło na rabacie. Jeśli rabata pozwoli na trzy plany (szerokość 3-4 m), to ich miejscem powinien być ten najdalszy patrząc od czoła. W przypadku decydowania się na wysokie krzewy, jak dereń jadalny, te sadzimy na trzecim planie, za krzewami róż lub na razem na jednym, a pomiędzy nimi. Byliny muszą mieć pas w granicach 1 m, bo i ich wybór powinien być z gatunków naturalnych czyli mocno rozrastających. Najodpowiedniejsze byłyby tu zioła dorastające do 1 m, które można wykorzystywać na potrzeby kuchni – oregano, mięta, szałwia, cząber, ogórecznik. Może też być lawenda, ogórecznik czy ziele jaskółcze. Ich zadaniem będzie wypełnianie pierwszego planu, a z czasem przesłanianie podstawy krzewów róż. Całość będzie sprawiać wrażenie jak najbardziej naturalne, czyli takie najbliższe Rosa rugosa jako gatunku róży dziko rosnącej. Gdybym ja wybierał jej odmiany dla siebie, to każda byłaby inna. Dwie takie same obok siebie zawsze przytłaczają swym ciężarem podwojonego pokroju i ciężko je czymkolwiek zrównoważyć. Dwie różne odmiany, to też dwa razy więcej wrażeń i doświadczeń z uprawy. Co do doboru innych krzewów – jak tylko znajdzie się dla nich miejsce, to dużo lepiej będą się tu prezentować te o pokroju pionowym, wyprostowanym, wznoszącym się, smukłym, które tym samy będą wyróżniać się od kulistego pokroju krzewów Hybrid Rugosa. Nie powinny też rozpościerać się na ich wysokości, jak i poniżej.
Rzeczywiście "Louise Bugnet" jest już do dostania w sklepie Rozarium. Kiedy rozglądałem się jesienią 2016 roku, to albo jeszcze nie było w ofercie albo najnormalniej przeoczyłem. Wprawdzie miejsca w ogrodzie mam coraz mniej, ale na róże pomarszczone, to i mi nie szkoda.
Pozdrawiam
(29 stycznia, 2018)

Marek Moch: Dzień Dobry. Proszę spojrzeć, oto kolejny przykład ze Skandynawii. Już kiedyś pisałem o szwedzkiej szkółce Raskarum Plantskola, położonej w południowej Skanii i o ich radach na ich stronie internetowej, jak sadzić róże, na głębokość 10 cm. A tu coś jeszcze, tym razem to szkółka duńska ze środkowej Jutlandii i krótki film instruktażowy jak sadzić róże. I ci Duńczycy, podobnie jak Szwedzi, też sadzą róże tak głęboko jak Pan! Nawet słychać (0:47) 'ti sentimeter' (10 centymetrów), gdy ten Duńczyk sadząc różę, mówi co i jak trzeba robić!

ps. "Zima" 2017/2018 była dłuuugo mało zimowa, ale w lutym pojawiły się wieści w internecie, że nadchodzą mrozy, co faktycznie potem nastąpiło, nawet tu u mnie w południowej WLKP było naprawdę mroźno nocami. Więc jeszcze zanim się te mroziska pojawiły, zabezpieczyłem wszystkie róże agrowłókniną. Potem był co prawda okres cieplejszy, ale jej nie zdejmowałem. I dobrze, bo ona jest w miarę przewiewna, a poza tym teraz znowu jest mroźno, nie tak jak poprzednio, ale też. Ale to raczej takie ostatnie podrygi zimy. Ja już się szykuję mentalnie na moje pierwsze terminowe wiosenne cięcie krzewów różanych.
Pozdrawiam
(19 marca, 2018)

Piotr Szustakiewicz: Witam wiosennie, bo to i już czas taki, choć za oknem tej wiosny nie za wiele. Noce mroźne, do -8 °C. Wszystkie róże mam nadal w kopach, pnące i młode nasadzenia w agrowłókninie, jak i te wszystkie, których mrozoodporność niższa, na przykład "Souvenir de la Malmaison". Podobnie jak u Pana było już u mnie plus 15 °C z początkiem marca i zacząłem już pracować sobie w ogrodzie czyszcząc rabaty i tam gdzie pracowałem, to zdjąłem nawet agrowłókninę. No i proszę, trzeba było z powrotem szybko zakładać. Miejmy nadzieję, że Wielkanoc wczesna w tym roku, będzie już wiosenna.
Wracając jeszcze do tej wspominanej przez Pana głębokości sadzenia róż, to myślę, że każdy uważny ogrodnik wcześniej czy później dojdzie do takich wniosków. Tak też mi się to przytrafiło, ja nie widziałem zarówno tych ciekawych materiałów duńskich czy szwedzkich, jak i innych które by tak zalecały. Niemniej cieszy, że ktoś też ma podobne doświadczenia, to zawsze utwierdza w słuszności podejmowanych kroków. Dobrze się też stało w moim przypadku, że stało się to w miarę szybko i mam większość róż właśnie tak solidnie obstalowanych w ogrodzie. Nie patrzę też na to w jakiś sposób szczególny teraz, po prostu odzywa się rutyna:). To jest, ja cały czas się róż uczę. Z tym sadzeniem, też pewnie jest tak, że jak empirycznie sami się o tym nie przekonamy przy własnych różach to mniejsze czy większe wątpliwości zawsze jakieś będą. Mnie też czasami coś zaskakuje, miewam rozterki różane. Te czasami dotyczą nawet tak oczywistych rzeczy jak oznaczenie róży. A mam takie dwie, niby nabyte w profesjonalnej szkółce z zapewnieniem poprawności, a stan jest taki, że nie nie do końca mnie przekonują.
Ja pamiętam o zdjęciach moich róż, odmian które Pan uprawia. Jak tylko ogarnę rabaty, krzewy wiosennie przytnę, to zamieszczę.
Pozdrawiam
(20 marca, 2018)

Marek Moch: Tak właśnie było z tymi temperaturami, a ja zastanawiałem się co u Pana. Bo u mnie jest tego raptem siedem sztuk :), a Pan ma ich duuużo więcej. Mnie akurat te znaleziska internetowe bardzo cieszą, bo potwierdzają Pana wskazówki i poglądy, które i ja przyjąłem za swoje. Czy każdy ogrodnik dojdzie do nich wcześniej czy później, ooooo tu to miałbym jednak inne zdanie :) Ti sentimeter … Tak, tak, to jest dobre, to jest prawidłowe. Natomiast całkowicie zgadzam się z tym, że praktyka jest niezwykle ważna, daje pewność siebie, spokój, rutynę w dobrym tego słowa znaczeniu. Prawdziwą, taką pogłębioną, mimowolną, wiedzę i umiejętności. Ja to widzę u siebie, po sobie. Świetnie! Zatem czekam na zdjęcia, z góry bardzo za nie dziękując. Bo w cięciu jeszcze rutynowany nie jestem.
Ps. Czasem błędne oznaczenie szkółkowe okazuje się czymś wspaniałym. Przykładem jest moja Rosa Mundi :)
(24 marca, 2018)




Marek Moch: Dziś zdjąłem z róż wszystkie osłony. Dokładnie przeczytałem wszystkie dostępne w internecie prognozy i wyszło mi, że u mnie w południowej Wlkp. mrozów już nie będzie, za to może padać, tak jak w ostatnich dniach. Uznałem, że jeśli zostawię nadal osłony z agrowłókniny, to może się pod nimi zrobić ciut za wilgotno, a przy tym będzie tam trochę cieplej i zbyt szybko by mi wszystko ruszyło. I tak po zdjęciu zobaczyłem, że na niektórych pędach pąki ciut ciut już ruszyły. A tak jest chłodno, acz nie mroźnie, ewentualną wilgoć przewieje wietrzyk, oj dzisiaj to nawet więcej niż wietrzyk, słowem powinno być dobrze.
Tak sobie dziś myślę, obserwując pogodę i przyrodę za oknem, że za tydzień w weekend mógłbym zrobić cięcie... Jak Pan sądzi, czy może jeszcze poczekać? Zrobiłbym to choćby kierując się zdjęciem Pana Comte de Chambord ze s. 14 i 24, wiem że to starszy okaz, ale i to zdjęcie jest pomocne, oraz Pana uwagi, w tym te na email. Tak aby o 1/3 skrócić i przede wszystkim zlikwidować krzyżowanie pędów, może będzie trochę mniej kwiatów, ale cóż... dzięki temu pokrój będzie prawidłowy. Właściwie to jedynie jeden z Ispahanów jest w stylu jak Pana Comte ze zdjęcia, ten taki potężniejszy, z prawej strony na moich zdjęciach. Jest nawet u podstawy trochę bardziej swobodny, jeśli chodzi o odstępy między pędami. Ale Blanche i Comte też są w sumie dobrze uformowane.
Teraz po zimie, a jeszcze przed liśćmi, wyraźnie widać pędy. To ułatwia ocenę.
Przyznam, że tak jak już jesienią 2017, tak i teraz po zdjęciu osłon znowu zaskoczyły mnie na plus rozmiary Rose de Resht, Felicte Parmentier i Rosy Mundi, ale też mego Comtea, który był przy sadzeniu mały, po posadzeniu wystawało tylko ciut ciut pędów z ziemi. A przecież przeszarżowałem na Rabacie 5 Róż z bylinami i dodusiłem róże.Właściwie to najgorsza jest Blanche, ale myślę będzie ok.
Blanche i Comte zostały w tamtym roku przycięte dobrze, najwięcej roboty będzie przy jednym z Ispahanów, oraz przy Rose de Resht, Felicte Parmetier i Versicolorce.
Na pewno będzie dobrze. Śmiało, śmiało, jeszcze śmielej. Jak mawiał Fryderyk II (Hohenzollern) ...
(3 kwietnia, 2018)

Piotr Szustakiewicz: Nadeszły ciepło i słoneczne dni, z temperaturami powyżej 15 °C, także jak najbardziej można zabierać się już za cięcie róż. Historyczne tniemy według przynależnych grup i powtarzania kwitnienia, pisałem o tym wszystkim w czerwcu ubiegłego roku (strona 23). Poniżej przedstawiam moją "Comte de Chambord" po cięciu wiosennym – sanitarnym, formującym i odmładzającym. To ostatnie zaleca się przeprowadzać u róż o pokroju krzewiastym co kilka lat. Zdjęcie z 6 kwietnia 2018 roku...

Kolejna róża to również Portlandka, "Jacques Cartier", po cięciu sanitarnym i formującym. Najstarsze pędy nie zostały usunięte całkowicie jak u miało to miejsce powyżej , a tylko skrócone...

To dwie róże powtarzające, zatem cięcie wiosenne jest tu tym zasadniczym. Jeśli tniemy mocno to pierwsze kwitnienie po takim zabiegu będzie oczywiście słabsze, natomiast to późniejsze lepsze niż zazwyczaj.
Kolejna to "Blanc de Vibert" (Portland, Vibert, 1848), róża pięcioletnia, która bardzo dobrze trzyma sama pokrój, no tak ma i wymaga tylko delikatnego cięcia prześwietlającego. Krzyżujące pędy można policzyć na palcach jednej ręki. Nic się też nie stanie jeśli nawet zostanie pozostawiona w tym roku tak jak jest. Rośnie u mnie w alei różanej prowadzącej do sadu, stąd takie dzikie pola w tle, tj. rabata warzywna przed orką...


I jeszcze jedna róża, "Lady of Shallot", szósty sezon w moim ogrodzie. Zasadniczo również krzewiasta (parkowa) jednakże tu pędów do usunięcia będzie znacznie więcej. Zapowiada się cięcie jak mieszańca herbatniego. Pisałem wcześniej o szybkim starzeniu się Angielek (oczywiście mam na myśli róże :) i to jest taki przypadek...

Zaczynam prace przy różach i to takie pierwsze zdjęcia. Jeśli tylko będą ciekawe w miarę postępu prac, to zamieszczę.
Pozdrawiam
(6 kwietnia, 2018)

Marek Moch: No więc jestem już po cięciu :-) I na razie to tyle, opiszę swoje przemyślenia za jakiś czas. Pana Rady i Zdjęcia bardzo mi pomogły. Jeśli dałoby się wkleić jeszcze kilka byłoby wspaniale.
Dziękuję Bardzo.
(15 kwietnia, 2018)

Marek Moch: Tnąc wiosną tego roku róże obawiałem się, że na tych niepowtarzających kwitnienie może być mało kwiatów, ale obawy chyba były niepotrzebne, bo widzę dużo pąków. W ogóle jest piękny wzrost, zwłaszcza Ispahanów, ach jakie one ogromne liście dostały, ale także na Rabacie 5 Róż jest dobrze. Tam jest teraz czysta ziemia, tylko w 3 miejscach, oddalonych od krzewów, są kępy jeżówek, rozchodnków okazałych i kłosowców (dla dzikich pszczół i innych owadów). I tak będzie - w poprzednim roku pozwoliłem bylinom na zbyt wiele i to odbiło się na różach, na Rabacie 5 Róż. Teraz jest przewiewnie, krzewy nie są i nie będą zaduszane przez byliny, mam więc nadzieję że nie będzie chorób a wzrost będzie dobry. Co prawda nie lubię chemii, ale tak jak wypraktykowałem rok temu, z jakiś tydzień temu, opryskałem róże przeciwko nimułkom, skoczkom, czy innym psowaczom, oraz mszycom. Rok temu wystarczył jeden oprysk kwietniowy. Po kwitnieniu, kolejnym cięciem, będę dalej kształtował pokrój róż, na razie idzie mi chyba dość dobrze. Tak jak Pan zaleca, na razie nie nawożę. Czasem podlewam, po 10-25 litrów wody na krzew, choć w ostatnich dwóch dniach u mnie mocno padało, a i dziś chyba będzie padać znowu, więc teraz podlewanie nie jest konieczne. Zaraz wszystko skoczyło, co deszcz to deszcz. Jest SUPER!
(10 maja, 2018)

Piotr Szustakiewicz: I to jest super wiadomość. Mój znajomy ogrodnik, starszej daty, o każdej silnie rosnącej mocno kolczastej róży ma w zwyczaju mawiać: "diabeł straszny!". A co możemy przełożyć na Pana pierwsze doświadczenia z cięciem - nie taki ten diabeł straszny jak go malują :). Zdecydowanie też jestem za tym, aby zwłaszcza młodym różom dać pola na rabacie. Jak będą starsze, wzrostem powyżej 1 metra to wówczas można pozwalać bylinom na rozrastanie się, wypełnianie podstawy krzewów. Ja jeszcze nie widzę u siebie szkodników róż (odpukać !), ale zapewne się pojawia niebawem. Kolejna łagodna zima, nie ma co liczyć na wymarznięcie czy chociaż ograniczenie populacji. U mnie pracy w ogrodzie jak nigdy, stąd też to obsunięcie w obiecanych wcześniej zdjęciach. Pracy jest najwięcej z chwastami, a te trafiają do mnie przez nasiona niesione wiatrem z nieuprawianych sąsiednich działek. Wilgotna zima i wiosna, a przy tym obie bardzo ciepłe, więc rosną w zastraszającym tempie. Gdyby było chłodniej ich wzrost byłby znacznie powolniejszy, a tak mam zajęcia typu extreme w ogrodzie. Oczywiście można by pomyśleć o chemii, ale tu zaraz przychodzi mi do głowy historia Azotoxu (DDT). W Polsce w 1976 roku wszedł zakaz jego stosowania, a obecnie, 40 lat później dalej jest wykrywany w roślinach uprawianych na polach, gdzie kiedyś był stosowany. Prawie pół wieku a Ziemia dalej sobie z tym "epokowym odkryciem" (Nobel 1948) nie poradziła. To że DDT jest wykrywany w roślinach warzywnych to nie jest jakaś tam plotka internetowa powielana przez szalonych ekologów. Ja to wiem od osoby pracującej w PIORINie, która tym się zajmuje na codzień. A glifosat wcale nie jest łaskawszy dla człowieka. Tylko z człowiekiem to jest tak, że rzuca palenie dopiero jak ma zdiagnozowanego raka płuc. Obyśmy się nie obudzili za późno. Proszę oczywiście tych moich rozterek ekologicznych nie odbierać bezpośrednio do prowadzenia swoich róż. Ja piszę bardziej o tym co widzę na polach, czyli często o 20-30 opryskach wykonywanych na jednym areale w jednym sezonie uprawy, a co mnie bulwersuje strasznie. Nie robi się tego, bo nie starcza wytwarzanego przez rolników pożywienia, którego to od lat są nadwyżki. Człowiek to robi tylko z czystej pazerności. Kupuje coraz więcej ziemi, dochodzi do 60 ha i potem dopiero zaczyna się zastanawiać kiedy to uprawiać. Wybiera chemie, bo to najszybszy i najmniej pracochłonny sposób na pozbycie się chwastów czy szkodników, czy wyższe plony. A że obrywa się przy tym całej Naturze czy trzeba potem zjeść to, to co go tam obchodzi.
Pan wykonuje opryski tylko raz w roku i tylko na roślinach ozdobnych, więc to zupełnie inna historia. Jakkolwiek, może kiedyś Pan spróbować pozostawić róże samym sobie i zobaczyć jakie też będą różnice. Zachęcam :).
A wracając już do zdjęć pokroju róż. Nie udało mi się zrobić za wiele prezentujących dobrze cały krzewu w okresie bezlistnym. Też dlatego, że tak szybko najnormalniej buchnęła wegetacja tej wiosny. Niemniej te powinny być przydatne. Cora (Gallica, Lecomte/Savoraaux, 1828) i dobrze widoczne boczne kształtowanie krzewu na pąk zewnętrzny, szerokie prowadzenie dołem róży francuskiej...

"Rose de Rescht" (Portland, 1840) po ubiegłorocznym pochyleniu się pod wpływem wiatru w tym roku zostało mocno odmłodzona. Mocowanie do pala przez cały sezon wzmocniło znacznie krzew i teraz trzyma się solidnie gruntu. Widoczny na zdjęciu jest pęd poziomy (biegnący od prawej skosem w górę), który wg sztuki powinien zostać usunięty. Jednakże, wypełnia mi centrum i został tymczasowo pozostawiony. Zostanie wycięty z chwilą zagęszczenia się krzewu. To dobry przykład bycia elastycznym w prowadzeniu starszych róż i w pewnych uzasadnionych przypadkach naginania zasad do aktualnych potrzeb...

Ale zanim się człowiek tj. ja ogrodnik :) obejrzał po cięciu róż w tym roku, a tu już kwitną. I to już tak od 5 maja! Na blisko 20 lat zajmowania się ogrodem to najwcześniejsze kwitnienie z jakim się spotkałem, ewenement. To wszystko oczywiście za sprawą ciepłej zimy, wczesnej wiosny, wysokich temperatur w kwietniu i maju (powyżej +25 ºC). Dla porównania, w ubiegłym roku "Frughlingsduft" (Spinossissima Hybrid, Kordes II, 1949) kwitła po 25 maja, a tu 3 tygodnie wcześniej już jest w kwiatach...

To samo "Nevada" (Hybrid Moyesii, Dot, 1927)...

"Gloire de Dijon" (Climbing Tea, Jacotot, 1850)...

Kwitną mieszańce róży pomarszczonej i to nie jednym kwiatem. To jest początek regularnego, zasadniczego kwitnienia, które zazwyczaj ma miejsce w pierwszej dekadzie czerwca. "Blanc Double de Coubert" (Hybrid Rugosa, Cochet, 1892)...

"Moje Hammarberg" (Hybrid Rugosa, Hammarberg, 1931)...

Kwitnie mi nawet 3 letnia "Hansa" (Hybrid Rugosa, Schaum & Van Tol, 1905)...

Pozdrawiam
(12 maja, 2018)




Marek Moch: Dzień Dobry. Ooo ja mam taki sam pogląd w kwestii oprysków jak Pan! Pełna zgoda. Te moje opryskałem, z bólem, tak jak w poprzednim roku, raz, wcześnie, i tylko dlatego, że róże są jeszcze małe i bałem się, że gdy psowacze i reszta towarzystwa je "ogolą", to zahamuje to ich wzrost. No i trochę dlatego – przyznaję szczerze – że na małych różach widać mocniej te pożarte liście, liści jest mniej, widać to bardziej. Ale głównie to z tych obaw o wzrost, sam Pan wie, że chyba ciut za bardzo się „trzęsę” nad różami. A to rycerskie córy, piękne, szlachetne, ale w większości wypadków także nadspodziewanie żywotne i silne. Mam jednak nadzieję, że już w następnym roku, najpóźniej za dwa lata, będę mógł nawet z tego jednorazowego oprysku zrezygnować. W razie pojawienia się gąsienic, można je po prostu ręcznie zbierać i niszczyć. Ja mam tylko siedem róż! No i przecież są jeszcze ptaki. A wreszcie, na większych krzewach nie widać też tak mocno tych pogryzionych liści. Poza tym postaram się już w tym roku, jesienią, zrobić w sposób dokładny to, co poprzedniej i jeszcze poprzedniej jesieni robiłem nie dość dobrze, mianowicie dokładnie wyzbieram opadłe różane liście. Sprawiłem sobie grube rękawice do róż, bo poprzednio gdy robiłem cokolwiek, w takich zwykłych, to kończyło się na b. licznych zadrapaniach. Faktem jest, że ten oprysk działa, nie ma żadnych psowaczy czy innych nimułek, nic nie oblatuje róż, nie ma gąsienic. Ale na Blanche Moreau dostrzegłem takie plamki, zasuszenia, po jednym czy dwa, na końcach niektórych liści. W pierwszej chwili pomyślałem, że to może rdza, albo mączniak rzekomy. Ale chyba na to za wcześnie. Tak sobie więc myślę, że chyba popaliłem z lekka liście tym opryskiem (?). To byłby dodatkowy argument za tym, aby z oprysku przeciwko owadom rezygnować. Co do mszyc – to mam ten sprawdzony patent, czyli sadzę obok bób. Kilka nasion. Gdy wschodzą, to mszyce są tylko na liściach bobu! W dużych ilościach, razem z mrówkami. Nie ruszają się nigdzie dalej! Róże mają w głębokim poważaniu. Potem, gdy dojrzeją nasiona bobu i roślina zasycha, to się ją po prostu wyrzuca. Można wtedy dać kolejne nasiona, albo już ciut wcześniej. I znowu rośnie młoda roślina, młody bób. I mszyce tylko tam. Bób rośnie bardzo szybko. A jego kwiaty są miododajne, widzę na nich różne pszczoły, czy trzmiele et consortes. Co do chorób grzybowych, to jeśli się chce mieć róże bardziej wrażliwe, a taka jest Blanche Moreau, to trzeba się z tym pogodzić. Ewentualnie są wyciągi roślinne, czosnek itede. Ale przede wszystkim – takie mam przemyślenia – musi być przewiewnie, więc w tym roku byliny mam tylko na obrzeżach rabaty. I tak już będzie zawsze. Poza tym jest cięcie. Gdy w tamtym roku zwlekałem z nim, to mączniak prawdziwy pojawił się na z natury zdrowych Ispahanach! Tam były ogromne przyrosty, było tam bardzo gęsto. Przy przycięciu i prześwietleniu zniknął, nie pojawiał się ponownie na nowych liściach. Tak samo było na też z natury zdrowych Rosa Mundi i Felicite Parmentier. Tam pomogło oczyszczenie najbliższego otoczenia z bylin. Które nie dość, że dusiły róże, ale redukując dostęp światła i powietrza, pogarszając warunki, powodowały że pojawiały się choroby. Rose de Recht i Comte de Chambord nie sprawiały problemów. Ale Comte rósł słabiej, co jeszcze teraz widać. Zatem dobre stanowisko, głębokość i rozstaw, rozsądek w nawożeniu, nie podlewanie po liściach i przewiew, przewiew i słońce. Dziękuję bardzo za świetny poprzedni wpis i sugestie. W tym co do oprysków. I rezygnacji z nich. Tak zrobię! Wpis jak zawsze bardzo taktowny, mimo że jak zawsze z pasją i z wiedzą! Jest Pan moim mentorem w kwestii róż i z ogromną przyjemnością zawsze czytam wszelkie Pana wpisy! A i w ogóle co do roślin i Natury, to mamy bardzo podobne poglądy. Pozwalam sobie przesłać kilka zdjęć z 19 maja tego roku. Moje Ispahany...


I Rabata Pięciu Róż...

Czekam na ewentualne uwagi co do dalszego kierunku kształtowania pokroju. Ale jak zawsze, jest to jedynie sugestia, prośba, ja dobrze wiem, ile czasu zajmuje praca w ogrodzie, a Pan ma róż tak duuużo :-). Poza tym nasze Rozmowy, myślę, uważam, mają być przyjemnością, nie obowiązkiem. Takie są dla mnie. Od razu skreślę parę uwag.
Jeden z pędów Comte de Chambord, po prawej stronie na zdjęciu, jest pochylony
. Myślałem, czy go nie ciachnąć, ale był zdrowy i ma dużo kwiatów. Podparłem go mocno od spodu kamykiem i teraz jest wyprostowany, mam nadzieję, że będzie sztywniał w tej wyprostowanej pozycji. No i mam nadzieję, że kamyk nie będzie za bardzo ocierał pędu. Tak swoją drogą, to najpierw dałem mniejszy kamyk, ale okazał się zbyt mały, więc wybrałem się na okoliczne pola i poszukałem większych, teraz są dwa większe, wzajemnie się wspierające, częściowo wkopane w ziemię. O obłych kształtach. Całość wydaje się stabilna i bezpieczna dla pędu, który dzięki temu jest teraz we właściwej pozycji. Sam Comte nie wygląda, podobnie jak Rosa Mundi, zbyt dobrze, ale one były stosunkowo małe i jeszcze się nie rozbrykały. Gdy sadziłem Comte’a, to z ziemi wystawało naprawdę bardzo mało. Poza tym, w tym roku dość dużo tam, u obu tych odmian, wyciąłem, kierowałem się zasadami, no i trzeba było dość mocno powycinać.
Sądzę, że za rok, dalsze przyrosty i kolejne cięcia spowodują, że będzie ok. Zaskoczyła mnie Felicite Parmentier. W tamtym roku była omączniakowana. A tu proszę. Zadusiłem ją w tamtym roku tymi bylinami, ale może dlatego (?) ruszyła już wtedy w górę a potem też na górze w boki, do światła, co dało zgrabny pokrój w tym roku, a może to zasługa jej genów. Czytałem, że alby – a to przecież alba – z natury, same z siebie, formują się w zgrabny krzew i nie potrzebują aż tak bardzo cięcia. A może udało mi się też dość zgrabnie ją przyciąć w tym roku. Na żywo wygląda jeszcze lepiej niż na zdjęciu. Z efektu cięcia jej, byłem zadowolony.
Rose de Resht zwarty, mimo cięć bardzo zwarty krzew, taka jego natura. Takie mam spostrzeżenia. Poza tym daje też odrosty i to dość blisko głównego krzewu, usuwam te które wizualnie są oddzielone od głównego krzewu. Zastanawiam się, czy nie za mało ciąłem Blanche Moreau, ale ona chyba z natury jest taka wyższa i smuklejsza. Poza tym była dość jeszcze słabowita wiosną, gdy ją ciachałem, to zostało kilka badylków jedynie i nie zdecydowałem się na niższe cięcie. Proszę spojrzeć na Ispahany. Jeden z nich, jest u podstawy bardziej zwarty, tak jak u Pana, ten drugi, większy, ma pędy w większym oddaleniu. Gdy go sadziłem, a ten tylko sadziłem sam, bo co do reszty poprosiłem kogoś o pomoc, to robiłem to po aptekarsku haha. Rozłożyłem pędy, nic nie ściskałem, a ziemię dosypywałem bardzo powoli i delikatnie. I sam nie wiem, który jest lepszy. Róże zbierają się do kwitnienia, na razie najmocniej rozwinęła się Blanche Moreau i Ispahany, ale i na nich pąki rozwinięte są jeszcze nie w pełni. Ale na wszystkich jest ich dużo. Pozdrawiam.
ps.
Zauważyłem teraz, że poumieszczał Pan, przy opisach poszczególnych odmian, zdjęcia swoich krzewów - Comte de Chambord, Rose de Resht i Rosa Mundi. Super. Bardzo mnie to ucieszyło, bo widać na nich prawidłowy pokrój! Swoją drogą są piękne :-) ps. 2. A tak już całkiem na koniec, podobno Mazowsze jest zimniejsze od Wielkopolski, a tu proszę, u Pana część róż już kwitnie, a u mnie, moje jeszcze nie. Choć przyznam, że koło miejskiego parku, w mojej miejscowości, jest taki mały domek, przed jego drzwiami rosną dwie róże, jedna dzika i druga -to chyba Louise Odier (?) i one kwitną. Pięknie pachnie ta szlachetna. Warunki mają takie sobie, same krzewy nie są zbyt ogromne, ale zawsze jak tam przechodzę, to obserwuję, ostatnio też napawam się zapachem tej szlachetnej :-) Zapach starych róż, ten znany mi już, taki jak u moich.
ps.1 A szukając tych kamieni, o których napisałem wyżej, na granicy pól i lasu, wzdłuż ścieki, trafiłem na piękny krzew, kwitnący krzew dzikiej róży, sądząc po kolorze kwiatów to była rosa canina, kwitnący, a na nim dziką, na pewno dziką, pszczółkę zbierająca pyłek czy nektar. No przepiękny widok :-). ps. 4. I teraz już naprawdę na koniec. Zaczynam dostrzegać, że moje odmiany zaczynają się już powoli różnić, wizualnie, pokrojem. Bo one mają różne pokroje (!), nie tylko różne kwiaty czy liście. Co bardzo mi się podoba.

(21 maja, 2018)


Piotr Szustakiewicz:
Pana róże coraz ładniejsze z roku na rok. Choć na zdjęciach jeszcze bez kwiatów, to krzewy prezentują się bardzo okazale. Pędy są wyprostowane, dobrze rozgałęzione, pokrój zagęszczony i pełny. To wszystko jest też zasługą odpowiedniego cięcia, a prześwietlające wiosenne będzie procentować dalej w całym sezonie wspomnianą przez Pana zdrowotnością liści, jak i wielkością kwiatów. Ich zbyt duża ilość może doprowadzać do pokładania czy wyłamywania się pędów. Potrzebne jest zachowanie równowagi i trzymanie krzewów w pewnych ryzach.
Ten Pana patent z sadzeniem bobu w sąsiedztwie róż bardzo ciekawy, jak najbardziej do polecania jak tylko chcemy uniknąć oprysków przeciw mszycom. U mnie pojawiły się pierwsze, ale w ilościach nie alarmujących, stan do zaakceptowania. Już bardziej widać oznaki nimułki różanej , ale ta jest dość łatwa do zebrania w pozwijanych liściach. Mamy początek czerwca, a sezon kwitnienia róż od dobrych dwóch tygodni trwa w najlepsze. Wczesna wegetacja dotyczy w tym roku całej przyrody. Najlepszym przykładem są w wielu regionach miodobrania przed 10 maja, czego nie pamiętają najstarsi pszczelarze. Z reguły te pierwsze miały miejsce miesiąc później. Pożytki pszczele następowały po sobie, a teraz kwitnie wszystko wcześniej i jak gdyby naraz. Termin lipy drobnolistnej to przełom czerwca i lipca, a nie 3 czerwca jak w tym roku. Miejmy nadzieję, że to tylko anomalia, a nie zmiany na dobre.
Dziękuję za miłe słowa o mojej wiedzy, w żaden sposób nie uważam się za znawcę róż, a i cały czas się jeszcze uczę. Cieszę natomiast jak najbardziej fakt, że Pana wizyta w mojej witrynie przynosi tak wymierne korzyści w postaci już dorodnych róż, wiekiem wciąż młodych.
Rozumiem, to podparcie kamieniem pędu. Można też w podobnych przypadkach dać krótką tyczkę bambusową i przywiązać, stabilizując tym pęd nawet na dłuższy czas. Można też przyciąć nisko i tym samym pozwolić się wzmocnić, jeśli tylko jego brak w rażący sposób nie odbije się na wyglądzie całego krzewu. Pamiętajmy też, że Pana róże wchodzą dopiero w trzeci sezon, więc nie ma co jeszcze za dużo od nich wymagać.
Staram się dodawać cały czas nowe zdjęcia pokazujących róże z jak najlepszej strony, a i tym bardziej czuję tego potrzebę, że te sprzed 5 lat były wykonywane kompaktem i ich jakość pozostawia wiele do życzenia.
Różnice między różami najłatwiej widzi się w kwiatach, ale kiedy im się przyjrzeć bliżej, to cech czy wręcz detali odróżniających jedną odmianę od drugiej jest całkiem dużo. Róże potrzebują dobrej ekspozycji, temu też służą te odległości między krzewami, a i nie sadzenie w sąsiedztwie róż podobnych do siebie choćby kolorem liści. Każdy powinna być na rabacie swego rodzaju unikatem.
U mnie w ogrodzie po przesadzeniu przed blisko 4 laty wraca do kwitnienia "Gefylt". Rośnie sobie na końcu sadu, tam gdzie inne róża naturalne i trawa cięta nierówno podkaszarką. Wcześniej miał stanowisko na tej głównej różance obok Angielek Austina i raczej nie budził większego zainteresowania. Natomiast tego roku już kilka razy słyszałem, dlaczego tak ładną różę posadziłem w takim niezbyt prominentnym miejscu?..

Pozdrawiam
(3 czerwca, 2018)




Marek Moch: No i zaczyna się dopiero czerwiec a moje róże w pełni kwitnienia. Nie wiem jak u Pana, ale u mnie kwitną już nawet lipy, poczułem to kilka dni temu. Ewidentnie wszystko przesunięte jest w tym roku o miesiąc. Ale do rzeczy. Kilka dni temu miałem tu dość duży deszcz, co nawodniło glebę po okresie silnych upałów i dało dalszy impuls różom. Ale musiałem podeprzeć kilka gałęzi, bo mi się położyły. U tego większego Ispahana, u Blanche Moreau, która trzymała się dość długo dzielnie, ale w końcu musiałem ją podpierać,  no i trochę u Felicite Parmentier. W tamtym roku kupiłem całkiem niezłe podpory do róż. I teraz je wykorzystałem. Tak są niezłe, że i łatwo poszło i ładnie wygląda, byłem zawsze przeciw podporom a tu nagle pozytywne zaskoczenie, aczkolwiek to tylko tymczasowe, bo krzewy kształtować będę cięciem. Poza tym wszedłem dziś między nie, na Rabacie 5 Róż i ciąłem przekwitnięte kwiaty, bo i tych już jest dość dużo. I kolejne miłe zaskoczenie, zrozumiałem, poczułem, to co parę razy się w Pana wpisach przewinęło, jakie to miłe, taka praca przy nich. Stałem z sekatorem, przy krzewach, między pszczołami i trzmielami, bo te zawzięcie atakują kwiaty róż :), nawet tych pełnych odmian, ciąłem, oglądałem z bliska, no boskie… A przy tym myślałem ciągle jak rozwiązać kwestię rabaty, bo pomysł z tamtego roku, czyli byliny, gęstwina bylin, odpada. Widząc jak w tym roku te z Rabaty gonią Ispahany, które są wyściółkowane keramzytem, tym bardziej jestem tego pewien. Z drugiej strony, tak jak teraz, też nie może być, gleba na Rabacie całkiem odsłonięta bardzo mocno i szybko wysycha, widzę to po tych bylinach które są nadal na rabacie. To jeżówki i rozchodniki okazałe, to prawda że sadziłem je wiosną, jeszcze nie są w pełni ukorzenione, ale to przecież rośliny z natury odporne na suszę, a tu widać, widać to po nich, że są oklapnięte. Poza tym ten duży kawał gołej ziemi, przy trawie wokół i liściach róż, to czyni to wszystko ciut nieporządnym. Słowem, wymyśliłem sobie, że byliny wyściółkuję korą, a w paru miejscach wokół róż, wyłożę ziemię kamieniami polnymi, takimi nie za dużymi, ale nie będzie to żwir, lecz kamienie, może jeszcze parę kawałków cegieł. W ten sposób przełamię nadmiar ziemi i liści i trawy, wprowadzę pewne ramy, a przy tym zasłonię ziemię, częściowo rzecz jasna. Będę mógł wchodzić między róże. Teraz gdy wchodzę to zapadam się, robię dołki w ziemi, a tak chodziłbym lub stał tylko w paru, zawsze tych samych miejscach. Tam gdzie będą te kamienie. Teraz mam to rozdeptane w zbyt dużym obszarze. One nie będą tuż przy krzewach, bo przecież waga kamieni jest większa niż ziemi, a tej wokół korzeni róż ubijać nie chcę. Ale jeśli w pewnym oddaleniu, to nie powinno to chyba im szkodzić (?). Oczywiście nie zabrukuję całości :) to będzie część, część kamienie, część kora,-przy bylinach, na tych dwóch „rogach”, część nadal goła ziemia. Jak mówię, ciut mam obawy, czy czegoś tu tym ciężarem nie zmajstruję, ale widzę, wyobrażam sobie efekt i to było dobre. Wizualnie by było dobre. Musze to jeszcze przemyśleć, ale korci mnie to…
Niedaleko mnie, koło małego ronda, rośnie róża. Jest tam kilka takich, poniemieckich chyba, małych bloków na kilka rodzin każdy, w jednym z nich mieszka ktoś, kto, z dużym powodzeniem, uprawia wokół swego bloku różne rośliny, w tym róże, kilka róż. Jedna z nich, rośnie koło ulicy, widoczna z ronda, to chyba Chopin. Fryderyk Chopin, St. Żyły. Ma już dobrych kilka lat, jest duża, ma mocne, proste, wzniesione pędy, ciemnozielone, błyszczące, wie Pan, takie jakby nawoskowane i wypolerowane, duże liście, duuuże pełne kwiaty, takie kremowo, biało, żółte, zapach może nie najmocniejszy, ale cała wygląda zjawiskowo. Jakoś nigdy we mnie nie było zbyt wielkiego zachwytu nad polskimi dokonaniami w kwestii róż. Te polskie kreacje wydawały mi się epigońskie. Ale - o ile ta tutaj, to faktycznie Chopin, a tak jakoś to czuję, że tak, muszę jakoś to ustalić swoją drogą, więc jeśli to Chopin, to zmieniam zdanie. Bo ona ma rozmach i klasę. Ma to coś. A sam Stanisław Żyła, urodził się w Wilczy! Niesamowite, ile to razy tamtędy przejeżdżałem, rowerem, choć nie tylko, w dzieciństwie, wioska robiła na mnie zawsze wrażenie, jej układ, ta tajemnicza nazwa, dużo zieleni zawsze tam było, strumień i most, ciekawe stare domy i stare, murowane płoty, mury ogrodzeniowe bardziej. No i okazuje się jeszcze, dziś to wyczytałem, stąd mój wpis, że to miejsce urodzenia Pana Zyły!! Niesamowite! Jak doczytałem, urodził się w 1933, czyli słusznego jest już wieku. Od tego roku jest też honorowym członkiem Polskiego Towarzystwa Różanego.
A propos początku mojego wpisu, co do moich planów względem Rabaty 5 Róż, to myśl o kamieniach pojawiła się, gdy przypomniałem sobie pewne zdjęcie Rosy Mundi, obłożonej kamieniami, polnymi, dość dużymi, dość blisko, widziane na niemieckim forum oraz odcinek Mai w ogrodzie z 2015, z Łukaszem Rojewskim, jest on dostępny na tvn meteo - Z różami w roli głównej, odcinek 545. Tam ta kwestia się pojawia, od minuty 05:11. Tylko u mnie chciałbym jeszcze po nich chodzić, stać na nich :D

Pozdrawiam!
ps. Pana pomysł o stabilizującej tyczce bambusowej jest b. ciekawy, sądzę że przyda mi się zwłaszcza przy Blanche Moreau. Ja ją ciąłem także w poprzednich latach, wypuściła boczne pędy, ale te pierwotne, główne, choć się trochę wzmocniły, to nadal nie są nadmiernie grube i sztywne, są zbyt wiotkie na mój gust. A w sumie nie chciałbym jej (ich) b. mocno ciąć, a coś trzeba zrobić. To może być wyjście, a podpora została mi już tylko jedna. Rozumiem, że to może być na dużo dłużej? Ta tyczka?
Wydaje mi się też, że coś podobnego widziałem przy tej róży Chopin o której napisałem, w poprzednich latach.
U mnie coś jedynie pogryzło parę, paręnaście liści na większym z Ispahanów, ale nie widzę tam żadnych gąsienic, może to jakiś opuchlak, albo ślimak. No i odciąłem dwa liście na Blanche Moreau, bo mi tak jakoś choro wyglądały. Mszyc u mnie na razie nie ma w ogóle, ale te boby powinny zadziałać.
Nie zdołałem zrobić zdjęć kwitnących krzewów, ale kwiatów jest duużo, poza tym część przekwitła, więc na Rabacie 5 Róż i pod Ispahanami peeełno płatków.
Może faktycznie zbyt wiele wymagam od moich róż.
A Gefylt to piękna róża! Ach ci ludzie, jak mają coś pod nosem nie widzą, a potem narzekają, że zostało przesadzone.
Ale moim skromnym zdaniem ona właśnie tam, gdzie obecnie jest, będzie mogła w pełni ZABŁYSNĄĆ!
(4 czerwca, 2018)

Piotr Szustakiewicz: Najbardziej zauważalne skutki przesunięcia wegetacji są widoczne w pszczelarstwie. Pożytki kwitnąc zawsze następowały po sobie zapewniając pokarm dla pszczół w sposób ciągły. A tu mamy, że nie tylko zakwitło wszystko wcześniej, ale i naraz, jak miało to miejsce na przykład u robinii akacjowej i lipy. Skutkiem czego mamy połowę czerwca, a pszczoły nie mają co oblatywać. Nie wszędzie wysiewane są letnie rośliny miododajne jak gryka czy facelia i tam gdzie ich nie ma pozostanie dokarmianie. Ciekawe kiedy zakwitnie nawłoć i wrzosy, choć tych ostatnich w Polsce jak na lekarstwo i przydatne tylko dla pasiek wędrownych. Z roku na rok doświadczmy coraz bardziej niepokojących zmian klimatu i wszystko wskazuje na to, że to te z tych nieodwracalnych. Obym się mylił. Ponadto dzieją się tak złe rzeczy http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,23434137,rolnik-z-pomorza-opryskal-pole-rzepaku-przez-chemikalia-zginely.html. W jedno popołudnie wytruto ponad 10 milionów pszczoły miodnej, a pewnie drugie tyle dzikich owadów zapylających. Było to 18 maja, a już w najlepsze 20 maja w niedzielę w Polsce obchodzono Światowy Dzień Pszczoły. Zakrawa to na jeden wielki bardzo ponury żart z Natury. Aby podobne katastrofy nie miały więcej miejsca, podpiszmy – http://www.greenpeace.org/poland/pl/wydarzenia/polska/Zginelo-10-milionow-pszczol/.
To prawda, praca przy własnych różach i przyglądanie się im w taki czas, to zupełnie inne doświadczenie niż podziwianie nawet tych najpiękniejszych, światowej sławy ogrodów różanych. U siebie wszystko widzimy pełniej, każdy szczegół nabiera znaczenia. W pamięci mamy też jak to było z naszą różą rok czy dwa temu, a jak jest teraz. A wszystko za sprawą naszych starań, naszej pracy.
Ten Pana pomysł połączenia róż z bylinami był i jest jak najbardziej poprawny, tylko jak pisałem o tym na stronie 25 tej historii, nie jest to łatwe założenie ogrodnicze. Wymaga wiele pracy i swego rodzaju eksperymentowania. U Pana też dochodzi pewna dodatkowa trudność związana tym, że róże są młode, dorastają do 0.7 m i teraz wiele bylin, które zostały przy nich posadzone dorównuje im wzrostem czy też pokrojem. Zupełnie inaczej będzie się sprawa przedstawiać za 2-3 lata kiedy krzewy osiągną te swoje docelowe rozmiary. Wtedy to dolne piętro bylin w granicach 0.5 m nie będzie w żaden sposób róż zagłuszać czy też przytłaczać.
Ja mam dużo kamienia w ogrodzie, wyznaczyłem nim granice rabat, wybrukowałem ścieżki, dałem też wiele na same kwatery w bezpośrednie sąsiedztwo roślin. Kamienia nie mam generalnie wśród róż, tylko tam gdzie miniaturowe, bo one rosną w połączeniu z bylinami. Zdjęcie wiosenne fragmentu takiej rabaty dla zobrazowania też tego co napisałem wcześniej. Widoczne wolne miejsce po zabraniu wilczomlecza i jeżówek, które okazały się tu zbyt przytłaczające dla róż. Przeniesiona została też jarzminaka "Sunningdale Variegated", pozostałość po wcześniejszym założeniu, z powodu jak powyżej. Kamienie nie służą mi tu do chodzenia, ale tak wykorzystywane przy pieleniu czy wycinaniu przekwitłych kwiatostanów są bardzo przydatne....

Mieszańce herbatnie i inne róże rabatowe oddzielone kamieniem od podwórka, na którym się dużo dzieje. Obramowanie rabat różanych zrobiłem 18 lat temu, kamienie z czasem się nie tyle się podniosły co trawnik użytkowy (wjazd do garażu) się obniżył i są do obniżenia. Widoczne płyty na patio różane, będzie w tej części gdzie są składowane i stoi ławka...

Znacznie więcej kamienia jest na rabatach z hostami. To najbardziej naturalny sposób utrzymujący, poprawiający wilgotność gleby w ich obrębie. Nadają też skalniakowatego charakteru całości, jakkolwiek typowego skalniaka w ogrodzie nie mam. Pierwszy plan na zdjęciu to hosty miniaturowe, stan bez śladów już przebudowy (w trakcie czy też nadciągającej :)...

A czy można uprawiać róże wśród kamieni? A dlaczegóż by nie. Na ten przykład Pan Wacław Morawski, to jest nie wiem jak teraz, ale swego czasu (lata 1995-2006) hodował róże w Ekwadorze. Pod samymi wulkanami Cayambe i Cotopaxi. Krzewy róż sadzone były wprost do gleby wulkanicznej. Jak sam o tym mówił: "Tygodniowo plantację opuszcza pół miliona róż. Mamy dokładnie 467 tys. krzaków, ponad 100 odmian". Plantacja funkcjonowała z ogromnym powodzeniem, eksportując cięte róże do USA i Europy. I to wszystko na glebie z bardzo dużą zawartością szkliwa wulkanicznego, czyli zakrzepłej lawy tworzącej skały wylewne, obsydiany, perlity i pumeksy. Przy tym te kilka kamieni na naszych rabatach, to naprawdę jest tyle co nic. A tym bardziej, że znajdują się na powierzchni gruntu, a nie tam gdzie bezpośrednio rozwijają korzenie. A nawet gdyby się znalazły niżej, to jak widać z powyższego przykładu róże co do gleby potrafią być nieszablonowe, a nawet bym powiedział, że ekscentryczne patrząc na powyższy przykład. Także kamienie nie są problemem kiedy rozpatruje się warunki uprawy, natomiast może się okazać trudnym kompozycja rabaty łącząca róże z dużą ilością kamienia. Brak jest też uznanych takich wzorców, nie spotyka się tak prowadzonych róż ani w ogrodach angielskich ani francuskich. Oczywiście można eksperymentować i stworzyć coś oryginalnego opartego na własnym nowatorskim pomyśle. Ale też trzeba pamiętać, że róże to pewne tradycje uprawy, ugruntowane wiekami prowadzenia ich w ogrodach, stąd to co nowe może być nie zawsze dobrze przyjęte. najnormalniej może nie pasować do ogrodowych stereotypów, które tu sa bardzo silne.  Ale można próbować, tym bardziej, że kamień to element, który zawsze możemy zmienić na rabacie czy nawet całkowicie usunąć bez szkody dla róż. Wyznaczanie samych ścieżek z kamienia przecinających rabatę to już dużo łatwiejsza sprawa, z reguły używa się płyt z piaskowca czy też innego płytopodobnego materiału. Może tylko trzeba pamiętać, aby ścieżki nie dominowały ilością użytego materiału, to róże są na rabacie najważniejsze.
Róża "Fryderyk Chopin" autorstwa Pana Stanisława Żyły zdaje się przeżywać swój renesans, coraz częściej widzę ją w ofercie szkółek czy ogrodach. Tak jeszcze zatrzymam się przy nazwie, której bardzo poprawnie Pan użył. Nie można skracać tu nazwy do samego nazwiska patrona róży, jak to się u nas w Polszcze spotyka, ponieważ w 1968 roku hodowca angielski Charles W. Ellick zarejestrował mieszańca herbatniego o nazwie "Chopin". Pan Żyła rejestrując swoją różę niejako zmuszony był użyć innej nazwy. Wprawdzie miała pierwotnie nazywać się "Jan Paweł II", ale to był rok 1980 i niestety różę ogrodniczo ocenzurowano. Ale oczywiście róża Pana Żyły jakby nie została nazwana, zawsze pachnie równie słodko, parafrazujac tu szekspirowskie "What's in a name? / That which we call a rose...". To niezwykle cenna odmiana bez dwóch zdań. No tak, postać każdego hodowcy odciska swoje piętno na róży, taką cechę w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zupełnie nie rozumiem dlaczego wielu zainteresowanych różami, zwłaszcza tych uważających się już za znawców, nie zwraca uwagi na autora, twórcę danej odmiany. Przecież róże zawdzięczamy ich talentowi, pasji, zamiłowaniu do róż i bardzo ciężkiej pracy. Ogrodnik to nie fryzjer. Tu ręce ma się urobione po łokcie, a dłonie w odciskach od wiosny po zimę, bo i nie ma innej drogi. Inna sprawa, że często hodowcy róż pozostają w cieniu swoich dokonań. Czasami dzieje się ze skromności i nie szukania rozgłosu, czasami odeszli lata czy nawet wieki temu, kiedy ich róże jeszcze nie były znane. Podobne to przypadki jak to bywało w historii z wieloma malarzami, postaciami literatury czy muzyki. Trzeba trochę wysiłku aby czegoś więcej się o nich dowiedzieć. Ale warto! Taka informacja jak ta o miejscu urodzenia Pana Żyły sprawia, że ten "Fryderyk Chopin" tam, w tych okolicach staje się inną różą – pełniejszą! Pamiętajmy o hodowcach róż tak samo jak pamiętamy o różach.
Świat się zmienia i to niekoniecznie na dobre. W czasach wprowadzenia "Fryderyka Chopina" odmian róż corocznie wprowadzanych na rynek europejski czy też amerykański było zdecydowanie mniej. Przez to nie tylko były bardziej zauważalne, ale też bardziej dopracowane pod względem wartości ogrodniczej, różanej. Liczyła się jakość, a nie ilość. Obecnie to co dzieje się na rynku to istny zalew wciąz to nowych odmian. Wygląda to jak linia produkcyjna z roku na rok coraz bardziej podkręcana przez hodowców. Że użyję porównania, w początkach swego istnienia Ford T był kompletowany w 12 godzin, kiedy Henry Ford wprowadził swoje rewolucyjne pomysły, z taśmy gotowy pojazd zjeżdżał co 24 minuty. Ale to nie koniec, kiedy produkcja osiągnęła liczbę 15 milionów, potrzebowano już na to tylko 24 sekund. Tak się zastanawiam, w którym miejscu tej historii jesteśmy teraz z różami. Ostatnio będąc w szkółce ogrodniczej wypatrzyłem dwie róże, które z kwiatów prezentowały się jak Hultemia persica, do których powiedzmy sobie mam ostatnio pewną słabość. Opisane były jako "Glorious" i "Pastel", nazwami  z którymi się nigdy nie spotkałem. Właściciel szkółki nic więcej poza tym, że to hit o różach nie był w stanie powiedzieć. O Hultemia persica też mu nie było nic wiadomo. Mnie tylko trochę zastanawiały bardzo drobne liście bardziej typowe dla róż miniaturowych niż dla gatunku, którym to tak żywo jestem zainteresowany. Obie róże nabyłem trochę w ciemno, z atrakcji mobilnego internetu nie korzystam. Po powrocie do domu sprawdziłem co i jak nabyłem dokładnie. Oczywiście były to dwie Hultemia persica, "Glorious Babylon Eyes" i "Pastel Babylon Eyes". Dwie odmiany z aż 12! należących do serii Babylon Eyes (o której nigdy nie słyszałem, tylko czy to moja wina?) wyprodukowanych w holenderskiej The Interplant Company na przestrzeni ostatnich lat. Wyprodukowanych, bo przecież trudno tu mówić o żmudnym procesie hodowli i selekcjonowania, jak to rzewniej bywało. A róże wiadomo, jak i inne kwiaty nie lubią pośpiechu. Kiedyś też te nowe odmiany były zapowiadane, oczekiwane, było ich niewiele co roku i każda introdukcja była zauważalna. Te dwie moje nowe róże są niewątpliwie ładne, "Glorious Babylon Eyes" w moim ogrodzie...

Nawet podoba mi się też pomysł nazwy serii, choć historycznie patrząc podbicie Babilonu przez Persów (Rosa persica) doprowadziło w dalszych wiekach do upadku metropolii. Mnie tym różom brakuje po prostu duszy. Nie wiem kto jest ich autorem, komu mam za nie podziękować. Nie będę się przecież kłaniał jakiemuś Innovative Laboratory :).
Pozdrawiam
(23 czerwca, 2018)
 
Marek Moch: PIĘKNE patio się szykuje! Ten kolor płyt w połączeniu z kolorem ziemi i różami, kolorem ich liści i kwiatów, z naturalną elegancją (takich właśnie) róż ... To jest to!! W ogóle ostatnio coraz bardziej podobają mi się te wielkokwiatowe, o ogromnych kwiatach i często takich ciemnych, jakby polakierowanych liściach. Ich elegancja. Dobrze, że nie mam już miejsca :) Rozumiem też ten brak ściółkowania, czy ściółkowanie kompostem, czyli jakby ziemią. To daje taki oddech. I elegancję. To pasuje do nich, do (takich) róż. One muszą być jedynie oprawione, ale to one są klejnotem, który musi być niezakryty, nieprzytłoczony, wyeksponowany. Te wielkokwiatowe zwłaszcza. Oczywiście trzeba czymś spiąć całość, i wydaje mi się, że właśnie jakieś płyty są świetne. Bo to musi być, tak sądzę, regularne, proste, bo jest w kontraście do liści i kwiatów, nieregularnych. A kora, czy trawa, to nie to. I nie chodzi (tylko) o kwestie użytkowości, podbierania wody czy substancji mineralnych. Ja tylko dlatego dałem korę i tylko w tych miejscach gdzie mam byliny wysokie, bo są posadzone dość gęsto i odchwaszczanie jest problemem. Poza tym przy ich gęstym posadzeniu dbałość o nieprzesychanie gleby jest ważna. A mam tam parę szałwii, jeżówki i duże rozchodniki, dwa kłosowce i jeden przetacznik kłosowy, po części dla wyglądu, ale też dla Owadów. A między różami chcę mieć, taki mam pomysł, czekam na sadzonki, macierzankę, bo chciałbym mieć jeszcze coś (też) dla Owadów. Poza tym tak myślę, że zakrycie gleby przy różach historycznych jest bardziej pasujące, niż przy wielkokwiatowych. Bardziej to pasuje. Jest jeszcze w miarę ok. Z uwagi na różnice w ich wyglądzie. Słowem, kamienie, lecz tylko, jedynie tyle, abym miał te miejsca do stawiania stóp, bo wejście między róże jest NIESAMOWITYM PRZEŻYCIEM, w tym roku to odkryłem :), a nie chcę zadeptywać, wydeptywać, gdzie bądź, więc kamienie będą mnie trzymać w ryzach, wymuszając, ułatwiając stawianie stóp tylko tam, tylko w pewnych miejscach. A poza tym dywanik macierzanki, lecz niskich odmian, czosnku górskiego, kwitnącego na biało zawciągu i goździków (z tymi ostatnimi ciut mam obaw, czy już nie „przepampruję” ale co tam, zobaczy się). Zobaczymy co z tego wyjdzie, bo np. macierzanka ma swoje wymagania, słoneczne i nie tylko, ale liczę że będzie ok, a Owady się ucieszą! A to ważne dla mnie. No i ja też się ucieszę, bo oglądanie uwijających się PSZCZÓŁ i TRZMIELI to coś super!, tym bardziej że są nieagresywne. Gdy kwitła moja Rosa Mundi, to ja tu sobie ciąłem jej przekwitłe kwiaty, a w tym samym momencie, tuż obok moich rąk i nożyc, na tych kwiatach w pełni rozkwitu szalały pszczoły i trzmiele i nikt nikomu nie przeszkadzał, podlatywały, leciały do kolejnego kwiatu tuż obok mnie, moich rąk. Kamienie dam ostrożnie, z umiarem, zbyt jestem konserwatywnie przywiązany i szanujący STARE, SPRAWDZONE WZORY, szablony, abym nadmiernie eksperymentował. I tak jak Pan pisze, to nie może przytłaczać. Róża Fryderyk Chopin o której pisałem, już przekwitł, ale to nic, to wspaniała róża. I nie dziwię się jej renesansowi. A propos wielkokwiatowych i mego coraz mocniejszego nad nimi zachwytu, obok mnie ktoś ma także dwie wielkokwiatowe, jedna z nich, o dużych kwiatach, to jednak nie Fryderyk Chopin, choć trochę podobna kolorem, ale też piękna, druga o mniejszych czerwonych kwiatach, razem dają ten efekt i do tego jeszcze wspaniale komponują się z małym ogródkiem warzywnym, co jest obok nich. Choć i one już przekwitły. Ale pamiętam to co jeszcze niedawno mogłem oglądać, a i teraz są piękne.
Tak. Coś zbyt mocno to wszystko przyspiesza, nowości, nowości i nowości. Natłok, nawała. To momentami zaczyna męczyć. Może mniej, nie nadmiernie, spokojniej, z umiarem, I trzymając się Starych Wzorów, tak aby wszystko było harmonijne, nie nadmierne. O to tak, o tak. Gdzieś ostatnio słyszałem, że Getrude Jekyll powiedziała, ogród ma być kawałkiem harmonii wśród pełnego chaosu świata.
Serdecznie pozdrawiam
(27 czerwca, 2018)